Wraz ze śmiercią ks. kard. Kazimierza Świątka kończy się jakaś epoka odradzania Kościoła katolickiego na Białorusi. Był to niezwykle trudny okres. Na Wschodzie na początku był ogromny strach przed przyznaniem się do wiary w Boga. 

Data dodania: 2011-07-27

Wyświetleń: 1513

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Bo przecież w czasach komunistycznych groziła za to śmierć albo zesłanie na Syberię. Do dziś niektórzy boją się jeszcze przyznać, że są katolikami. Ksiądz kardynał też był dzieckiem tej epoki, ale on zawierzył Bogu. Podczas wojny chodził ciągle pod kulami, ale Opatrzność czuwała nad nim. Po zakończeniu II wojny światowej postanowił zostać tu, na Wschodzie, w tym samym miejscu, aby - jak mówił - ludzie mogli go łatwo znaleźć. Jako duszpasterz starał się jednocześnie docierać wszędzie i mocno wspierać odradzanie się Kościoła, jaki pamiętał jeszcze z czasów swojej młodości.

Mawiał, że dla niego nie ma emerytury, bo został biskupem dopiero, gdy miał 77 lat, a więc w okresie życia, gdy wielu biskupów właśnie odchodzi na emeryturę... Gdy skończył 80 lat, Ojciec Święty Jan Paweł II, który darzył go wielką sympatią, włączył go do kolegium kardynalskiego jako pierwszego w historii obywatela Białorusi. Szanowali go wszyscy: wierzący i niewierzący, katolicy i prawosławni. Miał dobry kontakt zarówno z osobami starszymi, jak i z młodzieżą. Znał się na ludziach i umiał wspierać kapłanów w niełatwej na tych terenach pracy na rzecz odrodzenia Kościoła katolickiego po 70 latach prześladowań.

Łączyły nas lata długiej współpracy. Na zakończenie wielu rozmów zwykł mawiać: "No to uszy do góry!". Sam również umiał nieść krzyż z optymizmem. Ten krzyż było widać zwłaszcza pod koniec jego życia, bo właściwie cały ubiegły rok spędził w szpitalu, gdzie był otaczany troskliwą opieką, a od 17 marca pozostawał w śpiączce. Był przekonany, że umrze 21. dnia miesiąca [tego właśnie dnia, 21.10.1914 r., urodził się ks. kard. Świątek - red.]. Gdy spotykałem się z nim, mawiał, że skoro przeżył 21., to znaczy, że Pan Bóg dał mu jeszcze jeden miesiąc. Przeczuwał swoją śmierć. Pożegnał się z nami już podczas swoich imienin na początku marca. Pamiętam, że gdy po uroczystości klerycy wnosili go na wózku do samochodu, kazał im się zatrzymać i uścisnął mi głowę. Właśnie tak, jakby chciał się pożegnać.

Licencja: Creative Commons
0 Ocena