Na przełomie 2013 i 2014 roku NFZ uznało wcześniaki za dzieci zdrowe. Zmniejszyło więc radykalnie pulę za ich leczenie. Szok! Pojawiły się tu już głosy, że wzrost śmiertelności wcześniaków to późniejsze oszczędności w medycynie, albo że to może być próba wsparcia dla tracącego popularność Jurka Owsiaka. Pewnie jedno i drugie to prawda.

Data dodania: 2014-02-26

Wyświetleń: 1300

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Nawet na NFZ są sposoby

 Tylko skoro płacze nad tym “Gazeta Wyborcza”, to i nam będą wmawiać, że wypada nam płakać. Nie dajmy się zwariować, nie płaczmy! Raczej się zastanówmy co robić.
    Odpowiedź narodziła się już w ubiegłym wieku w Bogocie, czyli w Kolumbii, w Ameryce Południowej. Szybko stała się znana i w Europie. Zbrodnicze posunięcie NFZ to szansa dla niej, bo metoda jest tania. I szansa dla wcześniaków, jak to już udowodniono naukowo!
    W szpitalu miejskim w Bogocie było mało inkubatorów, a wcześniaków rodziło się sporo. Były więc zarezerwowane dla tych najbardziej potrzebujących pomocy. Lecz pozostałe też umierały bez ciepła... Ktoś wreszcie wpadł na oczywisty pomysł.
    Przecież ludzki organizm ma temperaturę około 37 stopni!
    Zdrowsze wcześniaki zaczęto przytulać do ich matek, między piersiami, gdzie miały ciepło z trzech stron. Z czwartej otulano kocykiem, a na główkę czapeczka wełniana. Wcześniak jest raczej mały, matka mogła z nim sobie swobodnie chodzić po korytarzu szpitalnym. Skojarzyło im się to z torbą kangura, w której jest małe kangurzątko. A więc metoda kangura - tak nazwano ten pomysł.
    W 1983 roku przeprowadzono pierwsze naukowe badania tej metody. Wyszły nadzwyczaj korzystnie, nie tylko w stosunku do standardowej opieki, ale i w stosunku do inkubatorów. Metoda znacznie zmniejszyła śmiertelność noworodków, pozwalała utrzymać przy życiu również mniejsze niż dotąd wcześniaki. U matek pobudzała laktację, co jest nie bez znaczenia, gdyż pokarm matki dostosowany jest do wieku jej dziecka, ma specjalny skład dla wcześniaka. No i dzieci tak wychowywane rozwijały się lepiej także po powrocie do domu.
    W tym samym czasie w Skandynawii w Europie zastanawiano się nad innym problemem “okołowcześniakowym”. Cierpiały psychicznie matki takich dzieci. Brak im było utraconego przez przedwczesny poród czasu ciąży. Komuś wpadły w ręce wyniki z Ameryki Południowej, spróbowano metody kangura. Okazało się to strzałem w dziesiątkę.
    Słyszano o tym i w Polsce. Niestety komunistyczna technokracja nie sprzyjała takim “nowinkom”. Dlatego pierwszy znany mi przypadek zastosowania tego w naszym kraju pochodzi z lat dziewięćdziesiątych, ze szpitala położniczego w Nowym Targu. Chodziło o dziewczynę z niechcianą ciążą, która miała zamiar wyrzec się swego wcześniaka. Wpierw rozpaczała, gdy jej go przynoszono do “pokangurowania”. Po paru dniach, kiedy zabierano do inkubatora. Jak trochę podrósł, mowy już nie było, żeby nie zabrała go do domu!
    Rodzice nieraz boją się metody kangura na początku - lecz jak widać, staje się ona dla nich radością. Rzecz jasna dziecko musi umieć samodzielnie oddychać, dobrze też, jeśli w miarę szybko nauczy się i ssać. Ale taka jest większość wcześniaków, które można uratować bez zbytnich kosztów. Naszą odpowiedzią na głupotę NFZ powinno być zorganizowanie szkoleń dla personelu medycznego z zastosowania metody kangura dla wcześniaków. Powinno się pomyśleć też o jej większym uwzględnieniu w standardowej edukacji medycznej. To jest właśnie ten czas, gdy środowisko służby zdrowia będzie na to szczególnie chłonne!
    A co na to polscy naukowcy? Gdy ktoś jest tego ciekaw, proponuję przeczytać to:
http://www.ptmp.pl/png/png5z1_2012/PNG51-3-Stodolak.pdf
http://www.rodzicpoludzku.pl/images/stories/publikacje/najwazniejsza_chwila_w_zyciu.pdf

Licencja: Creative Commons