Okiem filozofa. Wallace i Gromit - recenzja

Licencja: Creative Commons

Data dodania: 2009-06-05

Wyświetleń: 1736

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena
Z czasów dziecinnych zapamiętałem ciekawość do rzeczy wykonanych pieczołowicie i precyzyjnie; rzeczy, które świadczyłyby o cierpieniu, jakie markujący je swoim nazwiskiem autor musiał sobie zadać. Takich przedmiotów lubiłem dotykać, lubiłem je oglądać i o nich mówić, a mieć je w zasięgu swojej mocy znaczyło moc tę zwielokrotnić o tę właściwą danemu przedmiotowi, w którym upatrywałem quantum geniuszu/pasji jej autora... To magiczne myślenie odnośnie przedmiotów stricto materialnych z czasem zetlało kosztem mowy, pisma i słów – traktowanych coraz bardziej nabożnie... Ale gdy oglądam filmy takie jak ten, stare słabości się odpominają.

Podziwiam twórców filmu za to, że chciało im się w dobie kreskówek produkcyjniackich kręcić film techniką (po)klatkową z figurkami lepionymi z modeliny w rolach głównych, gdzie przecież po dwakroć trzeba wzmóc uwagę, by, broń boże, żadne linie papilarne się w modelinie nie odcisnęły; gdzie by ukazać jedną tylko postać w ruchu, trzeba co najmniej kilku z rzędu czynności pędzlem – tonacja kolorów odmienia się przecież co chwila (bo, a to, postać poruszy dłonią, a to wytrzeszczy oczy i kąt padania światła się zmieni; a to znowuż postać biegnie i wtedy nawet po dziesięciokroć trzeba zdjęcia przerywać żeby co rusz przy niej figurce mocowanej na specjalnym stelażu kombinować). Słowem, nic tylko, usiąść i (od nawału roboty) osiwieć. A roboty było co niemiara. Powstało bowiem aż 35 modelinowych wersji bohatera głównego (Wallace'a), 15 wersji Lady Tottington (w czterech różnych kreacjach) i 16 wersji Victora. Poza tym, osobno, powstawały kształty ust: 12 różnych modelino-kształtów dla Wallace'a, 14 dla Tottie i aż 20 dla Victora. Tym jedynie w co zaingerowała technologia komputerowa, były: mgła, ogień, rozdeptywana w kałuży woda, błoto, tłuczone szkło i... wirujące wewnątrz wynalazku Wallace'a (Królociągu 6000) króliki...

W spokojnej angielskiej wiosce, żyją w jednym domu uwielbiający ser, wynalazca, stary kawaler Wallace i jego pies Gromit (wspólnik w biznesie SzkodnikKuritas Anti-Pesto), których życie przebiega w idyllicznej sielance codziennej, porannej lektury prasy i wspólnych śniadaniach (niestety, Wallace ze względów zdrowotnych – tusza, jest na diecie i nie może jeść serów – o jego ściśle wegetariański tryb odżywiania się dba kumpel Gromit. Z racji, że osobiście również przepadam za serami, nietęga mina Wallace'a na serowej kwarantannie sprawiła, że połączył mnie z nim łańcuszek współcierpienia. Toteż możecie sobie tylko wyobrazić jak dużo cholernej satysfakcji sprawiło mi, gdy Wallace starał się oszukać poczciwego Gromita chcąc uszczknąć kęs serka chowanego w sekretnej skrytce).

Firma obojga zajmuje się „humanitarnym” neutralizowaniem niszczących działkowe uprawy szkodników (głównie królików). Polega to na korzystaniu z pomocy autorskiego wynalazku Wallace'a Królociągu 6000 – wielkiej maszyny łudząco podobnej do odkurzacza, który wciąga króliki do środka szklanej klatki z prędkością 120 KNM (Królików Na Minutę). Niestety, Wallace'owi i Gromitowi brak pomysłu na miejsce-areszt, gdzie można by króle „składować” i resocjalizować – póki co gnieżdżą się więc one w piwnicy domu, skąd też wydostają się „na pokoje”, hasając tam i sam i pałaszując lodówkę.

Za to, że nie stosuje przemocy dwururki, Wallace spodobał się Lady Tottington, młodziutkiej bogatej kobiecie – pod znakami której organizowany jest doroczny (trwający od ponad 500 lat) konkurs na... najokazalsze warzywo. Niestety do Tottie smali cholewy (całkowita odwrotność Wallace'a), cyniczny Lord Victor Quartermaine – jegomość o opuchniętych powiekach, czarnym tupeciku (peruce), z nieodłączną dubeltówką i w towarzystwie spasłego, małego psa Filipa. Nasz odbiór tego pana, jednoznacznie pozwala nam stwierdzić, że Lord w ogóle nie ma startu do wielkodusznego fajtłapy Wallace'a. Na szczęście Lady nie daje się Victorowi zwieść – z cierpką tolerancją pozwala mu się, co prawda, z jego żenującymi komplementami wytaczać, ale odprawia go zwykle z niczym. Znamienna jest scena, w której coraz częściej oglądający sprzyjających sobie Wallace'a i Tottie Victor wybucha salwą pretensji pod adresem Wallace'a wmawiając mu interesowność odnośnie (urojonego) związku z Tottie. Oglądamy ordynarną, pozbawioną pruderii, plującą śliną męskość, która szuka w argumentacji Wallace'a i nocy jego oczu (Victor bowiem z bliska w nie zagląda) luki, fałszywej nuty zdradzającej jego (Wallace'a) patologiczne intencje (chęć zagarnięcia majątku Lady Tottie). Nie mogąc jednakże niczego takiego wytropić – Wallace jest bowiem facetem nazbyt prostolinijnym, by móc cokolwiek fałszować bądź kogokolwiek kłamać – Victor chce się z Wallace'm bić... I chyba „to” jest największym problemem Wallace'a – że, mianowicie, nie ma nic do ukrycia, że nie ma potrzeby kłamać. To w „to” Victorowi najtrudniej dać wiarę, to „to” stoi na przeszkodzie, by Victor „rozgryzł” Wallace'a, to „to” w końcu sprawia, że w oczach Victora, Wallace jest kimś/czymś monstrualnym. (Zawsze zdumiewały mnie sytuacje, w których człowiek wyświadczający przysługę jest przez jej odbiorcę mało, że ignorowany, to jeszcze gnojony – jakbyśmy (odebrawszy jego dar) musieli mu „po wszystkim” udowodnić, że pomagając nam tylko nas upokorzył, a teraz musi za to zapłacić, do tego stopnia bark już w nas wiary w autentycznie „czysty” czyn/gest).

W przypływie geniuszu – korzystając z maszyny swojego patentu Mózgomanipulaciomatora – Wallace chce wyprać królikom mózgi transmitując ich głowom swoje „dobre myśli” o nie dewastowaniu warzywnych upraw mieszkańców miasteczka („Warzywa złe. Oprzyj się kapuście...” etc). W tym celu podłącza Mózgomanipulaciomator do Królociągu 6000 (we wnętrzu którego zamknięte są zassane z trawnika Lady Tottie króliki) i zasilając całość energią księżycowego światła ciągniętą ze specjalnych baterii, poddaje siebie i króliki eksperymentowi. Niestety, w wyniku awarii, następuje wymiana „myśli”/osobowości między Wallace'm a jednym z króli, przez co szczątek osobowości króliczej dostaje się do mózgu Wallace'a i, zamiennie, odrobina Wallace'a dostaje się królikowi. Skutkiem tego jest, że (zwykle z przyjściem nocy) Wallace zmienia się w olbrzymiego królika, królik zaś w wyrośniętego, przemądrzałego króliko-Wallace'a.

A tymczasem, poczciwy safanduła, czytelnik (erotycznej?) prasy Zapasy zakonnic, wielebny Hedges, rozsiewa wśród mieszkańców miasteczka panikę z powodu królikołaka w reakcji na co mieszkańcy jeszcze intensywniej zbroją swoje szklarnie w alarmy i wszelkiej maści zatrzaski, a (w pełnej erotycznego napięcia scenie w kościele) Wallace składa przed Lady Tottie solenną obietnicę pozbycia się potwora. Niestety Lord Victor dowiedziawszy się, że to sam Wallace jest owym monstrum, zwraca się do – biegłego w naukach okultystycznych – wielebnego Hedges'a, o radę w jaki sposób można by królikołaka zwyciężyć. Dowiaduje się, że da się to zrobić tylko za pomocą złotych (dwudziestoczterokarotkowych) pocisków... Wrażliwców proszę, by dali sobie na wstrzymanie, nie trzeba będzie trzeć oczu – z Wallace'm nic złego się nie stanie! Zastanówmy sie nad czymś innym.

Aż korci by dociec tajemnych połączeń między potworem (o którego usunięcie prosi Tottie), a kawalerstwem Wallace'a. Zabicie potwora – którym jest przecież Wallace – byłoby tu, jak mniemam, odnosiło się do porzucenia/zabicia kawalerskiego stanu (tej potwornej, dla głodnej seksu dziewicy, cząstki Wallace'a, stojącej na przeszkodzie do związania się z nim)... potworne! Potworne jest to tym bardziej, że rzecz (przysięga Wallace'a) dzieje się w zdewastowanym przez królikołaka Kościele, a prosząca Wallace'a Tottie robi w całej scenie za anioła. W ogóle scena kościelna wyśmienicie pokazuje totalitarny mechanizm działania nad-ja: „Możesz, bo powinieneś!/ „Powinieneś, bo możesz!”. Zwróćcie bowiem uwagę, że Kościół jest tu tylko pretekstem podkreślającym/intensyfikującym presję wywieraną przez mieszkańców miasteczka na Wallace'ie – gdzie nie wypada, kiedy już Tottie wpadła na pomysł, by to właśnie Wallace rozwiązał kwestię królikołaka, odmówić wykonania usługi. Wymowne są tu spojrzenia ludzi zebranych w Kościele, a świadkujących całej tej scenie – wszystkie oczy zwracają się na Wallace'a! Jedyne więc co mu zostaje, to, niejako „z rozpędu”, bez przekonania, przyklasnąć decyzji Tottie. Oglądamy więc kogoś, kto choć niczego nie musi zrobić, musi to zrobić tym bardziej! Ale zatrzymajmy się jeszcze przy figurce królikołaka. W istocie, niewiele byłoby potrzeba, żeby Wallace rozbudził w Lady miłość do siebie... (zwraca uwagę scena spotkania Lady i Wallace'a w prywatnej szklarni na szczycie pałacu Tottie. Oprowadzająca Wallace'a po bujnym ogródku Lady pokazuje mu to, czego, jak powida: „nikt inny wcześniej nie oglądał”... i czy doprawdy, kiedy Lady dotyka dwóch dorodnych, okrągłych, żółtych warzyw na wysokości swoich piersi, a Wallace poprawia nerwowo kołnierzyk i muszkę, to robi to jako jeszcze facet czy już królikołak? Scena jest dwuznaczna. My wiemy skądinąd, że lada moment, a Wallace gotów będzie przemienić się królikołaka i pożreć najcenniejsze eksponaty ogrodu warzywnego Lady – dzięki bogom jednak, reputację Wallace'a ratuje bystry Gromit fundując kumplowi zimny prysznic). Niestety różni go od niej jego podrzędna pozycja społeczna drobnego ciułacza. Symboliczne „to coś” - tj. status arystokraty – posiada, co prawda, Lord Victor, ale on z kolei budzi w Lady czysto estetyczne obrzydzenie. Przypatrzmy się teraz Wallace'owi-królikołakowi. Co takiego wstydliwego może chować przed Lady Wallace? Swój niski status społeczny! Potwór, którego musi zabić, to tylko przesadzone (dla potrzeb filmu animowanego), obsadzone lękami Wallace'a i Lady obawy ich obojga przed mezaliansem. Królikolak to monstrum różnicy klasowej między Lady a Wallace'm (który – jako stary kawaler – jest przecież beznadziejnym konserwatystą). Film, w ostateczności kończy się niby dobrze – Lady na własne oczy obejrzy przemianę monstrum w człowieka (Wallace'a), ale czyż niewiele później nie odsłoni (wspólnie z Wallace'm) kamiennej statuetki/posągu królika – czyli na dobre już (w kamieniu) zakrzepłej granicy/różnicy między ich obojgiem? (Mówią do siebie, co prawda, „po imieniu” (na przystała Lady), ale różnica między nimi obojgiem uwidacznia się przez to tym bardziej!

Autor: Piotr K.
Licencja: Creative Commons