Artykuł powstał na podstawie uwag dzisiejszych „czytelników”. Kiedy czytelnik uczy kogoś obeznanego z literaturą, w czasach, kiedy język literacki wyróżniał książki, od tego co mamy dziś, czyli książki pisane w języku potocznym, a często wydawane bez redagowania.

Data dodania: 2018-05-07

Wyświetleń: 384

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

W dzisiejszym społeczeństwie, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak niegdyś wyglądało przygotowanie książki do wydania. Autorzy znani, tacy jak Karol Olgierd Borchardt, przed oddaniem tekstu do wydawcy, przekazywali tekst redaktorowi do adjustacji, a potem powieść w wydawnictwie przechodziła redakcję. Nie dlatego, że została kiepsko napisana, ale dlatego, że książka musi być napisana w sposób łatwy do czytania. Alfred Szklarski pracował w wydawnictwie „Śląsk” jako redaktor, czyli poprawiał książki innych ludzi, natomiast jego książki poprawiało trzech innych redaktorów, nie dlatego, że nie umiał pisać, tylko dlatego, że autor ma prawo nie dostrzegać swoich własnych błędów. Co więcej? Istnieje kolosalna różnica językowa w książkach Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego, które redagowano przed rokiem 1990, a które zostały wydane po raz pierwszy po roku 1990. Wcześniejsze są doskonale zredagowane, a różnicę językową można dostrzec natychmiast.

Dzisiaj można wydać książkę prosto spod pióra, bez żadnej redakcji. Takie właśnie „dzieła” sprawiają, że nie tylko spada procent czytelnictwa, ale również występuje wiele mylących zwrotów.

W ukazaniu faktycznej formy opisu działania ruchów na statku pod wpływem zmieniającego się poziomu wysokości wody — falującego morza, posługiwać się będę powieścią Karola Olgierda Borchardta: „Znaczy Kapitan”.

I tak znajdujemy jeden z zapisów: my chcemy wiedzieć, czy mamy najpierw położyć się spać, a potem przyzwyczaić się do kiwania, czy też najpierw przyzwyczaić się do kiwania, a potem położyć się spać? — czy nieświadomie i z błędem użyto dwa razy słowa: „kiwania”? Chyba raczej chciano podkreślić taką właśnie sytuację.

W tej chwili na morzu Marmara doktor miał kłopot z odszukaniem męża pacjentki, która leżała u doktora w szpitalu i z powodu „kiwania” potrzebowała rodzić. - Dlaczego autor użył tu po raz kolejny słowa: „kiwania”? Książka przeszła redakcję i korektę!

Doktor wprowadził męża do szpitala okrętowego, w którym było pięć kobiet. Wszystkie umierające z powodu „kiwanja”, a jedna w dodatku rodząca. - Po raz kolejny autor nie użył słowa kołysanie, a właśnie kiwanie, z tym, że tu jeszcze występuje rosyjski akcent „kiwanja”.

Morze może ukołysać, ale nie ukiwać, natomiast statek najwyraźniej się kiwa, a nie kołysze, podobnie jak statek nie jedzie, tylko idzie: „Szedł pod pełnymi żaglami”. Używając słowa „kołysanie”, mamy na myśli coś łagodnego, natomiast kiedy jest mowa o „kiwaniu”, mówimy o czymś gwałtownym.

W różnych znanych przypadkach, w literaturze zostało opisane, że podczas gwałtownego kiwania i źle rozłożonego balastu, dochodziło do złamania bukszprytu. Wiele innych przykładów można wyliczać, żeby potwierdzić sens tej jednej myśli. Zatem na tej podstawie możemy uznać z najwyższą słusznością, że na statku kiwa i jest to sformułowanie jak najbardziej poprawne i ponadczasowe.

Licencja: Creative Commons