Oto kilka słów o "dziele sztuki", z którym obcuję na codzień. O dziele, które spokojnie wisi przed moim nosem i wciąż ewoluuje. O dziele, które prawdopodobnie nigdy nie będzie skończone.

Data dodania: 2011-04-10

Wyświetleń: 1804

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 4

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

4 Ocena

Licencja: Creative Commons

Możliwe, że jestem gburem, wieśniakiem i ordynusem w czystej postaci. Nie tylko możliwe, ale nawet bardzo prawdopodobne, że tak jest. Ba, śmiem nawet twierdzić, że znalazłbym szerokie grono osób, dla których to co napisałem o sobie powyżej byłoby pewnikiem. I to zaraz po poznaniu mnie. Bez spędzenia ze mną dłuższego czasu, bez rozmów wieczornych, takich o życiu i śmierci... A nabraliby takiego przeświadczenia wtedy, gdy porozmawialiby ze mną o sztuce. Najlepiej współczesnej. Bo mam o wielu „dziełach” swoje zdanie.

Oto przykład pierwszy z brzegu: niebieska linia o jakiejś tam szerokości (dajmy na to, że centymetrowa), na białej ścianie, na jakiejś tam wysokości (dajmy na to, że metra). No i wyczytałem gdzieś (dajmy na to, że w gazecie – przy okazji: dość już tego „dawania na to”), że facet maluje przez całe swe życie taką oto linię na białych ścianach. I, nie mogę w to uwierzyć, jest za to ceniony. Dostał jakąś tam nagrodę za całokształt twórczości... Ufff...

I teraz jest tak, że ludzie, którzy takim oto „twórcom” przyznają nagrody równie chętnie krytykują (dajmy na to – nie wytrzymałem...) Matejkę. Żaden ze mnie znawca sztuki (chociaż kilka książek na ten temat pochłonąłem), ale przynajmniej nie mam potrzeby okłamywać samego siebie. I oto mogę powiedzieć szczerze (a znawcy niech się ze mnie śmieją), że po tysiąckroć bardziej wolałbym mieć na ścianie w salonie (odpowiednio dużym oczywiście) „Bitwę pod Grunwaldem” autorstwa wyżej wspomnianego Jana, niż żeby przyjechał do mnie jakiś pajac i namalował mi wokół salonu centymetrowy niebieski pasek na wysokości metra. Gdybym jednak zapragnął mieć taki pasek, to wymaluje mi go pięknie pierwszy z brzegu malarz pokojowy. I to w dowolnie wybranym przeze mnie kolorze. Ba! Jak sobie zażyczę, to nawet na każdej ścianie ten kolor będzie inny!

            Być może podałem zbyt skrajne przykłady. Wiem, że pomiędzy tym gościem od lamperii, a panem Janem jest jeszcze wielu artystów, wiele szkół i ogólnie jest między nimi sporo miejsca na sztukę. Jest tak w istocie. Wiem, że jest tam chociażby Dali. Jednak Dali, podobnie jak Matejko, umiał malować, miał wypracowany warsztat!

I właśnie! Teraz każdy znawca zakrzyknie: tu cię mam ordynusie! Bo w sztuce przecież bardziej niż o warsztat chodzi o ładunek emocjonalny, o przekaz!

Na co ja mu odpowiem: zgoda!

Tylko jest pewne ale... Jaki przekaz kryje się w cienkiej niebieskiej linii? Odpowiedzcie sobie drodzy znawcy sami. Ale tak naprawdę szczerze. Dla mnie (szczerze), to badziew i nadinterpretacja. Dużo ciekawsze wydają mi się dzieła ludzi chorych psychicznie (swoją drogą kiedyś kilka takich nabędę, bo wiele jest naprawdę dobrych). Co więcej nie mam wielkiego problemu z odkryciem przekazu ukrytego w tych pracach.

Tak więc uważam, że wielu „artstów” tworzymy sami szukając jakiegoś udziwnienia i czegoś, co byłoby zrozumiałe tylko i wyłącznie dla nas. Po co? Sam nie wiem,  ale podejrzewam, że po to by mile łechtać samych siebie i mieć poczucie bycia bardziej rozumnym i światłym intelektualistą, niż inni rozumni i światli (ale jednak mniej) intelektualiści.

No ale mam coś również dla tych najświatlejszych spośród nas. Mam dla nich mianowicie dzieło. Nazwijmy je obraz. Wisi na ścianie przede mną. Tworzę je od wielu miesięcy (pomaga mi w tym żona, więc to praca zbiorowa) i stanowi ono zapis mego jakże bogatego i tajemnego życia wewnętrznego. Oto jego opis.

Obraz ma wielkość 40 na 60 centymetrów i wisi pionowo. Jest w oprawiony w centymetrową ramkę z lichego drewna. To chyba sosna. Tłem jest korek. Po prostu korek. W lewym dolnym rogu, w korek wbiłem około 30 pinesek tablicowych, by zawsze były pod ręką gdy będę chciał z nich skorzystać. Tuż nad nimi wiszą „przyszpilone” dwie recepty, które właśnie muszę wykupić, a tuż nad nimi na żółtej karteczce telefon do lekarza. Spoglądając wyżej zobaczymy zaproszenie na ślub i wesele, które przy okazji przykrywa jakąś żółtą kartkę. Nie wiem co ona zawiera, gdyż jest właśnie przysłonięta. Nad zaproszeniem na kartce w kratkę powiesiliśmy coś w rodzaju modlitwy, którą usłyszeliśmy w filmie „Mr. Brooks”. Ponieważ z miejsca, w którym siedzę mogę przeczytać ten tekst więc go przytaczam (dla lepszego zrozumienia obrazu oczywiście). Leci tak: „Boże, obdarz mnie spokojem, abym pogodził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagą, by zmieniać to, co mogę zmienić i mądrością, by umieć odróżnić jedno od drugiego”.

W samiutkim lewym górnym rogu wbiłem pinezkę, na której wiszą dwie „smycze”.

Obok tekstu, który przytoczyłem wisi wypalona zapalniczką w ręczniku kuchennym uśmiechnięta buźka. O proszę! Dopiero teraz to dostrzegłem. Dzieło przypięte do dzieła! Wspaniale, coraz lepiej!

Obok buźki zawiesiłem wydruk przedstawiający wnętrze samochodu BMW X6, bo bardzo mi się podoba.  Ten wydruk przysłania nieco inny wydruk. Ten przysłonięty, to „print screen”, na którym jest informacja, że oto wygrałem konkurs. Nie powiem jaki, bo nie o to tu chodzi. Poniżej tego mam fikcyjny czek na 20 milionów. Bo podobno, jak się coś wizualizuje, to przychodzi to do człowieka. Jak przyjdzie, to od razu stanę się szczęśliwym emerytem! Tenże czek, wraz ze wspomnianym wcześniej zaproszeniem na ślub zakrywają jakiś tekst. Nie widać go, więc nie przytaczam. Wiem jednak (bo nie zawsze wszak był zasłonięty), że mówi o sile kobiet. Dobry tekst, chociaż chwilowo zakryty. Do zaproszenia jest przypięty identyfikator, którego dolny róg przebiłem i przykręciłem do niego mały znaczek Jacka Danielsa. Po co? W sumie to tylko po to, by go nie zgubić. Idźmy jednak dalej. Czek przysłania kartkę. Zupełnie nie wiem, co jest na niej. Widzę tylko dwie cyfry pieczątki, która została na owej kartce odbita. Spod niej wyziera widokówka ze zdjęciem zrobionym przez Panią Anne Geddes. Nie widzę go w całości, wiem jednak, że przedstawia dwoje dzieci. Dzieci śpią słodko w butach i wyglądają jak myszki. Na głowach mają czapeczki z mysimi uszkami. Mają też ogonki.

I oto jesteśmy ponownie przy dolnej części obrazu. W lewym dolnym rogu jest przyczepiony fragment kalendarza. Nie wiem po co, bo nie ja go wieszałem. Bliżej środka mijamy różową kartkę zapisaną przez moją żonę. Jej treści nie przytaczam, bo to bardzo prywatne. Dalej, wchodząc częściowo pod wspomniane na samym początku recepty, wisi kartka reklamująca wódkę Absolut. Przedstawia profil kobiety zabarwiony na czerwono. Ucho tej pani jest przekłute fikuśnym kolczykiem. W dolnej części mamy biały napis: ABSOLUT SAGITARIUS. Na nim jeszcze jest kartka przypominająca mi o konieczności zbadania tarczycy.

Przy dolnej krawędzi obrazu wbiłem trzy pinezki, na których wiszą maskotki, noszone kiedyś przez żonę przy kluczach. Wytarły się one, zużyły, lub po prostu znudziły się. I tak wiszą sobie smutno owieczka, krecik i hipcio.

Na samym środku górnej krawędzi mamy ucho, na którym to wisi opisany obraz. Ucho jest okręcone srebrną tasiemką. Tasiemka jest zawiązana na kokardę.

            I co? Jest dzieło? Jest! I to jakie! Ileż tu miejsca na wszelkiego rodzaju interpretacje! Ponadto „warstwowość” tego obrazu sprawia, że widzimy kolejność działań, których dokonali jego twórcy. Tak więc zachęcam do podziwiania i krytyki. Konstruktywnej ma się rozumieć.

            Na koniec pragnę tylko zauważyć, że obraz jest rozwojowy i ma charakter otwarty, tak więc może kiedyś do niego powrócę?

Pozdrawiam wszystkich twórców. Czyli całą populację ludzką. Czyż powyższy przykład nie dowodzi, że wszyscy jesteśmy twórcami?

Licencja: Creative Commons