Nie był to typowy wojskowy zamach. Historykom, i to wyraźnie dystansującym się od Marszałka, nie udało się wytropić potwierdzonych śladów przygotowującego przewrót spisku. Sam Piłsudski nigdy zresztą nie ukrywał, że do władzy zamierza powrócić, ale jeszcze w końcu 1925 roku zakładał, że nastąpi to stopniowo, ewolucyjnie.

Data dodania: 2011-05-30

Wyświetleń: 1069

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Rankiem 12 maja, gdy w Rembertowie rozpoczęła się koncentracja sił podporządkowanych Piłsudskiemu, on sam nie zakładał jeszcze konieczności podjęcia marszu na Warszawę. Do osiągnięcia zamierzonego celu miała wystarczyć jego osobista wizyta u Wojciechowskiego, w wyniku której prezydent zaakceptowałby zaproponowane przezeń kroki zaradcze. Zamysł okazał się jednak całkowicie chybiony. W momencie, gdy Piłsudski wraz z adiutantem wyruszył z Sulejówka do Belwederu, prezydent, choć wiedział już o niepokojach, wyjechał do swej rezydencji w Spale. Rozminięcie to zaważyło, jak się zdaje, na dalszym rozwoju wypadków. Piłsudski, zapewne wiedząc już o zarządzeniach Malczewskiego, dla którego poczynania marszałka były "buntem", działań swych nie mógł już pozorować.Drogę odwrotu miał w praktyce odciętą, toteż nie pozostawało mu nic innego, jak marsz na stolicę. Na drogę wiodącą wprost do bratobójczej walki wojska, które opowiedziały się po jego stronie, wkroczyły o godz. 13.30. 

Charakterystyczne, że ostentacyjna niesubordynacja Stamirowskiego nie wywołała większego wrażenia w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Zaniepokojono się dopiero postawą Baonu Manewrowego, zaś sytuację uznano za poważną pomiędzy 8.00 a 9.00 rano, po informacji z Siedlec, że 22. pułk piechoty zamierza dostać się do Warszawy. To właśnie wówczas zarówno w Sztabie Generalnym, jak i w ministerstwie uznano, że nadszedł czas na podjęcie energicznego przeciwdziałania. 
Wobec braku rozeznania co do sytuacji na prowincji w swym pierwszym zarządzeniu kierujący Sztabem Generalnym gen. Edmund Kessler wydał rozkaz zabraniający załadowywania i ekspediowania transportów wojskowych bez zgody Malczewskiego.

Po gorączkowych naradach ok. 9.30 pojawił się już cały pakiet zarządzeń - wstrzymano wszelkie urlopy w wojsku, odwołano służbowe wyjazdy do Warszawy, wezwano też dwa pułki piechoty z Dowództwa Okręgu Korpusu VII Poznań i DOK IV Łódź (z Łowicza i Ostrowi Mazowieckiej), i to wyposażone w ostrą amunicję (ok. 14.00 Malczewski zdecydował ponadto o ściągnięciu dwóch pułków z DOK VI Lwów). Informowano wreszcie, że Piłsudski "nie jest w służbie czynnej" i tym samym nie posiada prawa rozkazodawstwa, stąd wykonywanie jego poleceń jest równoznaczne z działaniem przeciwko prawu. Ukazał się również specjalny komunikat Prezydium Rady Ministrów mówiący o złamaniu wojskowej dyscypliny przez kilka oddziałów - ich żołnierzy prezydent wzywał do "opamiętania się i poddania prawowitej władzy". Ponadto w samej stolicy, województwie warszawskim i dwóch powiatach województwa lubelskiego wprowadzono stan wyjątkowy.

Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, czy generałowie z ministerstwa i Sztabu Generalnego uznali akcję przedsięwziętą przez Piłsudskiego za próbę wywołania wojskowej rebelii czy też, dokonując bilansu sił, zamierzali wymusić zbrojne starcie po to, by ostatecznie Marszałka pogrążyć. Nie ulega jednak wątpliwości, że to właśnie wojskowi podjęli pierwsze, kluczowe decyzje, dopiero potem zaaprobował je rząd, a zgodził się z nimi i, co więcej, przekreślił możliwość kompromisu, prezydent. Wojciechowski powrócił ze Spały zdeterminowany, przeciął, wedle zgodnych świadectw, wahania rządu, zaś żądań Piłsudskiego nawet nie miał zamiaru wysłuchać. Wydaje się też, że udając się na spotkanie z Marszałkiem, Wojciechowski był głęboko przekonany, że od strony czysto wojskowej zamach nie może się powieść. Ta postawa okazała się dla Piłsudskiego kompletnym zaskoczeniem. 

Tymczasem Marszałek nie prowadził swego zgrupowania do walki. W odkrytym powozie, w asystencji ułanów 7. pułku, zbytnio się nie spiesząc, podążał w stronę mostu Poniatowskiego. Same mosty (Poniatowskiego i Kierbedzia) na polecenie Dreszera obsadziły pododdziały 1. pułku szwoleżerów i 36. pułku piechoty. Naprzeciwko nich stanęły siły wierne rządowi - baon Oficerskiej Szkoły Piechoty wzmocniony plutonem samochodów pancernych i działonem 1. dywizjonu artylerii konnej oraz oddział asystencyjny 30. pułku piechoty. Niebawem do sił tych dołączyła powracająca z Rembertowa Szkoła Podchorążych wraz z dywizjonem 28. pułku artylerii polowej.
Na moście Poniatowskiego Piłsudski pojawił się około 16.00, gdzie oczekiwał nań prezydent. Spotkanie zakończyło się fiaskiem. Prezydent zaproponował Piłsudskiemu powrót na drogę legalną, co oznaczało przyznanie się do klęski. Co gorsza, Marszałek usłyszał, że to właśnie prezydent stoi na straży honoru armii i przekonał się naocznie, że żołnierze gotowi są wymierzyć broń w niego samego. Skoro zaś Piłsudski kapitulować nie zamierzał, pozostawała mu już tylko walka orężna.
Realną szansę na sforsowanie Wisły dawało jedynie przejście Trzeciego Mostu (Poniatowskiego), ale Marszałek nie chciał brać na siebie odpowiedzialności za użycie siły. Podległe mu oddziały dostały kategoryczny zakaz otwierania ognia aż do chwili, gdy uczynią to żołnierze strony przeciwnej.

Powściągliwość zamachowców sprawiła, że przez Trzeci Most mogła przejść Szkoła Podchorążych, wzmacniając tym samym siły rządowe, natomiast próbę jego sforsowania, podjętą przez pododdział Oficerskiej Szkoły Piechoty, powstrzymała "krótka seria w górę z ckm, ustawionego na wieżyczce mostu". Były to pierwsze strzały, które padły 12 maja. Nie kierowano ich jednak w stronę przeciwnika. Do krwawego starcia, pierwszego podczas zamachu, doszło na Nowym Zjeździe, ogień otwarli zaś żołnierze strony rządowej.
Z materiałów archiwalnych, przechowywanych w nowojorskim Instytucie Piłsudskiego, jednoznacznie wynika, że wojskowi przeciwnicy Marszałka gotowi byli na użycie siły jeszcze przed jego rozmową z prezydentem. Już o godz. 16.00 dowódca 1 DOK gen. Kazimierz Dzierżanowski polecił odrzucić siłą z mostu Kierbedzia oddziały, które przybyły z Piłsudskim. Obie strony oczekiwały jednak na wynik pertraktacji, aż do momentu, kiedy to tuż po godz. 17.00 dowódcą obrony Warszawy mianowany został gen. Tadeusz Rozwadowski. Właśnie wówczas wojska Marszałka otrzymały ultimatum - do godz. 18.30 miały się wycofać. W przeciwnym wypadku siły wierne rządowi miały przystąpić do natarcia. Walki rozpoczęły się jednak wcześniej.

W rejonie mostu Kierbedzia zadania ofensywne zlecone zostały oddziałowi asystencyjnemu 30. pułku piechoty pod dowództwem kapitana Alojzego Szyca. Naprzeciwko niego stanął wydzielony oddział 36. pułku piechoty na czele z majorem Janem Korkozowiczem. Wydaje się, że obaj oficerowie byli przeświadczeni o nieuchronności starcia, dlatego też zdecydowali się najpierw na odsunięcie od pozycji gęstniejącego tłumu widzów. Sympatie warszawiaków jednoznacznie zaś sytuowały się po stronie Marszałka. A postawa ludności, czego trudno nie dostrzec, musiała wpływać na morale żołnierzy...
Żołnierze Szyca byli gotowi do walki już przed godz. 18.00. Ich dowódca właśnie wówczas nakazał "załadowanie karabinów maszynowych, przygotowanie ich do strzału i odpowiednie poprawienie stanowisk". Zbiegło się to w czasie z nadejściem posiłków - kompanii odwodowej 30. pułku piechoty, działonu Dywizjonu Artylerii Konnej dowodzonego przez por. Szczepana Olchowicza i dwóch aut pancernych mjr. Edwarda Szymańskiego. Z siłami tymi na placu Zamkowym pojawił się ponadto referent bezpieczeństwa Komendy Miasta mjr Bogusławski, który domagał się od Szyca bezzwłocznego rozpoczęcia walki.

Ogień tuż po 18.00 otworzyły najpierw auta pancerne, a zaraz po nich działa. Zaatakowane oddziały 36. pułku odpowiedziały jednak o wiele skuteczniej... 
Od momentu pierwszego starcia wypadki zaczęły toczyć się wedle militarnej, a nie politycznej logiki. Na płaszczyźnie wojskowej sprowadzało się to do rozstrzygnięcia dylematu, która ze stron zdoła w krótszym czasie uzyskać przewagę niezbędną, by pokonać przeciwnika. Nie ulega jednak wątpliwości, że znacznie poważniejsze było polityczne oblicze kryzysu. Po pierwsze, mógł on ze stolicy rozlać się na całą Polskę, burząc jakże jeszcze kruchy jej państwowy gmach. Po drugie, pojawiła się obawa, że zostanie on wyzyskany przez nieprzyjaznych sąsiadów. Dylematy te musiały być brane pod uwagę przez obie strony konfliktu. 
Przebieg walk toczonych w Warszawie jest stosunkowo dobrze znany i precyzyjnie opisany. Obie strony ściągały posiłki, przy czym oddziały, które opowiedziały się po stronie rządu, musiały przełamywać kolejowe blokady.

Przez długi czas szale ważyły się, ostateczne zaś zwycięstwo nie przyszło Marszałkowi łatwo. Wprawdzie wieczorem 12 maja rokoszanie najprawdopodobniej byliby w stanie złamać opór wojsk rządowych, ale pociągnęłoby to za sobą poważne straty, toteż Marszałek spróbował mediacji. Te, czynione zarówno przez polityków, jak i wojskowych, wobec nieustępliwości Wojciechowskiego zakończyły się fiaskiem. Wspierający prezydenta generałowie byli przekonani, że zdobędą przewagę po nadejściu posiłków i zdemoralizowaniu odsieczy dla Piłsudskiego dzięki akcjom lotnictwa. Spodziewano się też, że na siły Marszałka uderzą od tyłu oddziały z Cytadeli wraz z 71. pułkiem piechoty z Zambrowa. Specjalne zadanie wyznaczono dowódcy 30. pułku piechoty, pułkownikowi Izydorowi Modelskiemu, którego pododdziały miały nie tylko opanować budynki Komendy Miasta i Sztabu Generalnego, ale też "dostać w swe ręce przywódców ruchu, nie szczędząc ich życia". Wydaje się, że ten właśnie passus jednoznacznie odsłania intencje ludzi, którzy z Piłsudskim postanowili się rozprawić.c.d.n

Licencja: Creative Commons