Dziś mija tydzień od kiedy skończyłam swój pierwszy roczek życia pośród różnego rodzaju bezsierściowców, sierściuchów oraz bliżej lub dalej niezidentyfikowanych nieruchliwych stworzątek.

Data dodania: 2009-04-23

Wyświetleń: 2403

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 2

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

2 Ocena

Licencja: Creative Commons

Dziś mija tydzień od kiedy skończyłam swój pierwszy roczek życia pośród różnego rodzaju bezsierściowców, sierściuchów oraz bliżej lub dalej niezidentyfikowanych nieruchliwych stworzątek.

Do tej pory wydawało mi się, że im człowiek (no dobra, dobra- piesek) starszy, tym jego życie staje się bardziej nudne i przewidywalne. A tu nic bardziej mylnego! Pomimo mojej psiej prawiedorosłości czuję się jeszcze zupełnie szczeniaczkowo i reaguję pełnią zdumienia na przytrafiające mi się niespodziejki. Moja mama niejako potwierdza te odczucia jej ostatnim stwierdzeniem, że zachowuję się jak typowo ludzki osiemnastolatek- niby to pełnoletnie, ale zupełnie jeszcze niedorosłe. Ale czemu mi to wypomina? W końcu ona sama pełnoletnia jest już od bardzo dawna, a dorosłości w niej niewiele... Jak się bawimy, to warczy i bryka i tarmosi zabawki zupełnie tak samo jak ja. No, prawie tak samo... Ale szczegóły nie są tutaj ważne. I na niespodziejki też reaguje pełnią zdumienia, tyle tylko, że ją mniej rzeczy niespodziejkuje. I nie ma się co dziwić, bo gdybym żyła tak straszliwie długo jak ona, to też widziałabym już tyle rzeczy, że zniespodziejkowanie mnie byłoby ciężkie. Jedyną prawdziwie dorosłą osobą w naszym domu wydaje się być tatuś. To on codziennie chodzi do pracy (by zarobić na moje przysmaczki), gdzie pracuje na komputerku. I ma chyba bardzo dużo tej roboty, bo biedak się nie wyrabia i musi jeszcze dokańczać w domu, codziennie. A to praca ciężka i wymagająca- tata steruje takim ludzikiem, który biega po różnych budynkach i zabija inne ludziki. Jeśli tata źle to zrobi, to umrze jego ludzik. Nic więc dziwnego w tym, że tatuś się stresuje i jak coś nie wychodzi to krzyczy i brzydko mówi. Ale wybaczam mu to. W końcu spoczywa na nim ogromna odpowiedzialność...

// czytaj też: kupno psa


Rozważania o dorosłości na przykładzie tatusia doprowadziły mnie do wniosku, że chyba wcale mi się do niej nie spieszy. I bardzo dobrze, bo inaczej głupio by mi było bawić się z Harrisem w ostatni weekend. Jak się pewnie domyślacie- byliśmy u babć. Z Harrisem widziałam się dwukrotnie i muszę przyznać, że chłopak trochę zmądrzał i nabrał ogłady. Wprawdzie i tak koniecznie chciał zobaczyć co mam pod ogonkiem, ale tym razem przynajmniej najpierw się ze mną przywitał! Potem bawiliśmy się jego piłeczką i niestety moim kolorowo-wielko-krzywo-twardonosem gołębim (nie lubię się nim dzielić, bo to moje najukochańsze z nieruchliwych stworzątek) i nawet zaczęliśmy się jakoś dogadywać. Mama bardzo się z tego cieszyła, bo to mój kuzyn i "powinna być między nami choć cienka nić porozumienia". Może kiedyś będzie, bo jak na razie obserwowałam uważnie, ale żadnej nitki między nami nie było. A może była, ale odczepiła się, jak beztrosko hasaliśmy po pokoju (tzn. ja hasałam, a on biegał pomiędzy moimi nogami)? Nie wiem- następnym razem spróbuję ją zaobserwować.

Golden Retriever


A jak już wspomniałam o kolorowo-wielko-krzywo-twardonosie gołębim, to muszę się Wam pochwalić, że już wiem jak on się nazywa naprawdę. Jest to "papuga". Ponieważ jednak ta nazwa jest zupełnie nieintuicyjna i nie wiadomo skąd wzięta- postanowiłam nadal nazywać go kolorowo-wielko-krzywo-twardonosem gołębim. Przyznacie chyba, że to zupełnie logiczne, że wybieram prostsze rozwiązanie? Tą nazwę i łatwiej zapamiętać i łatwiej wymówić i lepiej ona brzmi. Myślę, że warto by było napisać gdzieś, żeby w ogóle pojęcie "papuga"przestało obowiązywać, na rzecz mojej nazwy. Przecież trzeba sobie ułatwiać życie!

// czytaj też: cena psa
Licencja: Creative Commons