Dla chcącego nic trudnego!

Data dodania: 2009-07-31

Wyświetleń: 1315

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Mimo że przyjęło się, iż okres letni najbardziej sprzyja wypoczynkowi, to dla przeciętnego studenta wakacje nie zawsze oznaczają błogie lenistwo w cieniu palm. Słodkie „nicnierobienie” czy to nad Bałtykiem czy Adriatykiem kosztuje i choć to może, nie Martwe Morze, bardzo słono.

Pierwszy problem wakacyjnego żaka to oczywiście kasa, a właściwie jej chroniczny niedobór. W roku akademickim anemie są standardem i nikogo chyba nie dziwi widok chuderlawych studentek, które albo w celach dietetycznych albo oszczędnościowych (tak to już niestety jest, że studentowi/studentce zawsze brakuje pieniędzy) zmniejszają swoje racje pokarmowe. A skoro się nie dojada to tym bardziej się nie podróżuje. W okresie zajęć można zatem, niemal na amen, zapomnieć o jakichkolwiek wyprawach w nieznane. Ale o dziwo, w lecie nie jest lepiej. Gros studentów najzwyczajniej w świecie nie odkłada do skarpety i po prostu nie ma pieniędzy na nawet kilkudniową wycieczkę, inni wybierają harówkę zagranicą, wszystko, aby tylko zarobić na kolejny rok akademicki, jeszcze innym radość wakacji burzy perspektywa egzaminacyjnej „kampanii wrześniowej” i w efekcie podróżuje się, ale co najwyżej palcem po mapie…

Tymczasem warto zainteresować się programem, który pozwoli nam nie tylko na semestralny lub roczny pobyt zagranicą w dowolnie wybranym państwie Unii Europejskiej (choć nie tylko), zwiedzanie urokliwych zakątków, podreperowanie znajomości języków obcych, ale również umożliwi nam naukę czegoś nowego i w znacznej części sfinansuje nasz wyjazd. Mowa o programie Erasmus Lifelong Learning, czyli Uczenie się przez całe życie. Jeszcze dwa lata temu program UE funkcjonował pod szyldem Sokrates-Erasmus. Niemniej jednak zmiana nomenklatury nie oznacza zmiany zasad wyjazdu na Erasmusa. O tym, że warto z pewnością każdy z nas słyszał wielokrotnie, ale ponieważ Repetitio mater studiorum est (Powtarzanie jest matką nauk), powtórzę raz jeszcze: naprawdę warto! Z akcentem na „naprawdę”. Wiem to z autopsji.

Po pierwsze, paleta europejskich ośrodków uniwersyteckich jest przebogata! Każdy wydział ma podpisane umowy o współpracy z kilkudziesięcioma uczelniami. Dla przykładu wspomnę, że studenci Wydziału Historycznego UAM-u mogą wyjeżdżać do Rzymu, Mediolanu, Sieny, Paryża-Sorbony, Barcelony, Saragossy, Berlina, Monachium, Fryburga Bryzgowijskiego, Ratyzbony, Pasawy, Bambergu, Marburga, Wiednia, Grazu, Londynu, Pragi, Oslo, Helsinek a także do Rotterdamu na uniwersytet imienia nie kogo innego, ale właśnie Erazma, oraz wielu wielu innych miejsc. Tylko od wybierającego zależy czy zdecyduje się na metropolię czy wybierze mniejsze miasto, chcąc odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku i gwaru.

Po drugie, zakwalifikowanie się na wyjazd nie jest trudnością nie do pokonania. Najważniejsze są chęci i znajomość języka kraju, do którego zamierzamy się wybrać. Oczywiście, jeśli mówimy o krajach anglo-, niemiecko- i francuskojęzycznych, natomiast w przypadku Skandynawii czy krajów śródziemnomorskich takich jak Hiszpania, Grecja czy Włochy, z reguły wystarcza znajomość języka angielskiego. Oczywiście poligloci są wszędzie mile widziani i dodatkowy kurs czy to hiszpańskiego czy włoskiego może nam tylko pomóc! Choć z Erasmusem wiąże się trochę biurokracji i mozolne wypełnianie kilku formularzy to naprawdę czym jak czym, ale tym detalem nie warto się zniechęcać! Najpierw wypełnia się formularze na macierzystej uczelni, następnie już po zakwalifikowaniu kandydata w wyniku postępowania rekrutacyjnego w Polsce, uczelnia goszcząca kontaktuje się, z reguły drogą mailową, z beneficjentem, później wypełnia się aplikację w odpowiednim języku (angielskim, niemieckim czy francuskim), którą następnie należy przesłać na adres goszczącego uniwersytetu.

Po trzecie, każdy Erasmus otrzymuje dofinansowanie. Kiedy dwa lata temu wyjeżdżałam do Bawarii otrzymałam grant w wysokości 1 500 euro, czyli 300 euro na m-c. Za mieszkanie w niemieckim akademiku płaciłam wówczas 198 euro, do kosztów dochodziła KOMkarta, wyżywienie i oczywiście sławetna kaucja (220 euro) oraz opłata rezerwacyjna bezzwrotna (185 euro) – uiszczane jednorazowo jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego, ubezpieczenie i ewentualne kieszonkowe na podróże po landzie czy gdzieś dalej w głąb Niemiec. Na szczęście podczas pobytu na Erasmusie student zachowuje wszystkie swoje przywileje dotyczące stypendiów zarówno naukowych jak i socjalnych, dysponuje zatem jeszcze dodatkowymi pieniążkami. Gospodarność jak zawsze w cenie, dlatego warto kontrolować swoje wydatki, a na pewno uda się nie tylko sporo zwiedzić (dział współpracy z zagranicą proponuje wycieczki dla Erasmusów w wyjątkowo korzystnych cenach), ale również pozwolić sobie na drobne przyjemności, w moim przypadku były to dziesiątki zjedzonych paczek Haribo oraz porządny kontyngent niemieckich czekolad i innych wyśmienitych słodkości dla rodzinki. Dodam jeszcze, że teraz kwota stypendium na Erasmusa uległa zwiększeniu. Dla osób wyjeżdżających w roku 2009/2010 grant do Niemiec wzrósł z 300 na 400 euro/m-c. Analogicznie wzrosły dofinansowania do innych krajów. Nie sposób też pominąć milczeniem, że po powrocie każdy Erasmus otrzymuje jeszcze kilkaset euro, w zależności od tego, czy był na stypendium semestralnym czy rocznym. Rok temu kwota ta wynosiła 400 euro po semestrze pobytu zagranicą, w tym roku wzrosła do 600 euro za pobyt w roku akademickim 2008/2009.

Wrażeń z pobytu w ramach programu Erasmus nie sposób przeliczyć na euro czy jakąkolwiek inną walutę, bo czyż zagraniczne przyjaźnie nie są na wagę złota? Po pobycie na Erasmusie myśli się zupełnie inaczej, a czy nie chodzi nam właśnie o zmianę sposobu myślenia, tak często zaściankowego i odrobinę nietolerancyjnego? Erasmus to największa przygoda mojego życia, dlatego szczerze zachęcam! Pomyśl już teraz. Voluntario nihil difficile! (Dla chcącego nic trudnego!) Erasmus Rotterdamus.

Autor: Monika Grażyna Jania
Licencja: Creative Commons