Ten audiobook "ma być" śmieszny, a jeżeli coś "ma być" śmieszne w sposób łatwy i przyjemny, to najwygodniej uciec w najpewniejszy pod tym względem z kodów, czyli prostacki kod seksualny... 

Tu właściwie wszystko jest już jasne od piątej minuty: "Normalnie można by uznać, że skoro jedyną motywacją zmiany miejsca pracy jest damska bielizna, mężczyzna zmierza ku życiowej katastrofie. Tymczasem mój roczny kontrakt rozpoczął się wyjątkowo obiecująco", a całość skończy się wyjątkowo "pięknie".

Paul West, nazwisko przez Francuzów jakoś tak dziwaczne wymawiane, to doświadczony angielski specjalista od marketingu. Zostaje on zatrudniony przez Jeana-Marie Martina, jak się później okazuje człowieka wyjątkowo wrednego, by stworzyć w Paryżu sieć herbaciarni. Sytuacja wydaje się więc dość klarowna - angielska elegancja w klimatycznym Paryżu. Przed dżentelmenem z Wysp rysuje się więc wspaniały rok intensywnego poznawania obcej kultury.

To poznawanie odbywa się jednak, by tak rzec, głównie "fizycznie". Owe "uliczki" są tak namiętnie ugwieżdżone psimi odchodami, że nasz bohater musi stosować dość wymyślne metody przemieszczania się, co dodatkowo utrudniają strajki służb porządkujących miasto albo pracowników komunikacji miejskiej. A to dopiero początek niespodzianek. Sytuacja jednak w dalszym ciągu jest dość jasna, choć już  inna ? biedny obcokrajowiec w chorym państwie. Czy jednak nasz englishmen nie przybył do Paryża w wiadomym - bieliźnianym "interesie". Owe "fizyczne" wchodzenie w inną kulturę ma dwa kierunki, a oto przykłady:

"Zostawiła mnie w damskiej toalecie samego, z bezsensownym wzwodem. Całe szczęście, że twardziel to stan ulegający biodegradacji"; "Tylko Francuzi potrafią czerpać fizyczną rozkosz ze słuchania siebie samych. Seks oralny w wykonaniu własnym"; "długi pomarszczony dodatek zwisający z mojego wacusia z pewnością nie był groteskowo rozciągniętym napletkiem"; "czułem się, jakbym uprawiał seks oralny z masłem kakaowym". To się nazywa "wejście" w kulturę!

Ta książka "ma być" śmieszna, a jeżeli coś "ma być" śmieszne w sposób łatwy i przyjemny, to najwygodniej uciec w najpewniejszy pod tym względem z kodów, czyli prostacki kod seksualny. Zapewne znajdą się i tacy, którym zacytowane wyżej fragmenty się spodobają - to prawda, niektóre są nawet chwytliwe - ale słuchanie przez dziesięć godzin faceta, którego największym problemem jest brak "chwilowego" wytrysku, może w każdym obudzić do tej pory ukrytego sterylizatora. Czemuż dziś po paryskich uliczkach nie przechadza się Maria Bonaparte? Ona podeszłaby do niego z prawdziwą psychoanalityczną pasją i może przestałby wreszcie opowiadać o zasranych paryskich ulicach i swoich rozpaczliwych wysiłkach zmierzających do kopulacji? może sublimacja nie byłaby już potrzebna? Co ciekawe sam bohater, gdy przez przypadek znalazł się na spotkaniu grupy poetów, wyśmiewa ich wiersze i postawę, gdyż cały czas kręcą się wokół seksu (dla jednego z wierszopisów jedyną inspiracją są kontakty seksualne z kobietami różnych narodowości).

I być może tutaj pojawia się jakieś światełko w tunelu. Może Stephen Clarke chce postawić pod lupą również Anglików? Może to ma być pastisz wymierzony w obie od wieków niecierpiące się nacje? Wady Francuzów są najczęściej wprost "wyśmiane" przez Anglika, ale czy on sam czegoś o sobie, a przez to i o swoim narodzie nie mówi? Frustrat myślący tylko o kopulacji, a do tego alkoholik nie potrafiący nic zbudować, który na dobrą sprawę w tym co najistotniejsze nie różni się niczym od swoich francuskich kolegów i koleżanek. Dowodem jest choćby i to jak łatwo zaaklimatyzował się w nowym miejscu i wcale nie zamierza (co mogę zdradzić już teraz) po wygaśnięciu kontraktu wracać do ojczyzny. Różnice są na powierzchni, głębiej jest ten sam smród.

Najprawdopodobniej przypisuję jednak autorowi zbyt górnolotne zamiary. Już sam fakt, że tytuł ten jest reklamowany jako zabawny, lekki i przyjemny mówi sam za siebie. Uśmiechnąłem się może kilka razy i to tylko na samym początku, potem była już tylko złość i zniechęcenie.

 

Sebastian Rusak

Licencja: Creative Commons