Obserwacja polskiego szkolnictwa może wywołać mdłości. Tak jak w „służbie” zdrowia, tak jak w sądownictwie, resorcie administracji czy sportu – można by jeszcze wymieniać – władzę przeważnie dzierżą dyletanci, może nawet na papierku posiadający wykształcenie, ale niemogący wykazać się potrzebną wiedzą i umiejętnościami.

Data dodania: 2009-07-03

Wyświetleń: 3284

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Obserwacja polskiego szkolnictwa może wywołać mdłości. Tak jak w „służbie” zdrowia, tak jak w sądownictwie, resorcie administracji czy sportu – można by jeszcze wymieniać – władzę przeważnie dzierżą dyletanci, może nawet na papierku posiadający wykształcenie, ale niemogący wykazać się potrzebną wiedzą i umiejętnościami.

Pomysł Ministerstwa Edukacji na wprowadzenie odpłatności za drugi kierunek studiów jest tak niebywale głupi, że aż śmieszny. Obrazuje też to, co dzieje się w Polsce – kierować uczelniami chcą osoby, które o edukacji nie mają pojęcia. Wieczni studenci z reguły skaczą po kierunkach i to łatwo regulować. Natomiast zupełnie bez sensu jest karanie wybitnych studentów, którzy radzą sobie z dwoma kierunkami dziennymi. Nawet biorąc pod uwagę poziom szkolnictwa wyższego w Polsce; to, że jest on żenująco niski – to jednak osoby studiujące z powodzeniem przykładowo archeologię i inżynierię środowiska są w większości naprawdę utalentowani i inteligentni. To nie ulega wątpliwości.

Należałoby przede wszystkim zwrócić uwagę na wspomniany poziom nauczania i dofinansowanie pracowników naukowych oraz ich zaplecza. Wielu polskich wykładowców ugrzęzło w bagnie administrowania. Zamiast uczyć biorą udział w różnego rodzaju komisjach. Niektórzy udzielają się, bo mają nadzieję, że coś uratują, ale to ślepa uliczka. Administrowanie szkolnictwem a proces edukacji to dwa różne pola działań. Profesorowie nie rozwijają swojej wiedzy, często skupiając się tylko na wydawaniu obowiązkowych prac, pozostając daleko w tyle za zmianami, jakie mają miejsce w świecie. Mają niskie pensje, dlatego obok uczelnianej katedry szukają dodatkowego źródła zarobku w prywatnych wyższych szkołach – sytuacja identyczna, jak w przypadku lekarzy, którym jednak udało się sporo wywalczyć. Wszystko to sprawia, że student nie otrzymuje opieki profesora z prawdziwego zdarzenia. Jest skazany sam na siebie, a w poszukiwaniu autorytetów uderza głową w mur. Co za tym idzie: Będziemy produkować dla gospodarki specjalistów, którzy nic nie umieją. Z dyplomami, ale głupich. Będziemy mieli źle zaprojektowane mosty, skrzyżowania, źle zoperowane serca, niedouczonych nauczycieli. (cyt. za: prof. Jerzym Marcinkowskim, wykładowcą informatyki na Uniwersytecie Wrocławskim). Niepotrzebne jest tutaj tylko użycie czasu przyszłego. Już takich głównie mamy, niestety.

Studenci i elita inteligencka uczelni (w Polsce można ją na palcach liczyć) poddawana jest szykanom i trzeba to jasno powiedzieć. Ministerstwo wypuściło projekt reformy nauki pt. "Założenia do nowelizacji ustawy - Prawo o szkolnictwie wyższym oraz ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki" tuż przed wakacjami, kiedy to środowisko studenckie (co niektórzy) odpoczywa po całorocznych umysłowych pracach. Wiadomo, ze w tym okresie będzie się mniej burzyło. Cały ten projekt jest oczywistą ustawką, na której ktoś zarobi wielkie pieniądze.

Na podsumowanie przytaczam słowa prof. dr hab. Piotra Jaroszyńskiego z artykułu pod jakże znamiennym tytułem „Reforma nauki: ukarać najlepszych", zamieszczonym w dzienniku "Nasz Dziennik", czerwiec, 20-21 2009: Suwerenność uczelni musi być realna, a nie pozorowana, profesorowie i studenci to podmioty, a nie zasoby ludzkie, prawdy zaś nie tworzy się ani na życzenie, ani na rozkaz, lecz w duchu wolności, szacunku dla drugiego człowieka i odpowiedzialności za dobro wspólne, któremu na imię Polska.

Profesor parę miesięcy wcześniej napisał także tekst: „Reforma nauki, czyli chichot Stalina”, który daje poniekąd wskazówkę, gdzie należy szukać źródła szamba. W rozdziale „Idea prawdziwego uniwersytetu” czytamy: Uniwersytet pochodzi od łacińskiego słowa "universitas", które oznacza właśnie całość, tę wspólnotę uczniów i mistrzów, wspólnotę autonomiczną, która przez wieki była pilnie strzeżona, zwłaszcza przed zakusami władzy politycznej. I to zostało naruszone wraz z nadejściem socjalizmu, którego pierwszym znakiem ostrzegawczym było upaństwowienie szkół pod koniec XVIII w. w czasie rewolucji francuskiej. Wtedy to politycy, jakże często niedouczeni, ale za to napompowani ideologicznie, zaczęli decydować o nominacjach i programach nauczania. Tą drogą poszła rewolucja bolszewicka, tą drogą poszła PRL, to drogą idzie dziś Unia Europejska ze swoim wszechwładztwem przepisów i administracji.

Pomijając mocno prawicowe zacięcie antyunijne, warto się zastanowić nad trafnością słów profesora. Na pewno studenci i ich naukowi opiekunowie powinni też trzymać rękę na pulsie, tak żeby nie pozwolić na wejście w życie niekorzystnych dla nich zapisów.

Komentarze
Licencja: Creative Commons