Są tacy wykonawcy, wobec których podchodzę zupełnie bezkrytycznie. Większość z nich to hedonistyczni raperzy z Atlanty lub Houston lub house'owi producenci z Francji. Są też tacy wykonawcy, których z definicji nie słucham, a nawet jeśli nagrają coś ciekawego, to mieszam to z błotem.

Data dodania: 2009-10-07

Wyświetleń: 1692

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena
Pobierz artykul

Licencja: Creative Commons

Ci z kolei pochodzą z Bostonu, Nowego Jorku lub Wielkiej Brytanii. Powinienem więc mieć jak najgorsze zdanie o Dizzee Rascalu. A tak nie jest.

Każda płyta tego chłopaczka z Londynu wbija mnie w fotel. Moja fascynacja jego muzyką rozpoczęła się jakieś 6 lat temu, kiedy to trafiłem na jego debiutancki album "Boy in da Corner". Świetne połączenie nowych brytyjskich brzmień z beztroskim, trochę dowcipnym i trochę poważnym rapem postawiło poprzeczkę naprawdę wysoko.

Dizzee eksperymentuje z muzyką już od pierwszego albumu, uniemożliwiając szufladkowanie swojej twórczości. Krytycy próbowali przypiąć mu łatkę grime, garage, hiphop, ostatnio nazywając go artystą house'owym i bassline'owym. A jaka jest prawda? Dizzee już na poprzedniej płycie 'Maths + English' eksperymentował mocno z klubowymi brzmieniami. Co znalazło się na najnowszym albumie, Tongue N Cheek? Przede wszystkim kawał dobrej muzyki.

Za produkcje odpowiadają Cage, którego muzyka jest w tym zestawieniu najbardziej rapowa, klubowy weteran Armand Van Helden, gwiazda d'n'b Shy FX czy wreszcie idol wiksiarzy z gwizdkami - dj Tiesto. Co z tego połączenia wynika? Ano...lata 80te. W USA po elektryczne brzmienia z końca lat 80tych sięgnął ostatnio Kanye West, w Europie świetnie w nich się odnajduje Dizzee Rascal.

Na płycie znalazło się 11 kawałków, z tego już trzy trafiły na pierwsze miejsce list przebojów w UK! Singlowe "Bonkers" z Armandem Van Heldenem to prawdziwy klubowy morderca, który trafił do kejsów wielu didżeji grających house i electro. Podobnie jest z hitem lata 2009 - "Holiday" wyprodukowane przez Calvina Harrisa przypomina trochę produkcje z przełomu lat 80tych i 90tych grane w lokalach ze striptizem. Zbiór singli zamyka kolejny taneczny hicior "Dance Wiv Me". Ten kawałek to wspólna praca Calvina Harrisa i Cage'a.



I o ile na poprzednich albumach większość podkładów była bliższa raczej stylistyce szeroko pojętego rapu, o tyle teraz zdecydowanie dominuje klimat klubowy. Z estetyki tej wyłamuje się jedynie Cage, który jest na dobrą sprawę głównym producentem albumu. Nie powinno to dziwić, ponieważ ten producent jest z Rascalem związany od samego początku kariery młodziaka z Londynu. O ile jednak Dizzee powinien być mu wdzięczny za pokierowanie karierą, o tyle na jego miejscu postarałbym się o innego producenta rapowych brzmień. Te na całej płycie należą do najsłabszych. Prawdziwą perełką jest w tym zestawieniu kawałek "Dirty Cash", który brzmi raczej jak pierwsze kawałki Kylie Minogue niż najbardziej odkrywcza płyta tego roku z Europy. W co trudno uwierzyć - ten kawałek został uznany przez użytkowników jednego hiphop forum za najlepszy track na płycie!

Lirycznie - jak to przystało na Dizzeego - jest świetnie. Raper skacze po tematach, od wkurwienia na kierowców i bzdurne historie, które mu się potrafią przydarzyć za kierownicą, poprzez hymn autozajebistości w Money Money, na nieczystych zagrywkach biznesu w "Dirtee Cash".

Największe gromy na głowę rapera spadły za kawałki, które wypromowały jego album. O ile "Bonkers" to nawiązanie do wcześniejszych kawałków Rascala, o tym "Dance Wiv Me" czy "Holiday" to kawałki popowe. Brak na płycie jest kawałków brzmiących klasycznie - to jest jeden z powodów dla którego użytkownicy znanego rap forum uznali tę płytę za album popowy. Jeśli jednak pop w XXI wieku ma brzmieć tak, jak brzmi nowa płyta Dizzeego Rascala, to jestem w stanie przyznać publicznie, że jara mnie pop. A rap biznesowi chciałbym życzyć więcej tak ciekawych i przełomowych płyt jak "Tongue N Cheek" Dizzee Rascala.

Licencja: Creative Commons