Z okazji roku obchodów 25-lecia obrad okrągłego stołu, a następnie wyborów 4 czerwca 1989 roku, oraz powołania 24 sierpnia tamtego roku rządu Tadeusza Mazowieckiego, roku, który właśnie zmierza do swego końca i to w sposób raczej niezaplanowany przez swych celebransów, odbyło się wiele spotkań, akademii, paneli.

Data dodania: 2015-06-12

Wyświetleń: 1233

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Rozdano też tony medali, uściśnięto tysiące rąk, wręczono i złożono naręcza kwiatów,wiązanki, wieńce itd. Wszystko zatem, co się miało odbyć, się odbyło i jeszcze zapewne będzie się siłą rozpędu odbywać.

Cieszymy się zatem, ale i smucimy. Przyczyną naszego smutku jest fakt,
że w tym "roku wolności" o niej samej nie powiedziano niczego nowego.
Powtarzano za to do znudzenia te same opowieści o bohaterskich młodych
działaczach opozycji z jednej strony i paskudnych funkcjonariuszach
niebu obrzydłego reżimu z drugiej. W większości tych dyskusji
precyzyjnie ujmowano personalia tych pierwszych, podczas gdy Ci drudzy
rozpływali się we mgle "minionego systemu" i jakoś nikt nie potrafił ich
sobie z nazwiska przypomnieć. Od razu powiemy, że i my tego nie będziemy robić.

Chcemy za to powiedzieć o wolności to, czego nie usłyszeliśmy w
tych wszystkich akademiach, choć jest oczywiście możliwe, że nie dość
uważnie słuchaliśmy. Ale zanim powiemy, co nam na sercu leży i co
gniecie wątrobę, wspomnimy jedną z takich dyskusji, którą mieliśmy
okazję usłyszeć w jednej z rozgłośni radiowych kilka dni temu. W
dyskusji tej udział wzięli m.in. były sekretarz KC PZPR i minister, a w
tzw. III RP ambasador w Moskwie, Stanisław Ciosek; działacz opozycji i
ówczesny - w 1989 r. - emigrant polityczny, Seweryn Blumsztajn oraz
również opozycjonista, działacz KPN, potem poseł, a obecnie jeden z
plejady doradców jeszcze prezydenta Bronisława Komorowskiego, Krzysztof Król.

Panowie, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, miło sobie
wspominali, opowiadali, pięknie się różnili itd. Słowem, nic by nas nie
zachwyciło i nie zaskoczyło, może co najwyżej wywołałoby na naszej
twarzy ten grymas zadowolenia, który w filmie Milosa Formana "Lot nad
kukułczym gniazdem", rozjaśnił twarz "człowieka rośliny" zaraz potem, gdy McMurphy wlał do jego kroplówki butelkę wina. W pewnym momencie
Pan Ambasador Ciosek nie był uprzejmy powiedzieć, zresztą bardzo
nieśmiało, że jego zdaniem robotnikom nie chodziło wówczas o wolność,
ale o chleb, a dokładniej o zaopatrzenie. Panowie ówcześni
opozycjoniści, dziś współtworzący tzw. główne koryto, którym w jedną
stronę płyną wskazówki i wzorce, a w drugą hejty i gotówka w formie
podatków i składek ZUS, natychmiast zgodnie zaprotestowali twierdząc, że
w dziejach wystąpień robotniczych w PRL wolność była tak samo ważna jak chleb, czyli zaopatrzenie, a może nawet ważniejsza.
 

Trzeba przyznać, że nie wiem, czy przeciwstawianie chleba wolności to
jest skutek celowej manipulacji, czy jakiegoś gigantycznego
nieporozumienia, które nam, Polakom, towarzyszy od niepamiętnych czasów.
Zresztą, czy tylko Polakom? By jaskrawiej owo przeciwstawienie ukazało
się naszym oczom dodajmy, że sferę chleba, czyli zaopatrzenia, zaliczono
do "mieć", a sferę wolności do "być". Zaraz potem pojawiły się spory,
czy mieć, czy być, co bardziej nam przystoi, czy można być i nie mieć,
czy można mieć i być itd. itp? Porzućmy jednak ten spór, bo to jest
ponad wszelką wątpliwość spór jałowy, bo wynika z fałszywej aporii.
 

Cóż to bowiem jest wolność? Czym jest ludzka wolna wola? Najprościej
mówiąc wolność można porównać do pola, na którym obok siebie, niby w
rajskim ogrodzie, rosną różne dobra, duchowe i materialne, idee i
poglądy, ale także obok zdobyczy techniki rosną "produkty
rolno-spożywcze" itp. Słowem, jest tego pola aż po horyzont i jeszcze za
horyzontem, ani go przejść, ani wzrokiem ogarnąć, a wszędzie owe
wspomniane dobra, miliony, miliardy dóbr wszelakich, wszystkiego po same uszy i wyżej nosa, tylko wybierać i brać.

I tu się właśnie zaczyna ludzka wolność, dzięki której możemy, mamy taką moc i zdolność, po te dobra sięgać. Jak powiedzieliśmy, są to różne dobra, rożnej jakości, w rożnym stopniu istnieją itd. Nie wszystkie dobra nam, ludziom pasują, nie wszystkie nam służą. Są pośród nich i takie, które nam szkodzą, a nawet mogą nas zniszczyć i unicestwić. Po to jednak mamy rozum, aby spośród nich wybierać te dla nas dobre. Dobry jest dla nas chleb, jeszcze lepszy chleb z szynką, albo - jak kto woli - kawior bez chleba.
 

Dobrem dla nas jest udział we władzy politycznej, ale dobre jest też
powstrzymanie się od udziału w niej, gdy np. chcemy zająć się filozofią,
która - jak wiadomo - jest panią zazdrosną i nie znosi obok siebie
żadnej konkurencji, a jeśli ją tylko "poczuje", zaczyna nas zdradzać,
przez co my z kolei zaczynamy szwankować na umyśle, "warstat" nam się
rozpada, pamięć gubi aparat pojęciowy. Wśród tych dóbr, obok dobra
gadania, radzenia, nudzenia i celebrytyzmu jest też dobro pracy, ba,
nawet zwykły komputer i samochód też jest dobrem.

Jak już wspomnieliśmy, nie wszystkie te dobra są tak samo dobre i tak samo ważne, ale to co mają wspólne, to to, że są dobre. I dlatego właśnie może sięgnąć po nie człowiek, dzięki swej woli. Może - o ile one tam są i nie są zagrodzone...
 

W czasach gdy pan Ciosek w średni wiek dopiero wchodził, pan Blumsztajn
wychodził z wieku młodzieńczego, podobnie jak jeszcze pan prezydent
Komorowski, a pan zaraz prezydent Duda właśnie wypuszczał koszulę z
zębów i rozpoczynał szkołę średnią, część tego ogromnego pola wolności,
na którym rosły - jak i dziś rosną - tysiące dóbr, wygrodzili sobie
panowie, zwani wówczas towarzyszami, i nikogo tam nie wpuszczali. Nikt
więc poza nimi nie miał np. udziału we władzy, czerpać z dóbr duchowych
było mu ciężko, bo towarzysze w ogóle z Duchem Świętym mieli kłopot,
książki można było czytać tylko niektóre, podobnie oglądać filmy i
recytować wiersze, pisać też mogli tylko niektórzy i na odpowiedni,
zadany temat... (zresztą gdy chodzi o tę ostatnią kwestię, dziś jest
podobnie).

Przez cały czas rządów tych panów-towarzyszy brakowało też dóbr najprostszych, od chleba naszego powszedniego, ale świeżego,
począwszy, przez papier toaletowy, buty i sprzęt AGD, a na owocach
cytrusowych skończywszy. Słowem wola ludzka miała stale kłopoty z
wyborem, bo... nie za bardzo miała z czego wybierać. Jednego dobra było
pod dostatkiem, a nawet w nadmiarze, tj. roboty! Wszyscy mieli co
robić, tzn. gdzie iść do roboty - nawet pisano traktaty o dobrej robocie
- i co miesiąc coś tam z kasy zakładowej dostawali, co zresztą trudno
niektórym było zamienić na dobra, a inni z kolei - tak jak i dziś - nie
mieli z tym najmniejszego kłopotu, bo na niewiele im wystarczało i tak
się przyzwyczaili, że więcej nawet chcieć nie umieli, bo wola ludzka,
tak jak każda inna ludzka władza albo ludzki członek to ma do siebie, że
nieużywana zanika...
 

Cóż zatem dziś, po 25 latach od chwili, gdy obalono mur grodzący część
ogrodu dóbr? Cóż się stało? Odpowiedź jest przyczyną naszego smutku.
Inni panowie i inni towarzysze znów zagrodzili sobie część tego ogrodu,
czerpią z niego pełnymi garściami w formie przywilejów, wynagrodzeń
idących w miliony, bajońskich odpraw, niecenzuralnych zabaw i hulanek, a
przede wszystkim w formie dobra tak wykwintnego i ekskluzywnego jak brak odpowiedzialności.

Inni zaś - czasami ci sami co przed 25 laty - nie mają wolności, tak jak jej wówczas nie mieli. Ich wola nie może wybrać pracy, bo pracy nie ma, nie może wybrać emigracji, bo emigrować musi, nie może wybrać spośród dóbr nawet tak problematycznego dobra jak kredyt, bo nie ma zatrudnienia na umowę itd. itp.

Doprawdy, nie ma przeciwieństwa miedzy wolnością a chlebem. Chleb jest jednym z dóbr, jedną z upraw ogrodu wolności...

Z okazji roku obchodów 25-lecia obrad okrągłego stołu, a następnie
wyborów 4 czerwca 1989 roku, oraz powołania 24 sierpnia tamtego roku
rządu Tadeusza Mazowieckiego, roku, który właśnie zmierza do swego końca i to w sposób raczej niezaplanowany przez swych celebransów, odbyło się wiele spotkań, akademii, paneli, wystaw i dyskusji, rozdano też tony medali, uściśnięto tysiące rąk, wręczono i złożono naręcza kwiatów,
wiązanki, wieńce itd. Wszystko zatem, co się miało odbyć, się odbyło i
jeszcze zapewne będzie się siłą rozpędu odbywać.

Cieszymy się zatem, ale i smucimy. Przyczyną naszego smutku jest fakt,
że w tym "roku wolności" o niej samej nie powiedziano niczego nowego.
Powtarzano za to do znudzenia te same opowieści o bohaterskich młodych
działaczach opozycji z jednej strony i paskudnych funkcjonariuszach
niebu obrzydłego reżimu z drugiej. W większości tych dyskusji
precyzyjnie ujmowano personalia tych pierwszych, podczas gdy Ci drudzy
rozpływali się we mgle "minionego systemu" i jakoś nikt nie potrafił ich
sobie z nazwiska przypomnieć. Od razu powiemy, że i my tego nie będziemy robić.

Chcemy za to powiedzieć o wolności to, czego nie usłyszeliśmy w
tych wszystkich akademiach, choć jest oczywiście możliwe, że nie dość
uważnie słuchaliśmy. Ale zanim powiemy, co nam na sercu leży i co
gniecie wątrobę, wspomnimy jedną z takich dyskusji, którą mieliśmy
okazję usłyszeć w jednej z rozgłośni radiowych kilka dni temu. W
dyskusji tej udział wzięli m.in. były sekretarz KC PZPR i minister, a w
tzw. III RP ambasador w Moskwie, Stanisław Ciosek; działacz opozycji i
ówczesny - w 1989 r. - emigrant polityczny, Seweryn Blumsztajn oraz
również opozycjonista, działacz KPN, potem poseł, a obecnie jeden z
plejady doradców jeszcze prezydenta Bronisława Komorowskiego, Krzysztof Król.

Panowie, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, miło sobie
wspominali, opowiadali, pięknie się różnili itd. Słowem, nic by nas nie
zachwyciło i nie zaskoczyło, może co najwyżej wywołałoby na naszej
twarzy ten grymas zadowolenia, który w filmie Milosa Formana "Lot nad
kukułczym gniazdem", rozjaśnił twarz "człowieka rośliny" zaraz potem, gdy McMurphy wlał do jego kroplówki butelkę wina. W pewnym momencie
Pan Ambasador Ciosek nie był uprzejmy powiedzieć, zresztą bardzo
nieśmiało, że jego zdaniem robotnikom nie chodziło wówczas o wolność,
ale o chleb, a dokładniej o zaopatrzenie. Panowie ówcześni
opozycjoniści, dziś współtworzący tzw. główne koryto, którym w jedną
stronę płyną wskazówki i wzorce, a w drugą hejty i gotówka w formie
podatków i składek ZUS, natychmiast zgodnie zaprotestowali twierdząc, że
w dziejach wystąpień robotniczych w PRL wolność była tak samo ważna jak chleb, czyli zaopatrzenie, a może nawet ważniejsza.
 

Trzeba przyznać, że nie wiem, czy przeciwstawianie chleba wolności to
jest skutek celowej manipulacji, czy jakiegoś gigantycznego
nieporozumienia, które nam, Polakom, towarzyszy od niepamiętnych czasów.
Zresztą, czy tylko Polakom? By jaskrawiej owo przeciwstawienie ukazało
się naszym oczom dodajmy, że sferę chleba, czyli zaopatrzenia, zaliczono
do "mieć", a sferę wolności do "być". Zaraz potem pojawiły się spory,
czy mieć, czy być, co bardziej nam przystoi, czy można być i nie mieć,
czy można mieć i być itd. itp? Porzućmy jednak ten spór, bo to jest
ponad wszelką wątpliwość spór jałowy, bo wynika z fałszywej aporii.
 

Cóż to bowiem jest wolność? Czym jest ludzka wolna wola? Najprościej
mówiąc wolność można porównać do pola, na którym obok siebie, niby w
rajskim ogrodzie, rosną różne dobra, duchowe i materialne, idee i
poglądy, ale także obok zdobyczy techniki rosną "produkty
rolno-spożywcze" itp. Słowem, jest tego pola aż po horyzont i jeszcze za
horyzontem, ani go przejść, ani wzrokiem ogarnąć, a wszędzie owe
wspomniane dobra, miliony, miliardy dóbr wszelakich, wszystkiego po same uszy i wyżej nosa, tylko wybierać i brać.

I tu się właśnie zaczyna ludzka wolność, dzięki której możemy, mamy taką moc i zdolność, po te dobra sięgać. Jak powiedzieliśmy, są to różne dobra, rożnej jakości, w rożnym stopniu istnieją itd. Nie wszystkie dobra nam, ludziom pasują, nie wszystkie nam służą. Są pośród nich i takie, które nam szkodzą, a nawet mogą nas zniszczyć i unicestwić. Po to jednak mamy rozum, aby spośród nich wybierać te dla nas dobre. Dobry jest dla nas chleb, jeszcze lepszy chleb z szynką, albo - jak kto woli - kawior bez chleba.
 

Dobrem dla nas jest udział we władzy politycznej, ale dobre jest też
powstrzymanie się od udziału w niej, gdy np. chcemy zająć się filozofią,
która - jak wiadomo - jest panią zazdrosną i nie znosi obok siebie
żadnej konkurencji, a jeśli ją tylko "poczuje", zaczyna nas zdradzać,
przez co my z kolei zaczynamy szwankować na umyśle, "warstat" nam się
rozpada, pamięć gubi aparat pojęciowy. Wśród tych dóbr, obok dobra
gadania, radzenia, nudzenia i celebrytyzmu jest też dobro pracy, ba,
nawet zwykły komputer i samochód też jest dobrem.

Jak już wspomnieliśmy, nie wszystkie te dobra są tak samo dobre i tak samo ważne, ale to co mają wspólne, to to, że są dobre. I dlatego właśnie może sięgnąć po nie człowiek, dzięki swej woli. Może - o ile one tam są i nie są zagrodzone...
 

W czasach gdy pan Ciosek w średni wiek dopiero wchodził, pan Blumsztajn
wychodził z wieku młodzieńczego, podobnie jak jeszcze pan prezydent
Komorowski, a pan zaraz prezydent Duda właśnie wypuszczał koszulę z
zębów i rozpoczynał szkołę średnią, część tego ogromnego pola wolności,
na którym rosły - jak i dziś rosną - tysiące dóbr, wygrodzili sobie
panowie, zwani wówczas towarzyszami, i nikogo tam nie wpuszczali. Nikt
więc poza nimi nie miał np. udziału we władzy, czerpać z dóbr duchowych
było mu ciężko, bo towarzysze w ogóle z Duchem Świętym mieli kłopot,
książki można było czytać tylko niektóre, podobnie oglądać filmy i
recytować wiersze, pisać też mogli tylko niektórzy i na odpowiedni,
zadany temat... (zresztą gdy chodzi o tę ostatnią kwestię, dziś jest
podobnie).

Przez cały czas rządów tych panów-towarzyszy brakowało też dóbr najprostszych, od chleba naszego powszedniego, ale świeżego,
począwszy, przez papier toaletowy, buty i sprzęt AGD, a na owocach
cytrusowych skończywszy. Słowem wola ludzka miała stale kłopoty z
wyborem, bo... nie za bardzo miała z czego wybierać. Jednego dobra było
pod dostatkiem, a nawet w nadmiarze, tj. roboty! Wszyscy mieli co
robić, tzn. gdzie iść do roboty - nawet pisano traktaty o dobrej robocie
- i co miesiąc coś tam z kasy zakładowej dostawali, co zresztą trudno
niektórym było zamienić na dobra, a inni z kolei - tak jak i dziś - nie
mieli z tym najmniejszego kłopotu, bo na niewiele im wystarczało i tak
się przyzwyczaili, że więcej nawet chcieć nie umieli, bo wola ludzka,
tak jak każda inna ludzka władza albo ludzki członek to ma do siebie, że
nieużywana zanika...
 

Cóż zatem dziś, po 25 latach od chwili, gdy obalono mur grodzący część
ogrodu dóbr? Cóż się stało? Odpowiedź jest przyczyną naszego smutku.
Inni panowie i inni towarzysze znów zagrodzili sobie część tego ogrodu,
czerpią z niego pełnymi garściami w formie przywilejów, wynagrodzeń
idących w miliony, bajońskich odpraw, niecenzuralnych zabaw i hulanek, a
przede wszystkim w formie dobra tak wykwintnego i ekskluzywnego jak brak odpowiedzialności.

Inni zaś - czasami ci sami co przed 25 laty - nie mają wolności, tak jak jej wówczas nie mieli. Ich wola nie może wybrać pracy, bo pracy nie ma, nie może wybrać emigracji, bo emigrować musi, nie może wybrać spośród dóbr nawet tak problematycznego dobra jak kredyt, bo nie ma zatrudnienia na umowę itd. itp.

Doprawdy, nie ma przeciwieństwa miedzy wolnością a chlebem. Chleb jest jednym z dóbr, jedną z upraw ogrodu wolności...

Licencja: Creative Commons