
Pojęcie etyki zawodowej często rozmija się z intuicyjnym poczuciem sprawiedliwości. Autor nie dostaje wynagrodzenia za książkę, której nie ukończył, a murarz nie otrzyma zapłaty za wadliwą ścianę. Tymczasem prawnik pobiera pieniądze niezależnie od wyniku sprawy, uznając to za etyczne. Jego argumentacja jest prosta – prawo nie daje gwarancji wygranej, a jego czas i wiedza mają swoją wartość, niezależnie od rezultatu.
Co jednak, gdyby etyka prawnicza pozwalała na inny model rozliczeń? Zaproponowałem jednej z kancelarii, że zapłacę połowę wygranej kwoty po zakończeniu sprawy, ale odmówiono mi pomocy. Etyka zawodowa nakazuje im bowiem pobranie pieniędzy z góry oraz rozliczanie się za godziny pracy, niezależnie od efektu. Skoro jednak klient musi ponosić pełne ryzyko przegranej, to gdzie jest równowaga w tej relacji?
Czy taka praktyka nie podważa istoty etyki? Jeśli klient płaci za rezultat, a nie za wysiłek, to czy zasady obowiązujące w jednym zawodzie mogą być usprawiedliwieniem dla zupełnie innego modelu wynagradzania w innym? Może problem tkwi nie w samej etyce, lecz w tym, kto ją definiuje?
Etyka zawodowa bywa bardziej elastyczna, niżby się wydawało – dostosowuje się do interesów grupy zawodowej, a nie do obiektywnego poczucia sprawiedliwości. Może warto zadać sobie pytanie: czy akceptujemy te normy, bo są rzeczywiście etyczne, czy dlatego, że tak przyjęto? Bo jeśli etyka staje się tylko uzasadnieniem dla wygody i zysku, to czy nadal pozostaje etyką?