Nie ukrywam, że wybierając specjalizację edytorską na Filologii polskiej, miałem cichą nadzieję, na zajęcia z technik druku i składu publikacji. Ucieszyłem się gdy w tym roku, na planie zajęć pojawił się rzeczony przedmiot. Niestety, polska rzeczywistość jak zwykle daje po mordzie.

Data dodania: 2009-10-17

Wyświetleń: 2197

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 2

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

2 Ocena

Licencja: Creative Commons

Pierwsze zajęcia. Mała salka komputerowa rodem z polskich gimnazjów. Komputerów, naturalnie jest mniej niż osób w mojej grupie, więc trzeba siedzieć po 2 lub 3 osoby przy jednym stanowisku.
W budynku obok znajduje się wydział matematyki, gdzie na pierwszym roku odbywały się zajęcia z informatyki. Tam znajdują się nieco lepsze sale komputerowe, w których cała grupa spokojnie się mieści, każdy ma swoje stanowisko i wygodne krzesło. Uniwersytet jak zwykle idzie na łatwiznę i nikt nawet nie sprawdzi, czy wpychanie nas do małej salki ma jakikolwiek sens. Parę komputerów i cztery ściany równa się sala informatyczna w której mogą odbywać się zajęcia specjalizacyjne na "europejskim" poziomie.

W końcu przychodzi czas na ruszenie z kopyta. Odpalamy InDesigna na Macach i zaczynamy tworzyć skomplikowane szablony... Chwila, chwila, to by było zbyt piękne. Rzeczywistość daje w mordę po raz drugi. Pan prowadzący oświadcza nam, że będziemy się uczyć na programie Adobe PageMaker. Mówi szczerze, że nikt już nie używa tej aplikacji ale uczelni nie stać na licencje programów typu InDesign. Nie stać jej również na licencje Page Makera, więc będziemy pracować na wersjach testowych (sic!).

Zanim jednak to nastąpi, pierwsze zajęcia poświęcamy tworzeniu wizytówek w Wordzie (lub Writerze z OpenOffice'a). Mr.Prowadzący twierdzi, że chce zobaczyć jak umiemy sobie radzić i mamy zrobić 10 wizytówek z imieniem, nazwiskiem, specjalizacją i numerem grupy. Wizytówki mają się różnić... czcionką. "Opad" rąk nastąpił natychmiastowo, i wszelkie nadzieje związane z tym przedmiotem ostatecznie się rozmyły, ulatując w przestrzeń.

Rozrywek jeszcze nie koniec. Po skończeniu naszych prześwietnych wizytówek przyszedł czas na drukowanie. Ot, prozaiczna, wydawałoby się, czynność. Prasłowiańskim prawem totalnej żenady ta prosta czynność musiała przebiec dużo bardziej krętymi ścieżkami. Okazało się, że tylko niektóre komputery mają dostęp do drukarki sieciowej i żeby wydrukować te cholerne wizytówki trzeba było wysyłać maila (!) na swoje konto i odebrać go na komputerze, który z drukarką się komunikuje.

Na deser, po sukcesie z drukowaniem, mieliśmy odpalić program typu "Mistrz Klawiatury" i przez parę minut ćwiczyć pisanie, podając następnie wynik Mr.Prowadzącemu. Chyba nie muszę dodawać, że takie rzeczy robi się najwyżej w gimnazjum?

Szkoda, że Uniwersytet Gdański, inwestując i budując coraz to nowsze gmachy różnych wydziałów, zapomina o istniejących już kierunkach.

Licencja: Creative Commons