Sylvia czyli „Jeszcze mi nie bądź/jeszcze mi się zdawaj” [1] - recenzja filmu

Data dodania: 2009-06-05

Wyświetleń: 1664

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Minęło sporo, a od dziś dnia licząc, najmniej sześć lat, od kiedy film Sylvia wyświetlono w kinach. Z racji jednak, że warsztat pisarski głównej bohaterki filmu – Sylvii Plath (w tej roli Gwyneth Paltrow) – cenię wysoko, postanowiłem, że nie obejrzę filmu, póki na tyle nie zwącham się z jej pisaniem, by mieć znaczną swobodę w poruszaniu się w „jej” języku. Ostatnią zaś książką do przeczytania – z przetłumaczonych na język polski – długo dopominały się ukończenia Dzienniki 1956-62... Lekturę ukończyłem całkiem niedawno. „Papierowa” Sylvia Plath – Sylvia z Dzienników – to obraz kobiety niesłychanie pracowitej (dużo – choć bywa, że z oporem – studiującej gramatyki języków obcych i... okultyzm); to obraz dziewczyny towarzysko aktywnej. W filmie braku pierwszego aspektu dopatrzyć się nie mogłem – choć filmowa Plath to bardziej matka dzieciom niż pisarka. Ale już z drugim aspektem jej życia (towarzyskością), mam problem... Z wyjątkiem bowiem bostońskiej wizyty złożonej matce (tuż po swoim ślubie z Hughesem), Plath w ogóle (!) nie plotkuje, w ogóle nie pije alkoholu (co robić lubiła), mało pisze... Z filmu nie dowiemy się, że Plath szczerze nienawidziła swojej matki. Ba, do tego stopnia gra/rola matki Plath przekonuje, że jest (o, ironio życia!) jedną z lepszych kreacji jakie w ogóle zapamiętałem. Szkoda tylko, że tej „uroczej” atmosfery bankietów (od których się w życiu Plath aż roiło) nie utrzymano w mocy; szkoda, że wątki te potrącono – film by na tym z pewnością nie stracił, a i Plath nie byłaby aż taką mizantropką... Bo choć była nią, w istocie, film pokazuje, że to niejako bunt przeciw seksualnym ekscesom Hughesa (w tej roli Daniel Craig) dał jej pochop do pisania więcej – i dopiero separowaną od męża widzimy Plath literacko aktywną. Takie postawienie sprawy powoduje, że i tak już przecież wyrazista postać mrukliwego Hughesa, urasta nam na przyczepkę do rangi muzy. Tymczasem wiemy skądinąd, że i był nią, być może, ale „i tak” zmarły ojciec Plath go – w pierwszeństwie inspirowania Sylvii – wyprzedził. Bo to właśnie postać/wątek ojca najsilniej dał o sobie znać w pisarstwie Plath – począwszy od dedykacji wierszy, po symboliczną obecność Króla pszczół w poezji, prozie i listach pisarki. Słowem nie ma mojej zgody na to, by Hughes był jedynym adresatem złości Plath, „odbiorcami” jej wściekłości/nienawiści była bowiem większa grupa ludzi – to ci, z którymi plotkowała, których wespół i lubiła i nienawidziła, a z których ostały się w filmie dwie, góra trzy postaci.

Film ciąży ku temu, by pokazać Sylvię silnie zajętą pielęgnowaniem związku z Hughsem, przez co otrzymuję nieznaną mi Plath – Plath uładzoną; Plath, której liczne depresje, mają ściśle określone źródło – a jest nim nadwrażliwość Sylvii konfrontowana z niesłownością i rozwiązłością knajackiego Hughsa. Zgadza się to, być może, z zamysłem reżyserki – ukazania Plath z perspektywy oddanej miłości, macierzyństwu, smażeniu jajecznicy i pieczeniu ciast kobiety-matki – tyle, że skutkiem jest marginalizacja twórczej/literackiej pracy Plath; skutkiem jest, że pisarstwa Plath mało w tym wszystkim znać – nie starczy przecież scena wieczoru autorskiego (na którym widzimy/słyszymy ją milczącą i uśmiechającą się, a o tyle odmienioną, że ubraną, po prostu, w inną kreację); by nadal podtrzymać w widzu przeświadczenie o tym, że główna bohaterka jest pisarką, nie starczą również dwa, bądź trzy ujęcia Sylvii zgarbionej nad lekturą książki... no, ale być może właśnie dlatego późniejsza agresja Plath wybucha tak przekonująco.

Plath ukazana jest jako zaborcza, głodna zgoła absolutnego jej oddania i wierności kobieta psychicznie niedowarzona, kobieta żądająca niemożliwego. Przykuwa uwagę scena odwiedzin Plath'ów przez małżeństwo Assii i Davida, gdzie charakterna Sylvia staje się wręcz impertynencka, ale, jak się dowodnie okaże, właśnie tam, gdzie zdaje się przesadzać, racja jest o jej stronie! Bo Ted naprawdę ją z Assią zdradził – co najprawdopodobniej zrobił też wcześniej z młodziutką studentką i osobno jeszcze z redaktorką BBC, a w reakcji na co oglądaliśmy Plath w furii rzucającą weń szklanką i drącą jego zapiski. Tak całkiem niesprawiedliwa więc nie była – szkoda tylko, że zbyt pochopni w wyrabianiu sobie zdania o bohaterach widzowie, gotowi są o tym końcowym odwróceniu akcji na korzyść Sylvii zapomnieć. To, co najlepiej się w filmie wyświetliło, to, z całą pewnością ostatnie minuty życia Sylvii – zwłaszcza zaś scena wizyjnego widzenia na korytarzy krótko po tym, gdy Plath zapukała do (przypominającego jej jej własnego ojca) leciwego sąsiada z prośbą o znaczki pocztowe. Potem już tylko: uchyliła okno w pokoju dziecinnym i szczelnie izolując kuchnię od reszty pomieszczeń mieszkania, włożyła głowę do piekarnika i udusiła sie wdychanym gazem. Ale Sylvia nie mogła żyć długo, tak naprawdę żyła tylko dzięki myślom o rychłej śmierci – jak, krótko po feralnym wydarzeniu powiedział Hughes, a w co akurat Tedowi wierzę.

I, już na sam koniec, podobnie jak w Chemical Wedding, i w tym filmie naprawdę podobały mi się wnętrza pomieszczeń. Najpierw te w Cambridge o „surowych”, pomalowanych na czerwono ścianach, w których mieszkała dziewicza jeszcze wtedy (?) Plath (stypendystka Fulbrighta), a potem niebieskie ściany pomieszczeń mieszkania amerykańskiego – w którym mieszkała Plath już jako mężatka.

Autor: Piotr K.

1 Urszula Kozioł, Pestki deszczu III – w: Piotr Kuncewicz, Agonia i nadzieja. Poezja polska od 1956, tom III, str. 50.
Licencja: Creative Commons