Okiem filozofa. Idź i patrz - recenzja filmu

Licencja: Creative Commons

Data dodania: 2009-06-05

Wyświetleń: 1396

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena
Ten film jest fascynująco brutalny.

Białoruś roku 1943. Dwójka chłopców kopie w przysypanych piaskiem bunkrach. Szukają broni. Każdy z nich marzy o przyłączeniu się do partyzantów, a „bez armaty nie biorą”. Chłopców przeklina starszy mężczyzna z którego ostrzeżeń – odwodzących ich od odkopywania broni – nic sobie nie robią. Naśmiewają się z niego i przedrzeźniają. Znamienite, że to w jaki sposób robi to jeden z nich (młodszy), jest odpychające: zmarszczone brwi i ochrypły głos – przez co uosabiająca karzącą przykładność Dorosłość, otrzymuje reprezentację w wulgarnym słownictwie i odrażającym głosie. W końcu jeden z nich – (starszy) Flora, znajduje upragniony karabin.

Wróciwszy do wsi, Flora mówi matce o chęci przyłączenia się do partyzantów – krótko potem chałupę odwiedza dwójka z nich. Zbliżenia twarzy Flory pokazują zafascynowanego oboma ludźmi młodzieńca. Jeden z wojskowych to tęgi i nieokrzesany chłop, drugi, to jego zdystansowany, szczupły przełożony. Zachowanie szeregowego wojskowego jest śmiałe, a jego mowa bogata w gestykulację i rubaszne – acz czerpane wyłącznie z własnego doświadczenia – opowieści. Toteż jego właśnie mową Flora jest szczególnie zainteresowany. Drugi wojskowy (szpakowaty, kościsty) nosi okulary (stereotypową oznakę inteligencji), jest opanowany i znacznie bardziej pewny siebie – którą to pewność daje mu chyba wyższy stopień wojskowy. Obydwoje ci żołnierze zabierają ze sobą Florę, lecz nie wychodzą z nim ot, tak po prostu – wypychają go z chałupy siłą i sadzają na wozie w towarzystwie niemieckiego jeńca. To w jaki sposób jest on potraktowany, ma wzmocnić autorytet wojskowych – „prawdziwych” mężczyzn. Matka, siostry i część mieszkańców wsi – zwykle też osoby starsze i zniedołężniałe – a więc ci wszyscy, których selekcja pominęła, patrzą za odjeżdżającym Florą.

Z (nużącego) życia codziennego rodzimej wioski, Flora trafia do lasu. W „dzikim” i „męskim” lesie, chronią się partyzanci. Las jest tłem dla alternatywnego życia, które się w nim toczy – podkreślając tylko surowość mężczyzn-partyzantów. W lesie życie płynie całkiem „normalnie” - las wręcz życiem rannych żołnierzy tętni. Chodzący „pod krawatem” i w zbyt dużym garniturze – po swoim ojcu – Flora wszystkim się kłania i wszystkich pozdrawia, budząc tym rozczulenie wojskowych. No, i poznaje swojego przełożonego – towarzysza Kosacza (od czasu spotkania tej postaci, będziemy świadkami jawnego mitologizowania jej przez Florę). Kosacz imponuje nieociosaną, dojrzałą męskością. Kosacz mówi niskim głosem, a poza tym Kosacz krzyczy tylko przez sen... A propos niskiego głosu... Zwraca uwagę przemówienie dowódców przed rutynową „akcją”. Jest to naprawdę świetny przykład „działania językowego”, mającego na celu przygotowanie partyzantów na śmierć. Strategią obraną przez dowódców, jest odsłonięcie przed partyzantami całej prawdy - tzn. argumentacja odwołująca się do braku znaczeń pośrednich; argumentacja, gdzie sugeruje się słuchaczom całkowitą szczerość (w tym wypadku szczerość dowódców względem ich podwładnych). Dowódcy nie mają nic do ukrycia, partyzanci powinni przygotować się na najgorsze.

Decyzją Kosacza nie zabrany na jedną z pierwszych akcji, Flora ucieka w głąb lasu i płacze. Potraktowany niepoważnie, został tym samym odsunięty od prawdziwej rozkoszy bojownika – przemocy. W głębi lasu spotyka rozkochaną w Kosaczu – a rozpaczającą z jego powodu – Głaszę Glafirę. Ta – w przypływie emocji mówi Florze: „Istnieję! Oto ja! To ty nie żyjesz! (...) To przecież ja... chcę kochać... Rodzić...”. Po takich oświadczynach, Florze ciąży zbytnia bliskość Głaszy, więc jedyne co mu przychodzi na myśl, to wycofać się w nieodpowiedzialność – przypominając (Głaszy), że jest kimś innym niż Dorosły (a kochany przez nią) Kosacz. Głasza śmieje się z nieporadności Flory. Warto odnotować, że mimo iż będący mężczyzną – tak więc dysponujący stereotypowymi przymiotami: siły i agresji, Flora, podobne jak (kobieta) Głasza, musi zostać w lesie... Okazuje się bowiem, że do obu przypadków (Flory i Głaszy) stosuje się pojemniejsza kategoria wykluczająca niezdolnych do umierania z partyzantami, a mianowicie kategoria nieletnich – w przypadku Głaszy potęgowana jej... kobiecością.

Bombardowanie.

Tuż po nim Flora prowadzi Głaszę do swojej wsi – ta jest jednak opustoszała. Flora łapie się za uszy – jakby myśl o wymordowaniu rodziny dochodziła z ust kogoś z zewnątrz. Wybiega z domu i pędzi przez bagniska w miejsce w którym spodziewa się znaleźć rodzinę. Dla biegnącej za nim Głaszy nie ma to sensu – zobaczyła bowiem to, czego Flora nie zobaczył – stertę ciał ludzi zabitych pod ścianą jednego z budynków. Gdy Głasza mówi Florze, że tam dokąd biegną, nie ma jego rodziny, bo jest w wiosce z innymi zamordowanymi, Flora chce ją za to udusić mówiąc: „Są tutaj!”. Trwa to raptem kilka sekund, ale scena robi wrażenie. Czego świadectwem może być taka reakcja? Chyba jakiejś formy elementarnego zaprzeczenia temu, co rzeczywiste... poza tym może ona dowodzić tego, o czym Bataille napisał: „W prawdzie miłości (...) nic nie jest złudą”1. Flora pozwala, aby rozpętały się w nim siły analogiczne do tych, których ofiarą padli jego najbliżsi2.

Poznany na bagniskach szeregowy Rubież prowadzi Florę i Głaszę w głąb lasu – do grupy ludzi ocalałych z nazistowskiej rzezi. Ludzie wrzeszczą dygoczącemu Florkowi, że cała jego rodzina nie żyje. Na środku polanki, leży zaś nagie, zwęglone truchło – cudem jeszcze żyjącego – mężczyzny. Człowiek ów jest tym samym, który zaklinał Florę, by nie ruszał zakopanej broni („Mówiłem ci – nie kopcie”). Zastanówmy się nad językowym oddziaływaniem tego człowieka na Florę. Oto niemalże spopielone – acz jeszcze żywe – truchło starszego człowieka, który po makabrycznym opisie własnej tragedii, przypomina Florze o wypowiedzianych doń – acz wzgardzonych – słowach z początku filmu: „Mówiłem ci – nie kopcie”. Z czym mamy tutaj do czynienia, jeśli nie ze spotęgowanym komunikatem upominającego się o wyłączność - w kwestii życiowej mądrości - Dorosłego człowieka? Uważam, że scena poraża, ale nie przede wszystkim sugestywnością obrazu, lecz przypominanym przez starszego człowieka – a okpionym przez Florę – zdaniem, urastającym teraz do rangi profetycznego. Oto bowiem status ontologiczny starszego człowieka, nie jest jasny: niby jeszcze żyje, ale też nie do końca, wszak jest w agonii, dogorywa! Pomyślmy nad tym. Z chwilą, z którą starszy mężczyzna przypomina Florze o swoich słowach, słowa te są jakby wydzierane śmierci – człowiek ów wypowiada je wszak „na wydechu”. Ma to, uważam, świadczyć o potędze ich treści, która nie liczy się z konsekwencjami (śmierć), a tylko upomina się o szacunek dla życiowej mądrości. Słowa starszego człowieka miały być wysłuchane i spełnione (miały „zadziałać”)... konsekwencją sytuacji odwrotnej jest to, na co patrzy winny temu wszystkiemu Flora – śmierć. Twarz Flory skuwa tępy grymas rozpaczy, znowu zasłania uszy. Kobiety-płaczki wrzeszczą dookoła Flory. Żadna z nich go jednak nie przygarnia i nie przytula. Jest pozostawiony samemu sobie. Na tle skowytu ludzi, Flora chce się udusić wkładając głowę w bagienny, grząski grunt.

Młody partyzant, narzuciwszy na konar świerku płaszcz z nazistowską odznaką i nasadzając na jego koniec czaszkę, oblepia ją gliną i błotem (co do złudzenia przypomina twarz Hitlera). Teraz – w ramach odczyniania Złego – każdy człowiek podchodzi i spluwa na postać.

SS-mańskie Sonderkomando rozbijają ludzie Kosacza. Wśród zgliszczy kościoła, odbywa się bójka na pojęcia – tzn. językowa konfrontacja między zwyciężonymi SS-manami, a zwycięskimi komunistami Kosacza. Warto powiedzieć, że argumentacja obronna nazistów relacjonowana jest przez SS-mana narodowości białoruskiej! I choć, większość Sonderkomanda – łącznie z majorem – odżegnuje się od ponoszenia odpowiedzialności za masakrę, jest wśród nich człowiek, który nie wstydzi się opowiedzieć o wzniosłości nazistowskiego mitu. Mamy tutaj do czynienia z powtórzeniem typowej dla większości nazistów argumentacji, iż wykonywane przez nich rozkazy w ogóle nie powinny być miernikiem ich etyczności, gdyż stanowią dziedzinę „wyłączonej” spod odpowiedzialności moralnej sfery Obowiązku – o status którego nie można jednak pytać:

Stanąwszy przed zadaniem zagłady Żydów w Europie, Heinrich Himmler, szef SS, uderzył w heroiczny ton: „Ktoś musi wykonać tę brudną robotę, a zatem do dzieła!”. Łatwo jest robić dla kraju rzeczy szczytne, nawet poświęcić dla niego życie – dużo trudniej popełniać dla niego zbrodnie. W swoim Eichmanie w Jerozolimie Hannah Arendt precyzyjnie opisała ów krok, który podejmowali nazistowscy oprawcy, aby móc wytrzymać własne, przerażające czyny. Większość z nich nie była po prostu zła, wiedzieli, że to, co robią, przyniesie ich ofiarom upokorzenie, cierpienie i śmierć. Rozwiązywali ów problem w ten sposób, że „zamiast wykrzyknąć: Cóż za potworne rzeczy zrobiłem tym ludziom! - zbrodniarze ci potrafili powiedzieć: Cóż za potworne rzeczy musiałem oglądać, wykonując swoje obowiązki. Jak ciężkie było brzemię na moich ramionach!”. Tym sposobem mogli postawić na głowie logikę opierania się pokusie: pokusą było przyzwolenie sobie na elementarną litość i współczucie wobec ludzkiego cierpienia; skupiali cały swój „etyczny” wysiłek na opieraniu się tej pokusie, a nie na tym, by przeciwstawić się upokorzeniom, torturom i morderstwu. W takiej sytuacji odrzucenie spontanicznych, etycznych instynktów litości i współczucia staje się dowodem na moją etyczną wielkość: by wypełnić swoje obowiązki, gotów jestem wziąć na siebie ciężar zadawania bólu innym3.

Nas interesuje casus drugiego – młodego nazisty. Przykład człowieka, który niczego się nie wypiera, a wręcz przeciwnie. Wypowiadane przez niego słowa – w konfrontacji z ujęciami twarzy tłumaczącego je na białoruski żołnierza-białrusina – oraz konfrontowane dodatkowo z przysłuchującymi się im ocalałymi białorusinami, przerażają. Oczy nazisty odbijają obłęd – są nieobecne – gdy mówi: „Nie powinniście istnieć”. Nieobecne oczy nazisty, to świadectwo, jak nierealne jest to co ma aktualnie miejsce. Tokowanie któremu – jako niemalże medium – użycza swoich ust nazista, znosi aktualność przegranej konfrontacji z komunistami. Ta mowa, to otucha przed śmiercią ze strony Niemożliwych-a-mimo-to-istniejących (komunistów). Temu co najbardziej realne, odebrana zostaje wartość aktualnego, przez co można „iść w śmierć, jak w dym”. Unicestwienie realności, odbywa się z chwilą powtórzenia przez nazistę-niemca, słów „wielkiej doniosłości” (wyuczonych cytatów z nazistowskiego sztambucha). Te zaś, z racji, iż obywają się bez adresata (gdyż są ab-solus, są dla uszu Uber-ludzi), mogą być tylko nie-do-zniesienia. Tak więc monolog nazisty – wypowiadane przezeń słowa – nie są przeznaczone do słuchania, lecz... kultu!

Ci, którym odebrano mowę – komuniści, jedyne co mogą zrobić, to wymordować wszystkich nazistów (uwielbiam tę scenę). To też ma miejsce. Pamiętajmy wszak, że wg. Arystotelesa, człowiek:

jest istotą polityczną, ponieważ posiada mowę (...). Cała jednak kwestia polega na tym, by dowiedzieć się kto posiada mowę, a kto jedynie głos. Zawsze odmowa traktowania niektórych kategorii ludzi jako istot politycznych zaczynała się od odmowy traktowania odgłosów wydobywających się z ich ust jako dyskursu. (...) Polityka pojawia się zatem wówczas, gdy ci którzy „nie mają” czasu, znajdą czas niezbędny, by zapełnić przestrzeń wspólną i pokazać, że ich usta emitują również mowę mówiącą o tym, co wspólne, a nie tylko głos sygnalizujący ból4.

Ja chciałbym jednak wrócić do postaci tłumacza – w tym przypadku białoruskiego nazisty. Nietypowość jego wystąpienia polega na tym, że żołnierz ów nie jest w psychicznym stanie znieść mana-mocy słów tłumaczonych przez niego nazistów. Tłumacz – którego speech act osiągnął sukces udanej translacji, dygocze teraz z przerażenia nad performatywnymi możliwościami mowy – powtarzając: „My nie Niemcy, my nie Niemcy”. Białoruski trep, tłumacząc słowa-zaklęcia nazisty-niemca, dostrzega ich „kanciastość” - tzn. to, jak bardzo są nieodpowiednie, jak „nie skrojone” na tę chwilę – w której wypadałoby się raczej (przed komunistami) uciekać do chwytów retorycznych uśmierzających ich złość lub budzących litość aniżeli dających świadectwo wiary w ideologię wzniosłości – nazizm.

Po egzekucji, Flora staje nad portretem Hitlera i oddaje do niego strzały. Historia z kinematograficznych rejestracji propagandy nazistowskiej cofa się – od ostatnich ujęć jeszcze żywego Hitlera, do początków jego kariery. March of time propagandowych obrazów, przeplatany jest z oddawanymi – przez Florę – co jakiś czas – strzałami w oko kamery (w domyśle portret Hitlera). Całości towarzyszy z kolei muzyczna oprawa wyjątków z oper Wagnera, nazistowskich songów, oraz licznych cytat z przemówień führera. Flora przestaje strzelać, gdy skonfrontowany jest z oczami – pozującej do zdjęcia – matki Hitlera, trzymającej go (Hitlera) jako dziecko w objęciach. Upodlony wojną, Flora płacze i dołącza do towarzyszy-partyzantów idących do lasu.

Autor: Piotr K.

1 Georges Bataille, Erotyzm, wyd. Słowo/Obraz/Terytoria, str. 24.
2 Item, str. 52.
3 Slavoj Żiżek, Lacan, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, str. 126.
4 Jacques Ranciere, Estetyka jako polityka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2007, str. 25. Z kolei u Ortegi czytam: „Opowiadanie jest typowym i istotnym aktem, dzięki któremu postrzegam, iż dlań bliźniego – przyp. P. K. istnieję. Teraz już mi nie odpowiada: przestałem dla niego istnieć, a zatem nie jesteśmy już dla siebie towarzyszami” - w: José Ortega y Gasset, Wokół Galileusza, wyd. Spacja, warszawa 1993, str. 55-56.
Licencja: Creative Commons