Okiem filozofa. Lśnienie - recenzja filmu

Data dodania: 2009-06-17

Wyświetleń: 1591

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Leży przede mną mądra dysertacja Piotra Kletowskiego pt. Filmowa Odyseja Stanleya Kubricka, a mnie wstyd się przyznać, że powieść Kinga pt. Lśnienie (podobno w pierwszym polskim przekładzie tytuł ten brzmiał Jasność), czytałem dawno, dawno temu w czasach pacholęctwa mojego umysłu w liceum i choć miałem wielokrotnie ochotę odświeżyć pamięć treści tej książki, jak to się mawia: „jakoś się nie złożyło”. Pamiętam tylko, że książka tego (z wyznania) metodysty, zrobiła na mnie dobre wrażenie i w okolicach roku 1997 zdążyłem się jeszcze załapać na mocno przesadzony – zwłaszcza jeśli idzie o wierność filmowego obrazu z tzw. literackim pierwowzorem – serial telewizyjny Micka Garrisa emitowany via telewizyjna Dwójka i... włącznie do jesieni roku 2007 trwała moja kwarantanna po epizodzie z Kingiem... Kiedy więc dzięki uprzejmości kolegi Szymona Z. film ten obejrzałem (w „prawowitej” wersji Kubricka), nie miałem dosyć powtarzania go „w kółko Macieju” – tj. wciąż i wciąż od nowa...

Film otwierają kręcone z helikoptera zdjęcia przełęczy Sidewinder w górach Skalistych (Glacier National Park w Montanie); zdjęcia, z których swoją drogą korzystał też Ridley Scott gdy domykał prace nas swoim Blade Runnerem z roku 1982, a które wykonywała (między innymi) moja ulubienica Diane Arbus. Film kosztował budżet 300 km taśmy, a Piotr Kletkowski podaje, że:

proporcja nakręconego materiału do materiału finalnego zawiera się w liczbie 10:11.

Może już na początku zwrócę waszą uwagę na „niepokojącą” muzykę Krzysztofa Pendereckiego (Przebudzenie Jakuba, Polymprhia, Utrenj), którego Dies Irae Oratorium Ob Memoriam – w interpretacji Wendy Carlos i Rachel Elkind, inauguruje początek filmu – bo „dalej” jest równie wyśmienicie (co akurat w przypadku Kubricka niespecjalnie dziwi, gdyż jest to, trzeba przyznać, reżyser „osłuchany” i uczulony na muzykę najwyższej próby – co w każdym innym filmie łatwo możecie sprawdzić), są więc wyjątki z: György Ligetiego (atonalne Lontano i De Natura Sonoris) oraz Beli Bartóka (Muzyka na skrzypce, perkusję i celestę).

Prócz krajobrazów, widzimy pędzącego żółtego volksvagena Jacka Torrance'a (w tej roli Jack Nicholson), który jedzie na spotkanie (dziś powiedzielibyśmy: rozmowę kwalifikacyjną) z Stuartem Ullmannem – dyrektorem hotelu Overlook. A propos hotelu Panorama, to – budowany od roku 1906 do 1909 – hotel ten wzniesiono na zgliszczach cmentarza Indian Navajo i – jak zwykle u Kubricka – możemy oglądać niespieszne, zapierające dech zdjęcia wnętrz tego efektownego miejsca (zwłaszcza hol i salę Kanion, którą obierze Jack na atelier do pisania swojej książki). I tu pierwszy stop.

Jack – pisarz, alkoholik – jest ojcem nieco introwertycznego, momentami autystycznego, synestetyka Danny'ego i mężem Wendy – poczciwej oberfanki horrorów do której się ani razu(!), jak tylko film długi, seksualnie nie zbliży. Ale z Piotrem Kletkowskim – utrzymującym jakoby Shelly Duval (gwiazdka filmów Altmana) była kobietą fizycznie nieatrakcyjną – jak, w istocie, Piotrze napisałeś(!), okrutnie się nie zgodzę. Jest bowiem Shelly, uważam, kobietą powabną: duże oczy, długie czarne włosy, duże białe zęby, wąziutka kibić... spójrz, proszę, Piotrze, na jej powabną figurę w luźnej sukience, gdy zwiedza Overlook... Syn Jacka – Danny (drugie imię chłopca to Anthony) – razu pewnego został dotkliwie przez Jack'a pobity – o czym film milczy – i często dyskutuje z wymyślonym(?) przyjacielem Tonym, który pokazuje chłopcu „obrazy” (są to zwykle albo ludzkie myśli albo wydarzenia byłe, bądź te, które mają się dopiero wydarzyć) i ta właśnie sztuczka nazywa się lśnieniem. Uwagę moich fetyszystycznych czytaczy uczulam na krawaty męskich bohaterów filmu (Ullmanna, Jacka i Halloranna) – nie mam pojęcia z jakiego materiału są one wydziergane, ale od czasu kiedym pierwszy raz je zobaczył, żaden jedwabny śledź nawet z Próchnika i Zarry rodem już mnie nie zwiedzie!

W scenie biurowej Jack rozmawia z panami: Ullmanem i Billem Watsonem (choć akurat ten pan ma krawatkę przeciętnej włóczki), o ewentualnym etacie dla siebie jako opiekuna hotelu Panorama na czas zimy – Jack miałby nim rozporządzać wykonując drobne prace naprawcze (miałby m.in. dwa razy na dzień upuszczać wodę z gigantycznego pieca grzewczego) etc. Bo zima w tym miejscu o tyle jest czasem specyficznym, że uniemożliwia praktycznie jakiekolwiek wydostanie się z hotelu, tak, że wchodząc tam „na jesieni” Torrance'owie wydostaną się stamtąd dopiero z roztopami... (I znowóż: z filmu się tego nie dowiecie, ale chwilowo bezrobotny pisarz (Jack) otrzyma etat w Overlook dzięki staremu trickowi pt.: nieśmiertelne kumoterstwo – tzn. dzięki wstawiennictwu swojego znajomego...). Ullmann wspomina pod koniec rozmowy by Jack miał na uwadze, że zdarzyło się, iż jego (Jacka) poprzednik na stanowisku „opiekuna” Panoramy Delbert Grady, z powodów niepojętych postradał rozum i w obłędzie zamordował żonę, dwie córki (które syn Jacka Danny często będzie spotykał w swoich lśnieniach) i... popełnił samobójstwo. Ullmann może się tylko domyślać, że ów krwawy akt mógł być następstwem specyficznego górskiego klimatu, a najpewniej izolacji, której głowa Grady'ego nie zniosła. Mimo tego, Jack godzi się przyjąć ofertę. Stop.

Jest ktoś specjalny, aktor wyjątkowy, którego gra zasługuje na osobną laurkę. Idzie mi tu o czarnoskórego szefa kuchni Dicka Hallorann'a (w tej roli Scatman Crothers). I aż dziw bierze, że aktor ten o mały włos, a w ogóle by Kubricka nie poznał (nigdy wcześniej o nim nie słyszał, a i sam Kubrick myślał raczej o Slimie Pickensie). Na całe szczęście polecił go Stanley'owi Jack Nicholson, który poznał Crothersa na planie filmowym Lotu nad kukułczym gniazdemM. Formana. Oglądając film w oryginalnej wersji językowej (koniecznie!), posłuchajcie tylko, jak – niemalże śpiewając (!) Dick wylicza wiktuały chowane w lodówce i spiżarni...

Kiedy już małżeństwo Torrance'ów zostaje w hotelu samo, oglądamy (całkiem prędką!) jazdę Danny'ego na trójkołowym rowerku „przez” pomieszczenia i korytarze hotelu. Sytuowanie kamery tuż za plecami chłopca sprawia, że oglądamy dynamiczne ujęcia naprawdę wysokich pomieszczeń tego budynku (Doceńcie pracę ludzi, którzy utrzymują tego giganta w czystości!). Nie da sie ukryć, że to właśnie jazda chłopca przez korytarze hotelu uzmysławia nam tegoż budynku tak ogrom, jak strukturę labiryntu – który, „swoją drogą”, znajduje się przecież na zewnątrz hotelu.

Problemy zaczynają się stopniowo od narastającej w Jacku irytacji powodowanej być może twórczą niemocą (dużo pomysłów, ale żaden wystarczająco dobry – powiada), być może brakiem alkoholu, a być może faktem, że zaaferowana dzieckiem Wendy w ogóle go seksualnie nie pobudza... Oglądamy Jacka coraz to bardziej wyczerpanego, niewysypiającego się etc. Warto tu może odnotować, że mistrzowskie aktorstwo Nicholsona dziwnie zbieżne jest z narastającą w nim wściekłością (podobno do najbardziej ekspresywnych ujęć, brał wzór z mimiki i gestów Charlesa Mansona!). Poza tym – mając na uwadze wątki biograficzne Jacka Nicholsona (o których wspomina Piotr Kletowski) – nadawał się on do tej roli jak mało kto – kończył akurat terapię odwykową (na tle narkotykowym) i... no właśnie, nie wiem czy wiecie, ale:

Urodzony w 1937 roku aktor dopiero w latach 70. dowiedział się, że kobieta, którą przez lata uważał ze siostrę, była w rzeczywistości jego matką, natomiast kobieta uważana przez niego za matkę – babką. Wywołało to w świadomości Nicholsona gigantyczną traumę, z której nie mógł się otrząsnąć przez lata. Sam Nicholson tak ujął problem rodziny w jednym z prasowych wywiadów: „Jeśli weźmiemy pod uwagę socjologiczny punkt widzenia w ostatnich dziesięciu latach, przekonamy się, że najbardziej roztrząsaną kwestią w naszej kulturze jest presja wytwarzana na jednostkę w obrębie rodziny”2.

Kiedy Danny zostaje pobity (za co Wendy podejrzewa Jacka), ma miejsce jego (Jacka) kapitalna (pierwsza z dwóch moich ulubionych) wizyta w sali bawialnej The Golden Room z widmowym Lloydem jako interlokutorem Torrance'a... Lecz, w rzeczywistości, Jack żadnego alkoholu nie pije, bo ani kropli tej używki w hotelu, najzwyczajniej, nie ma, zaś Lloyd jest prawdopodobnie jego własnym pijackim majakiem. Wracam do tej sceny uwielbieniem, bo spójrzcie tylko na mimikę Jacka (!), a, co ważniejsza, posłuchajcie tylko z jaką dykcją Jack mówi, kiedy chwali Lloyda za usłużność i wspaniałomyślność... Scenę przerywa Wendy, która w panice odrywa Jacka od śnienia na jawie prosząc, by ten sprawdził pokój 237, w którym (wedle relacji Danny'ego) miałaby przebywać kobieta chcąca go udusić... Okazuje się, że, w istocie, w pokoju przebywa kobieta, lecz na pierwszy rzut oka Jacka, nie jest to żadna starucha, a młoda naga szczupła pani, która wychodzi z wanny i stając przed Jackiem oferuje mu się niedwuznacznie. Ten – wyraźnie podochocony – całuje się z nią, po czym ze wstrętem ją od siebie odsuwa, gdyż oto młódka przemieniła się w staruchę, a on, patrząc w lustro, odkrywa sparszywiałe ciało truposzki, którą ściskał w objęciach... Przerażony Jack ucieka, ale przed Wendy nie daje po sobie poznać co go spotkało, a tylko (po raz już wtóry), „robi” Wendy awanturę – Wendy chce już sobie bowiem cały ten hotel odpuścić i wrócić do domu – czego z kolei nie chce Jack i (w złości), trzaska drzwiami i po raz kolejny idzie do Golden Room'u... Ale spójrzcie tylko, w jaki sposób skłócony z Wendy Jack wychodzi z pomieszczenia – jego nienawistne spojrzenie kieruje się na moment... prosto w kamerę – rozkosz! Acha! Wspomniałem wcześniej o braku momentów „seksowych”, cóż... W powieści Kinga seksu między Wendy a Jack'iem jest znacznie więcej i, faktycznie, Kubrick proponuje nam Jacka seksualnie wyposzczonego. Zauważcie proszę, że gdy Stuart Ullmann w początkowych partiach filmu pokazuje Torrance'om przyznany im pokój hotelowy, schodzą ze schodów dwie młode kobiety z którymi Ullmann się żegna ale Jack długo za nimi wygląda! O epizodzie w pokoju 237 zmilczę – sami oceńcie!

Po sprzeczce z Wendy Jack idzie do Golden Roomu, tym razem jednak nawet korytarze są mocno odmienione – pełno tu confetti, balonów i wstążek... Okazuje się, że w rytm jazzowych standardów (Middnight With the Stars and You, It's All Forgotten, Now oraz When Shadows Fall) w Golden Roomie odbywa się przyjęcie z bogatymi jegomościami w szykownych kostiumach z lat 20. w tle. I to właśnie tu i teraz napotka Jack Delberta Grady'ego, który, jako lokaj, oblewa go ajerkoniakiem. Czyszcząc ubranie Torrance'a w toalecie, Grady wyjawi Jackowi jego misję – Jack ma zabić swoją rodzinę, z tym, że słowo „mord”, „zabójstwo” nie padają z ust Grady'ego – co jest, w ogóle, charakterystyczne. Piotr Kletowski napisze:

W scenie rozmowy, którą Torrance przeprowadza z Charlesem Gradym, poprzedni stróż posługuje się eufemizmem, kiedy mówi o zamordowaniu (okrutnym porąbaniu siekierą) swych najbliższych używając zwrotu: „I corrected them” - co dosłownie znaczy „poprawiłem ich”. Takie specyficzne użycie eufemizmu na oznaczenie okrutnego mordu przywołuje na myśl łagodne określenia, takie jak „neutralizacja”, „separacja”, „przesunięcie” czy też „ostateczne rozwiązanie”, którymi posługiwali się hitlerowcy na określenie eksterminacji milionów Żydów3.

Tymczasem Wendy – ubezpieczona w kij baseballowy – przegląda ryzę maszynopisu sztuki teatralnej Jacka pt. Szkółka zapisaną jednym tylko zdaniem powtarzającym się w różnych konfiguracjach: Męczą Jacka takie sprawy, wciąż robota, brak zabawy. Potem już tylko Wendy uderzy Jacka kijem w skroń i zaciągnie go do spiżarni z suchą żywnością. Ale ten – mimo zwichniętej kostki i rozciętego czoła, szarpie drzwi i wydostając się na zewnątrz z toporkiem w dłoniach, kuśtyka (w obłędzie) do pokoju rodzinnego wrzeszcząc cytata z popularnych kreskówek (moje ulubione):

Little pigs, little pigs, let me come in!

No by the hair on your chiny, chin, chin.

Then I'll huff, and I'll puff, and I'l blow your house in!


I tu Jack rąbie w drobiazgi dwie sztuki drzwi (do pokoju hotelowego najpierw, a potem do toalety). Szczęśliwie Danny zdążył się ewakuować, zaś Wendy ma przy sobie spory nóż, którym tnie Jack’owi dłoń (Pamiętam, że pierwszy raz w swoim życiu widziałem tak wyraziście wyeksponowany nóż w dłoni kobiety w moim ulubionym filmie Dziecko Rosemary). I w tym momencie, Jack słyszy nadjeżdżającego z odsieczą Halloranana. „Odpuszcza” więc Wendy i – kulejąc – spieszy (uderzeniem siekiery w tors) zabić Dicka. W tym czasie poszukująca Danny'ego Wendy biega po hotelowych korytarzach dostrzegając rzeczy, które wcześniej oglądali tylko Danny i Jack: falę juchy tryskającą z szybu windy i uprawiających seks oralny właściciela Panoramy (stylizowanego w powieści na Howarda Hughesa) – gangstera Horacego M. Derwenta i człowiekopsa...

Tymczasem Jack porywa się – w ślad za Dannym – na zewnątrz hotelu do labiryntu w którym (przechytrzony przez syna), gubiąc trop odciśniętych w śniegu stóp chłopca, umiera z zimna.

Matka z synem uciekają skuterem Dicka Halloranna.

Ale najbardziej zaskakujące dopiero nas czeka. Oto kamera – w końcowych partiach filmu najeżdża na jedno z czarno-białych zdjęć z lat 20-tych (July 4-th Ball 1921) wiszących w holu na którym (w eleganckim stroju wieczorowym) uśmiecha się do nas... Jack Torrance...

To, co mi się w tym filmie bardzo podoba, to – charakterystyczne, zauważyłem, u Kubricka – ujęcia twarzy aktorów na długo przed tym, gdy w ogóle zaczynają wypowiadać swoje kwestie – jeden rozmówca kończy swoją kwestię a my już oglądamy mimiczne reakcje drugiego. Efekt tego jest taki, że między sekwencjami aktorów zapada długa cisza, mądra pauza, jakby aktorzy autentycznie słuchali słów swoich rozmówców, bądź myśleli nad tym, co sami mają powiedzieć.

Autor: Piotr Kabaciński
Licencja: Creative Commons