W poniedziałek ma się odbyć kolejny szczyt Unii Europejskiej, w większości poświęcony paktowi fiskalnemu, którego treść właściwie nie jest jeszcze do końca znana. Nie przeszkadza to naszemu premierowi lobbować na rzecz udziału Polski w tym pakcie z prawem głosu odnośnie do państw strefy euro.

Data dodania: 2012-01-30

Wyświetleń: 1252

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Francja przeciwna
Pakt fiskalny dotyczący państw strefy euro od razu zaprogramowano jako koło ratunkowe przed zgubną polityką prowadzoną przez nierozsądne rządy. Ma on zapobiec dalszemu, nadmiernemu zadłużaniu się państw strefy euro. A że jest z tym problem, widać gołym okiem. Kraje strefy euro są zadłużone na ok. 8 bln euro, a państwa Unii Europejskiej spoza strefy euro na 2 bln euro. Nie wynika to z większej oszczędności krajów spoza strefy euro czy mniejszych ich potrzeb. Po prostu tzw. rynki finansowe uznały, że samo posiadanie wspólnej waluty jest dostateczną gwarancją spłaty przyszłych kredytów. Takie kraje, jak Grecja czy Włochy, do serca wzięły sobie regułę, że jak dają, to się bierze. Pożyczały na potęgę, cel był już mniej ważny. Pieniądze te szły "na przejedzenie" albo na przekupienie wyborców. Kilka państw dość długo żyło ponad stan: Grecja - z czternastymi pensjami w budżetówce i wiecznymi oszustwami podatkowymi; Włochy - z dość ambiwalentnym podejściem do pracy i obowiązków; Portugalia - z wielkimi pustymi stadionami zbudowanymi z okazji Euro 2004; Hiszpania - z wysokimi zasiłkami i 25-procentowym bezrobociem; Irlandia - wierząca, że sektor finansowy może zbudować prosperity kraju na wieczność; Belgia - z rozrośniętą biurokracją; Francja - ze swoim 35-godzinnym tygodniem pracy i emeryturami dla 60-letnich urzędników. I okazało się, że każde z tych państw, żyjąc na koszt przyszłych pokoleń, nie jest już w stanie spłacać, bez szkody dla podatników, zobowiązań zaciągniętych przez polityków. Stąd narodził się pomysł paktu fiskalnego zabraniającego zadłużania kraju ponad miarę, tak by w przyszłości nie dochodziło do podobnych sytuacji. W ciągu roku deficyt miałby wynieść maksymalnie 3 proc. PKB. Jest to ciągle bardzo dużo. Na przykład w Polsce 3 proc. PKB to jest dokładnie 45 mld zł, ogromna kwota. Tak naprawdę pozwolenie na zwiększanie zadłużenia do tak gigantycznej kwoty niczego nie zmieni, a wręcz przeciwnie, przy niskim wzroście gospodarczym (lub nawet recesji) może przyczynić się do jeszcze większych kłopotów z regulowaniem zobowiązań.
I właśnie w poniedziałek ta grupa bankrutów wspólnie z innymi państwami z Unii Europejskiej będzie deliberować, jak się uporać z kryzysem finansów publicznych. Tak się złożyło, że państwa bez euro radzą sobie mimo wszystko lepiej niż te, które euro przyjęły. Wynika to z tej prostej zależności, że prowadzenie autonomicznej polityki monetarnej jest jednym z podstawowych atrybutów państwa od co najmniej końca XIX wieku. Wspólna waluta przekazała ten atrybut pod grupę urzędników zlokalizowanych w Europejskim Banku Centralnym z siedzibą we Frankfurcie nad Menem. I trudno oczekiwać, że tymże urzędnikom uda się pogodzić czasem sprzeczne interesy monetarne siedemnastu różnych państw o różnym stopniu rozwoju gospodarczego i różnej kulturze przedsiębiorczości. 
Premier Donald Tusk chciałby, żeby państwa spoza strefy euro mogły współdecydować o tym, co te państwa wymyślą. Argumentuje, że Polska przyjęła na siebie wraz z traktatem akcesyjnym do Unii Europejskiej obowiązek przyjęcia wspólnej waluty, i to upoważnia już nas do uczestnictwa w dyskusjach. Tylko że to zobowiązanie zostało przyjęte bez żadnego wiążącego terminu. Teoretycznie możemy przedłużać datę wejścia do eurolandu w nieskończoność, czekając cierpliwie, aż euro zbankrutuje. 
Największym przeciwnikiem uczestniczenia w dyskusji o strefie euro przez państwa spoza strefy jest Francja, głównie na przekór Wielkiej Brytanii. Jak to w tradycji dyplomacji francuskiej na szczeblu unijnym bywało, najchętniej zaproponowano by skorzystanie z "przywileju do siedzenia cicho", z ograniczeniem do wszystkowiedzących Francuzów oraz Niemców, tym, którzy te pomysły muszą finansować. 
Polska będzie toczyć grę o dopuszczenie do stołu decyzyjnego. Gdy powstawały w głowach polityków zalążki paktu finansowego (warto cały czas przypominać, że nie jest jeszcze znana pełna treść tego dokumentu), to takie były założenia. Nie ma jednak co udawać, że prezydent Nicolas Sarkozy dysponuje gorszym korpusem dyplomatycznym i zdolnościami negocjacyjnymi od naszego szefa rządu. Premier Donald Tusk zachował się jak najgorszy negocjator. Najpierw zadeklarował, że przeznaczy nasze rezerwy walutowe o równowartości ok. 27 mld zł (to jest prawie 3 tys. zł na czteroosobową rodzinę) na spłatę odsetek od włoskiego i greckiego długu (mówiąc o europejskiej solidarności), a teraz dziwi się, że nie chcą go zaprosić do stołu na wspólne decydowanie o sytuacji w strefie euro. Zupełnie inaczej postąpił prezydent Czech Vaclav Klaus, który zadeklarował, że Czesi mają własne problemy i nie będą zaciągać kolejnych pożyczek, by swoje długi mogli spłacić Włosi z Grekami. A można się domyślać, że zmiana decyzji przez Klausa będzie na pewno kosztowna dla Brukseli.

Zostawić euro
Polska dyplomacja przejrzała na oczy dopiero wtedy, gdy się okazało, że Francja nie życzy sobie w grupie decydentów o strefie euro państw, które tej waluty nie posiadają (ze szczególnym naciskiem na Wielką Brytanię, ale również Polskę). W poniedziałek, 23 stycznia br., w Brukseli podczas spotkania ministrów finansów Polska lobbowała, by wszystkie państwa Unii Europejskiej mogły uczestniczyć w szczytach euro. Już nie jako pełnoprawny członek czy nawet z prawem głosu, ale choćby jako obserwator. Ale pewnie nawet tyle nie uda się nam uzyskać. Najbardziej prawdopodobne jest uczestnictwo w charakterze obserwatora w jednym szczycie na rok. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski stwierdził nawet, że jeśli umowa międzyrządowa nie będzie odpowiadać interesom Polski, to możemy jej nie podpisać.
Zakładanie, że w Brukseli największe państwa europejskie nie rozgrywają cynicznie swoich narodowych interesów, jest dużą naiwnością, za którą być może przyjdzie nam zapłacić wysoką cenę. Z drugiej strony trzeba się zastanowić, dlaczego premier Tusk tak bardzo chce współdecydować o tym, co dotyczy krajów strefy euro. Każdy normalny menedżer, który doprowadziłby finanse prywatnej firmy do takiego stanu, do jakiego doprowadzili niektórzy zachodni politycy, wyleciałby na bruk w trybie ekspresowym z łatką nieudacznika. Tymczasem zarządzający finansami publicznymi we Francji, Grecji czy Włoszech mają się świetnie i powielają błędy swoich poprzedników, sprowadzające się do kolejnych pożyczek celem wypełniania przyjętych i bardzo wygórowanych zobowiązań. Apel poprzedniego premiera Grecji Jeoriosa Papandreu o pożyczki unijne, bo inaczej nie wypłaci emerytur, jest znamienny. I pytanie, jakie się nasuwa: Po co Tusk chce uczestniczyć w spotkaniach takich szaleńców, którzy zewnętrznymi pożyczkami (przy zadłużeniu sięgającym czterokrotności wpływów budżetowych, jak to ma miejsce w Grecji) chcą zaspokajać wszelkie potrzeby? Przecież potrzeby społeczeństwa są niczym nieograniczone. Zawsze przyda się większa emerytura, renta czy zasiłek. Wszędzie można poprawić drogę, wybudować lepszą i nowocześniejszą szkołę. To, co ogranicza te potrzeby w państwach demokratycznych, to możliwości finansowania tego przez społeczeństwo danego kraju. Wszelka pożyczka państwowa jest de facto ubożeniem tych, którzy będą płacili podatki w przyszłości, a więc młodych ludzi i dzieci. 
Czy ambicją Tuska jest przekonywanie bankrutów do tego, że postępują źle? Chyba nie do końca, bo sami mamy przecież wysokie zadłużenie. Dziś tylko kreatywności ministra finansów Jana Vincenta Rostowskiego zawdzięczamy, że nie przekraczamy limitów zapisanych w Konstytucji RP. Według metodologii krajowej nasze oficjalne zadłużenie wynosi ok. 54 proc. PKB, tymczasem według metodologii unijnej - 57,5 procent. Wydaje się więc, że jedynym powodem uczestnictwa Tuska w spotkaniach szczytów grupy euro jest chęć ogrzania się w błysku fleszy i próba kreowania się na męża stanu, który swoimi radami niesie pomoc zagrożonej Europie.

Skoro Francja tak bardzo dąży do podzielenia Europy, to może czas zacząć traktować polski interes narodowy poważnie. Nie oszukujmy społeczeństwa, że jesteśmy bardziej europejscy od Europejczyków. Francuzi czują się po pierwsze Francuzami i szybko pogrzebią projekt Unii Europejskiej, jeżeli zobaczą w tym zagrożenie dla siebie. To tylko u nas przewodniczący pseudoopozycji jest w stanie z trybuny sejmowej powiedzieć, że on po pierwsze czuje się Europejczykiem. W Europie liczy się interes narodowy i odpowiedzialność przed wyborcami.
Polska, zamiast pakować się tam, gdzie nas nie chcą i gdzie nie mamy praktycznie żadnego interesu, może powrócić do starego już pomysłu realizowanego po części w latach 2005-2007, czyli oparcia się w Unii o Wielką Brytanię. Londyn, jak żadne inne państwo, pilnuje swoich interesów w starciu z Brukselą. Nie boi się zawetować niekorzystnych rozwiązań ze strachu, co o nas powiedzą w Paryżu. Tylko poważni politycy odkładają na bok własne ambicje i chęć przypodobania się wszystkim. Dzisiaj takich poważnych polityków na czele państw w Europie jest co najmniej trzech: David Cameron w Wielkiej Brytanii, Vaclav Klaus w Czechach oraz Viktor Orbán na Węgrzech. Nie boją się tego, co pomyśli o nich przesiąknięta lewicowymi ideami grupka biurokratów z Komisji Europejskiej, która nie ma żadnego mandatu demokratycznego. Tak silny blok państw przy współudziale Polski oraz jeszcze kilku mniejszych państw w regionie mógłby być głosem dobrze słyszalnym. Może więc Tusk zamiast wciąż jeździć tam, gdzie go nie chcą, zacznie się wreszcie spotykać z tymi, z którymi mamy zbieżny interes?

Licencja: Creative Commons