Kogo winić za wysokie ceny ropy? Czy sprawdzą się prognozy banków inwestycyjnych o barłyce za 200 dolarów?

Data dodania: 2008-06-10

Wyświetleń: 1982

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Tempo trwającej ponad pięć lat hossy na rynku ropy naftowej bieżącej wiosny znacznie przyspieszyło. Obserwowanej z małymi przerwami od lutego eksplozji cen o ponad 50 proc. towarzyszy nie mniej dynamiczne nasilenie niepokojów społecznych. Protest niezamożnych wielomilionowych mas, w które ropna drożyzna uderza najmocniej, grozi falą destabilizacji w wielu krajach, równocześnie skłaniając do zastanowienia się, co stoi za bezprecedensową aprecjacją czarnego surowca.

Majowa prasa obfituje w doniesienia o nabierających na sile protestach społecznych w różnych zakątkach globu. Do pospolitych, rozgoryczonych rzesz w większości słabo sytuowanych zmotoryzowanych obywateli, których przetrwanie uwarunkowane jest korzystaniem z auta, dołączają niezadowoleni obrotem sprawy przedstawiciele branży transportowej i rybackiej. Szybujące wyceny nośników energii kurczą siłę nabywczą gospodarstw domowych, równolegle podgryzaną przez gwałtownie drożejącą żywność. Od Indonezji przez Rosję, po Zachodnią Europę przetaczają się groźne pomruki niezadowolenia, dobitnie wskazujące na to, że cena ropy osiągnęła właśnie próg bólu. Każdy dolar dalszej aprecjacji baryłki ropy władny jest zaognić sytuację do wymykającego się spod kontroli stanu zagrażającego stabilności wielu krajów. Adekwatnie do strzelistego, hiperbolicznego trendu na notowaniach ropy narasta fala presji na rządzących, aby te jak najszybciej rozprawiły się z palącym problemem. Nastał okres nerwowej obserwacji rynków towarowych.

Problem znany od dawna

Kwestii drożejących surowców nie sposób omawiać bez odniesienia do aspektów cywilizacyjnych i demograficznych obserwowanych na przestrzeni wielu pokoleń. W dobie obecnego dynamicznego rozwoju gęsto zaludnionych krajów wyrastających na nowe potęgi gospodarcze (Chiny, Indie, Brazylia, Meksyk) nie trzeba być specjalistą, by zdiagnozować presję popytową na strategiczne surowce przemysłowe i rolne.

Zagadnienie ubożejących zasobów naturalnych w kontekście demograficznej eksplozji doczekało się przez dziesiątki lat dogłębnych analiz. Wśród tych badań oraz diagnoz na przyszłość wykształcił się dość mroczny w swej wymowie nurt maltuzjański, sięgający korzeniami końca osiemnastego wieku. Nazwa nurtu odwołujące się do angielskiego ekonomisty i socjologa, Thomasa Malthusa (1766-1834). Sednem owej koncepcji była konstatacja, jakoby przeludnienie świata nieuchronnie prowadziło do klęski głodu i nędzy. W pionierskim dziele na ten temat ("Prawo ludności", 1798) uczony wskazał na rozdźwięk między zbyt szybkim, geometrycznym przyrostem naturalnym, a zaledwie liniowym wzrostem środków niezbędnych do utrzymania. Bieg wydarzeń systematycznie, przez całe dekady zasila maltuzjan nowymi argumentami. Co jakiś czas, w atmosferze narastających kryzysów i niepewności powstają kasandryczne opracowania, jak np. "Granice wzrostu" wydana przez klub Rzymski w 1972 r. W ostatnich latach lansuje się koncepcję "peak oil", również utrzymaną w duchu matluzjańskim, mówiącą o wkraczaniu świata w nową epokę malejącego wydobycia ropy. Jednak pomimo tego nawracającego dekadentyzmu żadna tragedia nie następuje.

Rosnący popyt na surowce rodzi obawy, czy nadąży za nim podaż, co ciągnie w górę ceny. Niedługo po przyznaniu Chinom organizacji tegorocznych igrzysk olimpijskich rozpoczęła się hossa na giełdach towarowych. Zapotrzebowanie na paliwa i inne surowce ze strony energochłonnych gospodarek wschodzących dynamicznie rosło zgodnie z prawami ekspansji. Proces ten wpisywał się w początek globalnego ożywienia gospodarczego stymulowanego nienaturalnie tanim pieniądzem amerykańskim i japońskim. Tymczasem kraje rozwinięte zaczęły dostrzegać od dawna rysujące się zagrożenia odnośnie zasobów i ekologii dopiero niedawno i raczej werbalnie, zamiast czynić realne kroki celem efektywniejszej i oszczędniejszej utylizacji energii. Np. USA po dziś dzień nie przystąpiły do protokołu z Kioto. Swój negatywny wpływ wywierają surowcowe kartele, władne sterować cenami strategicznych surowców adekwatnie do własnych racji biznesowych.

Fundamenty czy dzika spekulacja?

Przyjrzyjmy się galopującym cenom ropy naftowej w bieżącej dekadzie na tle ćwierćwiecznej historii. Cenowy pik z czasu amerykańskiej operacji w Kuwejcie ponad 15 lat temu jawi się przy obecnym trendzie jako niewielki wyskok, po którym notowania na całą dekadę pogrążyły się w konsolidacji. Wymownie wygląda przebicie bariery 40 dol. za baryłkę u progu obecnego dynamicznego cyklu wzrostowego, który przeszedł w hiperbolę. Poniższy wykres przedstawia ceny nominalne w dolarach, nie korygowane o inflację.

Rys. 1. Cena baryłki ropy naftowej od 1982 r. (źródło: stooq.com)



Oprócz zaangażowania armii amerykańskiej w dwie wojny i azjatyckiego boomu gospodarczego katalizatorem zwyżek na rynku ropy był również długoterminowo słabnący dolar. Poza tym mapa rozmieszczenia strategicznych złóż w krajach niestabilnych lub niechętnych gospodarkom rozwiniętym (Iran, Wenezuela, Nigeria) dodatkowo zwiększa nerwowość. Wykorzystuje to wszystko kartel OPEC, kontrolujący ok. 40 proc. światowego wydobycia ropy. Na poniższym wykresie udział OPEC w światowej produkcji ropy skonfrontowano z bilansem popytu i podaży (brak oficjalnych danych za lata 2006 i 2007). Na lewej, czerwonej skali odłożono średnią dzienną różnicę między produkcją i zużyciem surowca, na prawej zaś wspomniany udział kartelu.

Rys. 2. Bilans produkcji i konsumpcji ropy na tle udziału kartelu OPEC (źródło: opracowanie własne na podstawie danych Energy Information Administration, www.eia.doe.gov)



Okazuje się, że problemy ze zbilansowaniem popytu mają długoletnią historię, sięgającą niemal do czasów kryzysu irańskiego z 1979/80 r. Ciekawe jest to, że w dobie obecnej kilkuletniej ekspansji nie wystąpiło drastyczne pogłębienie deficytu surowca. Ceny natomiast wystrzeliły o ponad tysiąc procent w ciągu dekady. Powyższy wykres opiera się na danych urzędowych, jednak pokutuje osąd graniczący z pewnością, że niektóre kraje przekraczają ustalone limity wydobycia, w ten ukryty sposób redukując skalę niedoborów i osłabiając negatywną wymowę wykresu. W ciągu ostatnich dwóch lat najpewniej nie doszło do nagłego zejścia czerwonej linii poniżej widocznych dołków.

Pomimo zapewnień o niemożliwości zwiększenia mocy produkcyjnych dopiero niedawno, pod presją mocarstw pojawiły się oznaki odwilży ze strony OPEC. Kuwejcki minister ds. ropy na początku czerwca raczył zadeklarować rozbrajająco, że "OPEC jest gotów do dostarczania większej ilości ropy, jeśli na rynkach będzie taka potrzeba". Kartel brany jest na celownik amerykańskiej administracji i obwiniany za nienaturalną skalę zwyżek cen. Wystarczy więc mniej pobłażania i rezerwy wytwórcze odnajdują się w cudowny sposób.

Oprócz niekorzystnego układu geopolitycznego istotny powód eksplozji cen ropy leży po stronie czynników monetarnych. Z gwałtownym wzrostem podaży pieniądza z wielu źródeł naraz (Fed, EBC, Bank Japonii, Szwajcarski Bank Centralny) zbiegł się wzrost aktywności globalnych funduszy, z których wiele ma charakter spekulacyjny. W ciągu ostatnich lat przy walnym udziale ryzykownych funduszy zwanych myląco hedgingowymi nadmuchano bąble cenowe na giełdach, nieruchomościach i surowcach, przy czym większość bąbli zdążyła już pęknąć powodując finansowe zawirowania. Obecnie wygląda na to, że zbyt wiele pieniędzy atakuje zbyt wąską grupę aktywów, m. in. surowce rolne i właśnie ropę naftową.

Atmosferę podsycają co i rusz scenariusze kreślone przez czołówkę najbardziej wpływowych banków inwestycyjnych. Zaczęło się na początku 2005 r. od hasła "superspike" autorstwa jednego z analityków Goldman Sachs. Wedle tej analizy ropa miała w ramach trwającego surowcowego supercyklu podrożeć do 105 dol. czyli podwoić swą ówczesną wycenę. Zasięg ten został zrealizowany w połowie marca br., jednak po krótkiej korekcie zwyżka była kontynuowana. Trend trzymał się mocno pomimo pojawiających się opinii, że już cena 100 dol. zawierała około 30-dolarową premię spekulacyjną. Tej wiosny wkroczyły do gry kolejne prognozy w ilościach zbliżonych do hurtowych. Rozpoczęła się licytacja podobna do "dokonań" biur maklerskich w kwestii coraz wyższych wycen akcji u schyłku hossy: a to że ropa zdrożeje do 150 dol., a to do 175, może nawet 200. Można odnieść wrażenie, jakoby te coraz bardziej niedorzeczne raporty były specjalne skrojone pod grupy specjalnego uprzywilejowania, zajmujące pozycje na rynkach towarowych celem zarobku z tego tytułu. Od początku br. duzi gracze spekulacyjni zwiększali zakłady na wzrost cen, co widać było po szybujących wielkościach pozycji długich netto. W takich okolicznościach 22 maja br. baryłka ropy osiągnęła rekordowe 135 dolarów.

Niepokoje społeczne z ostatnich tygodni skłoniły amerykańskie instytucje nadzoru finansowego do zbadania giełd towarowych pod kątem ewentualnej manipulacji ceną ropy. Co prawda przy tak olbrzymiej liczbie graczy jest to raczej szukanie wiatru w polu, jednak dano głośny medialnie sygnał, że obawy społeczne są podzielane przez kręgi rządowe. Jak na razie szalona spekulacja nieco przygasła, a cena oddaliła się od szczytu na dystans kilkunastu dolarów. Oczywiście nie przekreśla to powrotu zwyżek, jednak z najnowszego obrazu rynku krystalizuje się przeczucie, że okolice 120-140 dol. są barierą psychologicznie, społecznie i politycznie nie do pokonania z racji wspomnianych wyżej niepokojów o dużym rozmachu.

Podsumowanie

Nie ulega wątpliwości, że presja popytowa na ropę wraz z polityką podgrzewania atmosfery wokół tego surowca przez kraje weń zasobne odciska piętno na rynkowej wycenie. Ponadto, ropa bezsprzecznie pozostawała przez długie lata, aż do końca lat 90. ubiegłego wieku, aktywem niedowartościowanym. Jednak po kilkuletnim rajdzie cenowym nie trzeba być specjalistą, by stwierdzić, że tak gwałtowny trend na strategicznym surowcu skończy się prędzej niż później. Tempo zwyżek dodatkowo powiększają spekulacyjne zakupy na wielką skalę, co wpływa na podwyższoną zmienność w przyszłości. Obraz wypaczany jest także za sprawą wspomnianej socjotechniki uprawianej przez wpływowe instytucje analityczne, niekoniecznie bezinteresownie ale za to całkiem naiwnie ekstrapolujące w przyszłość obserwowane dotąd tendencje. Liczne przykłady z historii rynków każą ocenić to zachowanie jako typowe dla schyłkowych okresów baniek spekulacyjnych.

Szanse na powrót ceny baryłki do 10, 20 czy choćby 30 dolarów w najbliższych latach są iluzoryczne choćby z racji kondycji dolara. Przy obecnych wycenach jest oczywiście pole do znacznej korekty notowań, podczas której zostałaby obcięta znaczna część nadmienionej premii spekulacyjnej. Możliwe jest zniesienie połowy zasięgu całego pięcioletniego wzrostu. Pomóc tu może oczekiwanie umocnienia się dolara, gdyż wobec globalnej presji inflacyjnej stopy dolarowe będą musiały zostać podniesione. Z drugiej strony jednak zalew hurraoptymistycznych prognoz największych banków na świecie i połączona z nimi inwazja spekulacyjnego pieniądza jeszcze przez jakiś czas mogą prowadzić do dalszego wzrostu cen ropy. Głęboka korekta jest jednak tylko kwestią czasu.
Licencja: Creative Commons