Jest listopad 1997 roku. Powoli kończę studia i niedawno podjąłem swoją pierwszą pracę. Pracuję w szkole na 1/8 etatu. Zarabiam tyle, że lepiej się do tego nie przyznawać, ale cieszę się, że coś robię.

Licencja: Creative Commons

Data dodania: 2007-06-04

Wyświetleń: 3855

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Przynajmniej jakaś praktyka i małe kieszonkowe tez wpadnie.
Maj 1998 r. Skończyłem studia. Teraz czas na pracę. Oczywiście zgodną z wykształceniem, ciekawą, rozwijającą i dobrze płatną. Szukam jej do września, odrzucając przy okazji 2-3 oferty jako mało interesujące. W końcu podejmuję prace polegającą na jeżdżeniu po Polsce i kontrolowaniu firm określonej branży. Jest ciekawie, ale finansowo niezbyt dobrze, bo pensja bardzo średniaJ ponadto dokładam do interesu, ponieważ za delegacje mogę sobie kupić jeden posiłek dziennie i nie zawsze mam czas na zjedzenie obiadu.
Podróżuję tak 4 miesiące. Praca, jak już wspomniałem, jest interesująca, żadnej odpowiedzialności, jedyne utrudnienie- poza nieregularnym odżywianiem się- to ilość czasu spędzanego w pociągach (wtedy nie było jeszcze intercity). Po tym okresie muszę znowu szukać czegoś nowego, gdyż była to praca na określony czas.
Roznoszę oferty, pytam znajomych. Wreszcie udaje się. Praca w jednej z firm będących własnością gminy znów okazuje się ciekawa i interesująca, ale jest jej zdecydowanie za mało jak na 8 godzinny dzień pracy i jest całkowicie niezgodna z moim wykształceniem. Właściwie, to sam się dziwię, że zatrudniono mnie na tym stanowisku. Po 3-4 godzinach zaczynam się nudzić.
W związku z tym, że w moim zespole pracy za dużo nie ma i przełożeni o tym wiedzą, nie ma szans na szkolenia, wyjazdy czy podwyżki. Zaczynam rozglądać się za nowa pracą. Zarabiam niewiele więcej niż najniższa krajowa, więc jest to kolejny argument za tym, żeby jak najszybciej zmienić istniejący stan rzeczy.
Tymczasem rynek pracy robi się coraz ciaśniejszy. Jest początek 2000 r. Znowu roznoszę setki swoich CV, ale tym razem odzewu nie ma praktycznie żadnego. Jestem lekko zdołowany, bo nie tak to sobie wyobrażałem. Coraz częściej słyszę jak w mojej firmie szefostwo „motywuje” swoich pracowników tekstami typu „na twoje miejsce czekają setki osób” itp.
Powoli zdaję też sobie sprawę z tego, że jeżeli całe życie będę tak pracował, zarabiał i myślał tylko o tym, żeby znaleźć coś innego lepszego, to zgorzknieję do reszty z powodu straconych złudzeń, niespełnionych nadziei i niezrealizowanych ambicji.
Moje poszukiwania w końcu przynoszą skutek. Z pomocą znajomych udaje mi się znaleźć pracę w międzynarodowej korporacji o „nowoczesnych standardach zarządzania”. Jest III kwartał 2000 r.
Jestem oczywiście bardzo szczęśliwy, że zmieniłem otoczenie i nie muszę już patrzyć na ludzi, którzy albo nie są zadowoleni tak samo jak ja albo nie chce im się już nic w życiu zmienić. Ponadto, pensja jest 4 krotnie wyższa niż w poprzedniej firmie, znacznie przewyższając średnią krajową.
W swojej naiwności byłem przekonany, że w nowej pracy, jeśli tylko będę uczciwie pracował i rozwijał się- nie poprzestanę na stanowisku szeregowego pracownika. Oczywiście czas zweryfikował moje plany, marzenia i cele. Niestety- na niekorzyść.
Mijały kolejne miesiące. Apatia i zniechęcenie ogarniały mnie coraz bardziej. Po kolejnych 2 latach byłem już pewny, że muszę od zaraz zapoczątkować radykalne zmiany w swoim życiu. Minęły jednak kolejne dwa lata zanim znalazłem to, co mnie zainteresowało i pochłonęło.
Teraz, w 2007 r. patrząc w przeszłość i analizując ostatnią dekadę swojego życia widzę, że pod względem zawodowym był to czas stracony. Nigdy nawet nie zbliżyłem się do zarobków, o których myślałem, nie zdobyłem umiejętności, które chciałem mieć (musiałem zrobić to we własnym zakresie), nie znalazłem satysfakcji z wykonywanej pracy- słowem- męczyłem się okrutnie i trwałem w tej beznadziei bez żadnych perspektyw zmian na lepsze.
Na szczęście znalazłem w sobie na tyle siły, samozaparcia i dyscypliny, żeby to wszystko zmienić. Nie używam już słowa „niemożliwe”, „nie da się” itd. Zmiany były powolne i nierzadko bolesne, jestem jednak przekonany, że każdy może zmienić swoje życie przynajmniej w niewielkim zakresie. Trzeba tylko chcieć i uczynić ten pierwszy, bardzo zresztą trudny krok. Ceną za brak zdecydowania mogą być wyrzuty sumienia, że nic nie zrobiliśmy, że poszliśmy po najmniejszej linii oporu. Nie mówiąc już o tych zmarnowanych miesiącach i latach, których nikt nam nie zwróci.
Dzisiaj jestem przekonany, że gdy za 10 lat będę patrzył wstecz na swoje ostatnie dziesięciolecie, to ocenię je jako najlepszy okres w moim życiu.

Licencja: Creative Commons