W dawnej Polsce pito przede wszystkim trunki słabe. Dominowało piwo z jęczmienia, później z pszenicy. I choć dziś nie uznalibyśmy go za smaczne (ba, nawet za spożywcze byłoby trudno), to wódki, jako takiej, nie pijano.

Data dodania: 2014-06-02

Wyświetleń: 986

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Niezbyt pozytywna historia polskiej wódki

Niezbyt pozytywna historia polskiej wódki

W dawnej Polsce pito przede wszystkim trunki słabe. Dominowało piwo z jęczmienia, później z pszenicy. I choć dziś nie uznalibyśmy go za smaczne (ba, nawet za spożywcze byłoby trudno), to wódki, jako takiej, nie pijano.

Wódka znana, lecz nieznana

Destylację wódki znano już w VII, może VIII wieku. Nigdy jednak nie uznawano jej za napitek. Była zbyt mocna, nikomu szczególnie nie smakowała, a piwoszy nie brakowało, więc ów mocny trunek, którego zresztą w Polsce wcale nie wytwarzano dużo, popularnością się nie cieszył. Gorzałkę pito, owszem, ale w ilościach można by rzec symbolicznych – po kieliszku, jako substancję leczniczą. W zasadzie nie była to też czysta wódka, ale wódka smakowa, najczęściej aromatyzowana ziołami, pod wieloma względami przypominająca bardziej bittery niż klasyczną okowitę, jakkolwiek nazwa zdecydowanie sugeruje coś innego.

Alembików w Polsce prawie nie używano, destylacja, jeszcze w XV i XVI wieku prowadzona była na niewielką skalę, a i miłośników wódki ze świecą było szukać. Jednak ta sytuacja nie mogła trwać w nieskończoność.

Cezura polskiej wódki

Datą, która w historii polskiej wódki zapisała się – w zależności od poglądów autorów – albo najlepiej, jak się dało, albo wręcz przeciwnie, był rok 1614. Wbrew pozorom nie chodziło tu o otwarcie gigantycznej destylarni ani nawet wprowadzenie jakichkolwiek nowych metod produkcji, nic z tych rzeczy. Wszystko zaczęło się od niewielkiej książeczki, której autor jako pierwszy oficjalnie powiedział, że wódka smakuje, a nie tylko leczy.

Właściwie nie wiadomo, dlaczego ten pogląd trafił na podatny grunt. Destylacja alkoholu była znana od dawna, wódkę pili już wszyscy, aczkolwiek jako lek, niemniej smak znali – a tu przychodzi jegomość ubrany w togę uniwersytecką i wierszem (!) zachęca do picia wódki. Jakby nie było, marketing nie zna zbyt wielu skuteczniejszych kampanii. W Polsce zaczęła się epoka gorzałki.

Gdzie i po co oraz dlaczego pito

Pito wszędzie. Pito w dużych ilościach i zawsze. Jednym z najbardziej dobitnych tego przykładów jest sejm w 1643 roku. Posłowie już dogadali się, że sejm trzeba zerwać, ale po odpowiedniej ilości gorzałki, o swojej umowie zapomnieli. Ot tak, najzwyczajniej w świecie Sam Chmielnicki, gdyby nie sążnisty łyk gorzałki, byłby osobą niezdolną do jakiejkolwiek decyzji. A że po wódce podejmował też raczej niezbyt szczęśliwe, to chyba nic nowego.

Po co pito? To zależy, kto próbuje powód podać: mrozy (polskie, rosyjskie, skandynawskie), depresja (Rosjan, Polaków, Skandynawów), kuraż (też nie wiedzieć po co). Dziś oczywiście wiemy, że o rozgrzewaniu wódką nie ma mowy, o depresji jest – ale nie w kwestii leczenia, tylko pogłębiania, a odwagi – cóż, pewnie przybywa, ale niekoniecznie nazywa się to odwagą, a raczej głupotą, jeśli pije się bez umiaru.

Po co ta wiedza?

Historia polskiej wódki to w głównej mierze już historia pijaństwa. Niestety, nic się na to poradzić nie da. Wiedzą też o tym ci, którzy domowymi sposobami produkują różne alkohole. Pewnie każdy z piwowarów albo domowych winiarzy spotkał się już z podejściem „nieważne co, ważne, żeby biło w dach”. Domowy wyrób alkoholi powinien kulturę picia przywracać. To przecież nie tylko produkcja – to również tradycja, dziedzictwo i swego rodzaju nowa jakość. Warto więc wiedzieć, jakie błędy popełniono w przeszłości, żeby nie popełnić ich ponownie. A błędów się trochę nazbierało. Jeśli więc robisz alkohole w domu, pamiętaj, że nie o promile tu sprawa idzie, ale o smak, o pasję i o to, czego w kupnej butelce nie ma – o ducha tradycji. Tej lepszej, tej, którą warto zachować i propagować.

Licencja: Creative Commons