Kochane dzieciaczki. Moje wy tiju, tiju, tiju, tiju-tu! Maleństwa wy śliczne (jak to dobrze, że nie moje, łaska Pańska uchroniła i nic mi nigdy nie pękło, niech dzięki będą!). Niech leżą i słuchają, a które się ruszy, too... No!

Data dodania: 2013-01-28

Wyświetleń: 1792

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

          Działo się to w pewnej krainie, chmurnej i durnej, gdzie tylko jesień była złota, bo ogólnie było biednie. I wszyscy przyjezdni pytali:

- Co tak piszczy? Czyżby tu są myszy lub szczury? – tak zapytywali w obcych językach.

- Owszem, to też tu jest – odpowiadali pracownicy recepcji hotelowych w odpowiednich językach, bez których nie da się odpowiadać w hotelach, zajazdach, restauracjach, stacjach benzynowych, autobusach, kasach sklepowych i wszędzie indziej, gdzie języki obce są obce. – To też jest – odpowiadali – ale to piszczy bieda (Yes it is, but it’s piszczing the bieda) – tak odpowiadali.

          Krainą ową rządził król Wrak. Zamek jego stał w mieście Wrakowie i zwany był Wafel, bo strukturę miał poziomo-warstwową. Jak kruchy wafelek: wafel, paciaja, toffi, wafel, paciaja, mleko, wafel i kał dookoła czy coś kałopodobne. Dobre, bo lekkie między posiłkami, trzymane w lodówce, co rypła w biurko. W strukturze Wafla na poziomach minus 2, 3 i 4 (1 nie było, bo tam była ognioodporna płyta pancerna) była wielka, czarna dziura. Coś jak ślepy tunel. Taka jama. I tam miał swoją chatkę pewien smok. Jak się naprawdę nazywał, nie wiadomo, bo mu się dokumenty spaliły. Mówiono o nim, że jest Podwafelski. Bo mieszkał akurat pod Wafelem. Przypadek taki.

          Ten smok nie był taki zły. Nawet nie miał złych zamiarów, tylko przez swoją inność niepokoił mieszkańców Wrakowa. No, bo tak: a to czknął ogniem i zaspawał na amen przechodzącego przed jamą rycerza. A to znowu wlazł do rzeki i darł się: "Wisła! Wisła! Ja grab jeden, czy mnie słyszysz?!!", blokując ruch handlowy na tejże rzece. A to czasem przygruchał sobie jakąś pannę (na ogół dziewicę, bo te są jeszcze najłatwiejsze do oszukania) i potem taka przepadała na amen (były nieudowodnione pomówienia, że handlował żywym towarem). Może to i była prawda, bo handlował dafnią dla sklepów z rybkami, ale po cholerę kolorowym rybkom takie wielkie dziewice?! No i fakt, że od czasu do czasu zeżarł z okolicznych pól jakąś krowę czy owcę. No, ale ile można na samej trawie i kurach?! Jednak okoliczni mieszkańcy mieli tego powyżej tego i tamtego też.

          W bocznej uliczce, obok placu Wariackiego, stała kamienica. Tak się nazywała, bo była zbudowana głównie z kamieni. Konstrukcja z drewnianych belek wypełniona kamieniami. Na zewnątrz cegła, od wewnątrz płyta gipsowa. Typowy, trzypiętrowy kanadyjczyk tamtych czasów. Na poddaszu owego mieszkali dwaj bracia bliźniacy: Bolek i Lolek. Czasami pomieszkiwała z nimi Przemądrzała Lola nieokreślonej profesji. Pod nimi mieszkali dwaj niedorozwinięci: Paweł i Gaweł, co albo hałasowali, albo zalewali sobie mieszkania wodą. Stanowili takie dno i męt społeczny, jakiego we Wrakowie nie brakowało. Dla naprzykładu tacy poeci, malarze, rzeźboroby czy baby handlujące wiechciami zielenizny lub pamiątkami z Helu. Była tam też taka wieża, z której w każde południe gościu udający strażaka trąbił trąbką dwanaście razy z rzędu to samo w kółko. Z tym się wiąże jaśniejsza historia. Otóż ten trąbkarz trąbił i trąbił, a fałszował okrutnie. I jeden Tatar był nie wytrzymał i strzelił do niego z łuku (kałachów jeszcze wtedy nie było). Strzelił nie po to, żeby ubić fałszerza, tylko zrobić mu tracheotomię – taką dziurę w tchawicy. I udało się! Co się trąbkarz nadął, żeby dymać w trąbkę, to mu dech szedł bokiem, czyli nad obojczykiem i po ptokach! Taki był spryciula, ten Tatar.

          Ale do rzeczy.

        Król Wrak, wsłuchawszy się w słuszne postulaty poddanych, postanowił przychylić się do ich wniosków już w pierwszym czytaniu i ogłosił, że odda pół Wrakostwa królewskiego oraz rękę swej córki Psychopatii temu, kto uwolni królestwo od smoka. Zgłosili się braciaki Bolek i Lolek.

         Tu czas, moi kochani, przybliżyć ich osobowości. Uroczy, pełni gracji, dobre kujony. Nie byli więc specjalnie lubiani z tego powodu przez różnych rówieśników. Jako dzieci, powiedzmy to otwarcie, próbowali ukraść parę rzeczy, w tym także, o zgrozo!, księżyc. Na wyczynie tym na dokładkę dali się sfilmować. Nie poszli za to siedzieć tylko dzięki wstawiennictwu pana Reżysera. Jacy byli? Lolek – ciamajda, obarczony rodziną, niewywrotny i łatwo sterowalny. Bolek to twardy, bezwzględny, chętnie kierujący z tylnego siedzenia szary emitent każdego wydania. Przy zgłoszeniu Lolek afiszował, Bolek sterował. Dla swojego planu dostali zielone światło. Zaczęli działać. W tym celu dogadali się z Pawłem i Gawłem:

 - Po cholerę marnujecie wodę – mówili – żeby zalewać mieszkanie! Przeznaczcie ją na co innego – prosili. – Coś się wam z tego dostanie – mamili. I udało się. Paweł i Gaweł, pracując nocami tylko przy księżycowym świetle, wyprodukowali na zamówienie sporą ilość płynu zwanego Grunwald. Prościzna: cukier, drożdże, woda. 1410. I już. Lepsze niż dynamit, że o C4 nie wspomnę. Sami bracia od szewca kupili dratewkę i przy jej pomocy, z kilku baranich skór, uszyli byli bukłaczek. Owy bukłaczek napełnili księżycowym płynem lepszym od C4, jak wspomniałem, prawda, dzieci? No! I z tym bukłaczkiem poszli przed smoczą jamę na poziom -4. Błocko okrutne. Siarkę czuć. Smoka nie widać. Trochę strasznie. Ale Bolek woła:

 - Ty, smok! Wyłaź! Opozycja ma propozycję, twoja smocza mać!

Smok, lekko zaspany, wysadził łeb z dziury i grzecznie pyta:

– Czego, w mordę jeża, panowie sobie życzą?

 - Łap! – krzyknął Bolek i rzucił w smoka bukłaczkiem, a do brata krzyczy – Spieprzaj, dziadu! I obaj rzucili się do ucieczki. Smok w łapaniu był tak dobry jak hokejowy bramkarz. Chaps - i złapał pyskiem pełnym ostrych zębów. Bukłaczek mu w pysku pękł. Zawartość popłynęła do jego smoczych wnutrii. Ale same baranie skóry zahaczyły się dratewką o jeden ze smoczych zębów. Smok – Tfu! – Bukłaczek nic. Smok znów – Tfu! – Bukłaczek nadal nic. Smok jeszcze próbuje. Bez skutku. A płyn Grunwald we wnutriach mu działa! Smok – Tfu! – A we łbie melanż. – Tfu! – Łapy miękkie. – Tfuuu! – Bukłaczek wymięty padł pod nogi braci. To oni chwycili go, zawrócili i tą oplutą baranią skórą ryp smoka w pyszczysko raz i drugi. Smoka zakolebało, zatoczył się do rzeki. To oni go z kopa! Popłynął z prądem. Potem opowiadali, że: – Ja go bukłaczkiem – mówił Bolek. – A on „wilcze doły” – dodawał Lolek – taki był kołowaty, że wilcze doły mu się kołowały! – A my go bez kopania wilczych dołów załatwiliśmy – kończył Bolek.

          Smok już nigdy nie wrócił. Podobno otrzeźwiał dopiero w Szwecji i potem namówił ich króla na najazd szwecki. Ale pewności nie ma.

          A we Wrakowie i okolicach trochę się nawywijało, bo w międzyczasie król Wrak zmarł. Jego córka Psychopatia zmieniła imię na Wanda i wyszła za krzyżaka, co utkał sobie sieć nad jeziorami. Władzę przejął niejaki Kaczor Dizneja i odmówił obu braciom splendoru, jak też czyjejkolwiek ręki lub nogi nawet. No to oni za elektorat. A elektorat jednemu dał, a drugiemu – moher, czyli 50%.

          I tak jest do dziś, nie biorąc pod uwagę innych, losowych zmian.

          Dobranoc, dzieci.

Licencja: Creative Commons
0 Ocena