Czasem w nocy tracimy orientację, coś nam burzy poczucie rzeczywistości, świadomość egzystencji, bycia tu i teraz. Ale niekoniecznie jest to objaw chorobowy. W ciemniej i cichej chwili nasza świadomość płata nam różne figle. A może to nie są figle?...

Data dodania: 1970-01-01

Wyświetleń: 970

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

OPOWIADANIE

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

          Siedzę i patrzę. Oczy spuszczone w dół. Patrzę i widzę tylko dwie bose stopy. Stopy białe, nijakie, oparte na dywanie. Moje, a takie obce.  Może i byłbym z nimi związany. Ale one takie są nie moje. Siedzę i tak przyglądam się tym stopom, co tkwią na dywanie na wprost moich oczu i nie wiem. Moje one są, czy tylko wyśnione. Bo obudziłem się i postanowiłem usiąść. Wokół noc. Za oknem mży latarnia, cisza taka, aż huczy w uszach. A ja siedzę na skraju tapczanu i patrzę na swoje stopy ustawione na dywanie jedna obok drugiej. Jak to jest? Przecież człowiek nie ma takiej mądrości, żeby umiał pokonać własną myśl. A tu, nagle, przychodzi taki moment, że nie wiesz, czy jesteś w sobie, czy poza sobą. Takie rozdwojenie Twojego ja, rozbicie Twojego Ciebie na szczegóły, fragmenty, odłamki stanowiące nic. Tylko zbiorowisko nic nieznaczących drobiazgów jakiejś, dawniej istniejącej całości, która siedzi tutaj, jako zbiorowisko niczego. Ot kupka gruzu. A one są. Znaczy te stopy. Trwają na tym dywanie, jakby nie było dla nich innego miejsca. Mam w sobie taką ostrożność, żeby nie działać pochopnie, za szybko. I nagle otacza mnie taki nieobliczalny układ, który nie pozwala mi być sobą w samym sobie. Wyrzuca mnie gdzieś, po za ten układ. Na zewnątrz. Siedzę i patrzę. To znaczy, że chyba siedzę i chyba patrzę. Bo nie wiem ile jest mnie tak naprawdę i czy w ogóle jestem. Albo te moje (chyba?) stopy. Bo może to ich nie ma, a ja jestem? Tylko jak tak bez stóp. A jak jest odwrotnie to skąd one tu tak sobie stanęły i stoją? Beze mnie? Bo może jak ich jest tyle, to może i mnie jest dwóch? Jeden we mnie, a drugi obok? Ale na razie siedzę i kontempluję zastaną sytuację. Bo jeszcze inna możliwość:, że ja tego, znaczy tych stóp moich, wcale nie widzę, bo jest to wytwór mojej wyobraźni lub, jeszcze lepiej, snu. Śni mi się, że widzę to, co widzę, a tego wcale nie ma, bo to tylko wytwór mojej sennej wyobraźni. To, co stoi przede mną? Coś czy nic? A wokół noc jakby. Tylko czy prawdziwa? A może wyśniona? To czy ja siedzę i patrzę, czy też nie siedzę, ale patrzę lub jednak siedzę tylko nie patrzę. A może ani nie siedzę, ani nie patrzę. To, co ja widzę, jeśli widzę? Spuszczam oczy w dół. Widzę dwie bose stopy. Obracam głowę w lewo. Ciemno. Obracam głowę w prawo. Też ciemno. Znaczy jest chyba noc. Tylko, dlaczego w tej ciemnicy ja tak dobrze widzę te dwie bose stopy ustawione na dywanie koło tapczanu. No tak, ta latarnia za oknem, co tak mży żółtym światłem poprzez gałęzie brzozy. Mało tego światła. A te dwie stoją. Takie blade. Nijakie. Obce jakby, a jednak zintegrowanie ze mną, jakby przyspawane. A jakby oddzielne. I ja jestem oddzielony, wyalienowany. Rzucony na pastwę, podarowany wykorzystaniu, rozebrany w ubojni życia na części pierwsze. A może to nie ja, tylko ktoś inny, nieznajomy, co myśli, że jest mną? Zaplątany w to samo, co ja. Będący obok, w pobliżu i mający zrozumienie całości, którego nie mam ja? A tu same niewiary, niepewności. No, więc siedzę. Siedzę i patrzę. Oczy spuszczone w dół. I widzę te dwie stopy na dywanie. Jedna obok drugiej. Nic się nie zmieniło. Noc trwa. Latarnia mży. One stoją. Na plecach czuję chłód. Takie lizanie. Zaczyna być nieprzyjemnie. Zaczynam wątpić, czy jest mnie dwóch. Bo gdyby było, to i byłoby dwa razy chłodniej. A nie jest. Jednak, niemniej, same odczucia nie stanowią o samej sile zdarzenia, jakie nas dotyka. A tu chodzi o przejście przez jądro wyobraźni i dotknięcie tego, co stanowi niewyobrażalne, bo jest w nas. Naciągam na plecy kołdrę. Ale nadal jest we mnie wątpliwość:, co jest, co i kto jest kto? A odpowiedzi nie ma. Jakbym siedział w studni nicości. Nie ma mnie, nie ma nic, nie śpię, nie śnie, nie istnieję. Ale widzę. Stoją na dywanie. Blade i jakby moje. Strach nimi ruszyć. Niech sobie stoją… Tylko jak długo?... Nie ma we mnie jakiegoś atawizmu wobec nich. Jest tylko takie zastanowienie, że skąd one dwie tu, tak bez zapowiedzi. Chciałbym ingerować, wpływać na treść, móc przynajmniej. A tu ot tak się pojawiają i już. A może ja tego nie widzę, tylko moja wyobraźnia projektuje ten obraz. Moja? A może twoja, a ja tylko, jak odbiornik, rejestruję i odtwarzam, co nadajesz? Tylko, kto ty jesteś, jeśli nie jesteś mną? Głupie pytanie, bo przecież on mi nie odpowie, bo by zdekamuflował się, obnażył, pokazał, kto jest kto. A to ja i moje niepewności. A jakby tak spróbować przestawić, choć jedną stopę. Tak o kawałek. Kawałeczek. Przesunąć w bok. Żeby tak nie stała obok tamtej tylko ciut dalej. A jak ruszę to, co nie moje? Siedzę nieruchomo i kombinuję, co by tu zrobić. Kołdra zjechała mi z pleców i znów zaczyna mi być chłodno. Noc to taki dziwny czas, kiedy to, co jest codziennością, taką oczywistą, zaczyna być inne. Tajemnicze. Podszyte strachem i niepewnością. Niby to wiem, a jednak blask latarni na tym dywanie i w tym oświetleniu te dwie stopy, to tak jakiś dziwnie. Nierealistycznie. I w tym ja czy też my, to znaczy ten drugi, co może wylazł ze mnie, a może był tu cały czas. Cholera wie, jak to jest tak naprawdę. Niby człowiek ma prawo do dwóch stóp, ale jak tak siedzi zupełnie sam to ta pewność już nie jest taka pewna. Zwłaszcza nocą, gdy się wybudzi i ma takie widzenie. Wciągnąłem znów kołdrę na plecy. Wyjrzałem. Stoją nadal. A ten drugi ja , co to miał niby wyjść ze mnie i być obok, to ani mru-mru. Siedzi cicho, jak mysz pod miotłą i nawet się nie zająknie, co do własności tych stóp. Myślę, że to jednak jakiś fałszywiec musi być. Ale samemu też ani drgnę. Tak na wszelki wypadek. Bo, po co wywoływać licho wie, co. Znów spuszczam oczy w dół. Twardo stoją. Takie bladawe jakby. Chyba im zimno. Wychłodziły się tak stojąc bezpańsko. A pies z nimi tańcował. Jest noc i powinienem spać. Kładę się z ulgą. Nakrywam się cały kołdrą. O! Jak dobrze. Wyglądam z łóżka na dywan. Nie ma! Nie stoją! Zniknęły! Ale ulga. Jestem tylko ja, kołdra, poduszka i mój tapczan. A mnie się wydawało, że… Eee! To ta latarnia tylko tak mży, a ja teraz… mój sen… moja cisza… już nic…

Licencja: Creative Commons