Problem zapełnienia kilku dni przymusowego nic nie robienia rozwiązać próbowałem między innymi lekturą trzech opasłych tomów wieloletniego bestsellera polskich wypożyczalni – „Millennium” zmarłego w 2004 r. szwedzkiego autora Stiega Larssona.

Data dodania: 2011-07-03

Wyświetleń: 1474

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 2

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

2 Ocena

Licencja: Creative Commons

Dla niewtajemniczonych, czyli nieszczęśliwych współobywateli, informacje podstawowe:

Millenium to prawie 2,000 stron do czytania, podzielonych na trzy quasi autonomiczne części:

„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”,

„Dziewczyna, która igrała z ogniem”,

„Zamek z piasku, który runął”,

rozpoczęcia lektury omawianego cyklu nie polecam rolnikom w okresach intensywnych prac polowych, księgowym w I kwartale, gdy najważniejszy jest bilans, studentom w okolicach sesji egzaminacyjnych oraz cierpiącym na hemoroidy,

w gronie rodzinnym nie zalecam zbytniego werbalnego wychwalania czytanej książki, gdyż spowodować może to konieczność wyznaczania harmonogramu dostępu do dzieła, a w skrajnych przypadkach szantażowania pozwem rozwodowym lub użycia siły wobec latorośli, co oznacza, jak powszechnie wiadomo, możliwość narażenia się na analogiczny odwet .

 

Będąc dość aktywnym czytelnikiem Miejskiej Biblioteki w Zabrzu od mniej więcej roku do uszu moich docierały informacje o komitetach kolejkowych, zmianach na listach rezerwacyjnych, oraz, co najbardziej charakterystyczne, o zawartości poszczególnych części trylogii, mniej lub bardziej udanie streszczanej przez szczęśliwych Czytelników Czytelnikom mniej szczęśliwym, którzy lekturę musieli rozpocząć od „Zamku z piasku” na przykład.

 

W swoim życiu czytelniczym unikałem kupowania i czytania na podstawie propagandy szeptanej lub recenzji, które czytałem raczej już po lekturze.

Był jeden wyjątek - „Ulisses” Jamesa Joyce w pierwszym polskim wydaniu (sprawdziłem w Internecie – to nie mogło być tak dawno – w 1963 roku). Arcydzieło sprytem i znajomościami się posługując zdobyłem, ciężarów podnoszenie odstawiłem, usiadłem i doczytałem do strony 17. Arcydzieło zamknąłem, odłożyłem na półkę, po tygodniu wyszukałem monolog Fanny, przeczytałem i tom w niebieskiej obwolucie odłożyłem na zawsze. Amen. Ale to temat na odrębnego posta.

 

Ad rem – nigdy bym prawdopodobnie nie pomyślał o próbie zabrania się za tam obszerne dzieło gdyby nie reakcja mojej żony na swoistą millenniomanię biblioteczną, o której żartobliwie i nieszczęśliwie wspomniałem. Mam załatwić i to już. Danka miała to szczęście, ze lekturę mogła rozpocząć we właściwej kolejności. Pierwszy raz moja żona czytała coś do 3 godziny w nocy, a przygotowywanie i konsumowanie posiłków były tylko antraktem. Odczekałem więc na zwolnienie tomu pierwszego i zacząłem pochłanianie treści.

Pochwała za zdolności marketingowe Wydawcy. Książki są drukowane czcionką 10 punktową na grubym papierze. Marginesy są spore, rozdziały przedzielane niezadrukowanymi stronami. Tom 600 – 700 stronicowy robi wrażenie jeszcze bardziej opasłego i takim jest naprawdę, a czyta się stosunkowo szybko, co może w wielu przypadkach pozytywnie nastrajać Czytelników. Ponieważ „Millennium” wydano po śmierci Autora nie można być pewnym czy takie chwyty marketingowe zostały zastosowane za wiedzą Larssona. Mam wrażenie, że jego wieloletnia praca jako grafika w największej szwedzkiej agencji prasowej TT miała ważne znaczenie przy redagowaniu wydawnictwa.

I te grafiki wplecione w tekst książek – a to mapa karaibskiego archipelagu Grenadyn, a to plan miejscowości, w której głównie toczy się akcja jednego z tomów, a to prawie jakby z teczki śledczego wyjęty plan mieszkania, w którym dokonano jednego z morderstw. Niby nic – ale takie zapożyczenia z Agaty Christie czy Conan Doyla wydaje mi się komiczne. W pierwowzorach plany takie pomagały skołowanym Czytelnikom, natomiast tutaj odgrywają rolę grafiki w Wikipedii i wypełniacza strony. Gdyż same intrygi kryminalno psychologiczne są stosunkowo proste i rozkład wysepek na Karaibach niczego nie wnosi.

 

Oczywiście nie mam zamiaru opisywać lub streszczać fabuły. To tak na marginesie. Opisuję wyłącznie swoje „pretensje” do – nie wiadomo do kogo ani czego. Chyba do samego siebie, że się nabrałem na szeptaną propagandę.

Bo czytało mi się Millenium wspaniale. Do 2/3 części drugiej, gdy to nagle stwierdziłem, ze lektura mnie denerwuje. Pierwszą przyczyną mojego dyskomfortu była maniera Autora dosłownego informowania Czytelnika, że Autor coś wie, ale nie powie. Że to coś jest straszne, lecz Czytelnik nie jest jeszcze przygotowany na wskazanie Mu co takiego potwornego się zdarzyło w przeszłości. To nie fair.

A jak już wbito mi w pamięć po raz 14, żebym przygotował się na horror, Autor nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, jakby chciał wynagrodzić swoją irytującą tajemniczość, wyjawia sprawców morderstw, chociaż spora grupa szwedzkich policjantów, prokuratorów i freelancerów nie zajmuje się niczym innym od tygodni. I co ? I nic – Czytelnik wie, lecz teraz musi czytać dalej, jak zdeterminowani myśliwi uparcie idą nie po właściwych tropach. No to Czytelnik jest lepszy – on wie.

Przerwałem czytanie. Zbuntowałem się i jak prawie zawsze krótko przeanalizowałem intrygi w tekście zawarte – mam spore zastrzeżenia, ale pozostawiam je domyślności innych Czytelników.

A tak ogólnie, to lektura jest wspaniała, pełna suspensów oraz wiadomości o modelach mebli Ikei, metrażach (skromnie !) i cenach mieszkań na wtórnym rynku Sztokholmu, zarobkach różnych grup zawodowych (dla ułatwienia kurs korony szwedzkiej do PLZ w styczniu 2000 wynosił około 2,06). Nadmieniam, że podobny zasób informacji zawierają także kryminały szwedzkiego tandemu Maj Sjöwall i Per Frederika Wahlöö.

Licencja: Creative Commons