Felieton na temat historii - dlaczego mnie zniechęcała, dlaczego słabo ją znamy i dlaczego bywa niewdzięczna.

Data dodania: 2008-11-09

Wyświetleń: 2456

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Zawsze się zastanawiałem, po co mi właściwie historia. Nauka to raczej mało ścisła: im głębiej w przeszłość, tym silniej zależy od interpretacji źródeł i tym bardziej bezbronna wobec oszustw. Po co mi więc ekscytować się czymś, co jest niezbyt pewne? No dobra: wygraliśmy pod Grunwaldem, a Kopernik wstrzymał Słońce... ale co mi z tego? – tak sobie myślałem w liceum, bo w podstawówce dość chętnie (chyba głównie dzięki sympatycznej nauczycielce) poznawałem historię. Ale jakże to była inna – prostsza i porywająca – historia, aniżeli później! Na przykład było sobie trzech braci: Lech, Czech i Rus, byli wspaniali królowie, husaria, Polska od morza do morza... by wreszcie brat (potomek Rusa, notabene) Sowiet wyzwolił nas ze szponów złego Szkopa.
W liceum już nie było tak prosto i trzeba dodać, że były to wczesne lata 80., kiedy w polityce atmosfera zaczęła się „zagęszczać”. Z pierwszej lekcji historii pamiętam stwierdzenie naszej nauczycielki (mocno starszej pani o sarkastycznym humorze), że przebicie włócznią boku Chrystusa było w zasadzie aktem miłosierdzia, gdyż... skracało Jego cierpienia! Pamiętam też ciężką ciszę, jaka zapanowała wśród zaskoczonej młodzieży. Mnie po prostu zamurowało! Wydaje mi się, że większość z nas zdawała sobie sprawę, że była to jawna prowokacja. Jednakże do mnie dopiero po latach dotarło prawdziwe, wręcz symboliczne znaczenie tej prowokacji oraz fakt, iż jest wielu ludzi, którzy specjalnie zakłamują historię, żeby osiągać jakieś swoje (mniejsze lub większe) cele. Oczywiście w liceum daleko mi było do takich refleksji, gdyż wciąż przede mną były czasy „Solidarności” i stan wojenny. Wtedy była sroga historyczka, która już na pierwszej lekcji manipulowała faktami i – jak się szybko okazało – uwielbiała dworować sobie z uczniów. To wystarczyło, żeby zniechęcić mnie do dziedziny, której patronką jest Klio.
Minęło ćwierć wieku i człowiek oczekiwałby jakiejś poprawy. Jednakże współczesna cywilizacja nie poprzestaje na zniechęcaniu do prawdy historycznej. Podobnie jak genami, manipuluje się faktami historycznymi tak, że w końcu nie wiadomo, co jest prawdą, co klonem, a co zwykłą mistyfikacją. Otrzymujemy jakąś „zmutowaną” prawdę, która niedouczonym historycznie obywatelom (jak piszący te słowa) robią „wodę z mózgu”, a celem jest zazwyczaj walka o „rząd dusz”, czyli konkretny efekt wyborczy.
Niestety, biedna Klio została wmieszana w politykę i pewnie długo się od niej nie uwolni, bo zawsze znajdą się tacy, którzy nie odnajdując się w teraźniejszości będą szukać argumentów w przekręcanych i wyrwanych z kontekstu faktach historycznych. Podobnie jak stosunek do słabszych jest probierzem stopnia rozwoju cywilizacyjnego, tak stosunek do (zwłaszcza własnej) historii określa poziom dojrzałości społeczeństwa. Pogardzana Klio zemści się na tych którzy ją zakłamują i traktują instrumentalnie, bo jeśli staramy się zapominać o własnych błędach, to jak mamy się czegoś nauczyć? Pamiętajmy więc o Klio, traktujmy ją z szacunkiem, a ona będzie nam wtedy wdzięczną muzą.
Licencja: Creative Commons