Okiem filozofa. Obejrzałem Obywatela Milka...

Data dodania: 2009-06-05

Wyświetleń: 1715

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Film bez wątpienia ważny pod tym względem, że przypominający w ogóle kogoś takiego, kim był – „samozwańczy burmistrz Castro Street”, radny miejski miasta San Francisco – Harvey Milk i jego (przypadająca na lata siedemdziesiąte) działalność społeczno-polityczna (reżyser Gus Van Sant, często posiłkuje się dokumentalnymi fotosami „tamtych lat”). Ale...

(Korzystając z terminologii słownika Michała Witkowskiego): „Przegięcie” Milka, niestety, ledwo „od-czasu-do-czasu” chwyta pułap błyskotliwości Freddiego Mercury (kudy Milkowi do Bulsary?) i momentami jego (Milka – w tej roli Sean Penn) gejowstwo, po prostu, mnie drażniło. Razi zaś zwłaszcza zbyt „silna” (stereotypowa) ekspozycja wątku erotycznego, zbyt łatwe sięganie po seks niby używkę – jakby homoseksualizm eksplodował tylko w okolicznościach karnawałowych (różnego rodzaju przyjęcia, party, imprezy – słowem... msza konsumpcji). Bardzo nie podoba mi się ta typowo antygejowska kolorystyka filmów o gejach, gdzie właśnie ten skandalizujący aspekt gejowstwa (pokazanego jako święto, jubel etc.) jest, po prostu, ad nauseam nadwyrężany... Tymczasem w gejowstwie (stylu bycia/życia geja) nie musi się wcale rozchodzić o ciągły upust instynktu seksualnego itp. Z drugiej strony wypada mi być na tyle sprawiedliwym, by odnotować równie „silne” - jak do rzucania ciastem z kremem – ciągoty Milka do tzw. kultury wysokiej (vide: umiłowanie przez Harvey'a opery – szczególnie zaś Toscy)...

Lecz czy, przy odrobinie złej woli, nie moglibyśmy się i w tym ujęciu Milka dopatrzeć kliszy/stereotypu geja – tzn. wyśmienicie wykształconego człowieka, który zwykle jako ostatni (oczywiście najbardziej efektownie) zabiera głos w rozmowie z politycznym dyskutantem – tryskając przy tym dowcipem, obezwładniając oponenta, „kupując” publikę etc.? Zauważmy przy tym, że, na dobrą sprawę, dla Milka nie istnieje autentyczny przeciwnik polityczny. Dyskutanci Milka – pokazani są jako ci, co do których mamy niemalże pewność, że myślą „tak jak” Milk, a tylko na użytek mediów – a więc z pobudek patologicznych – wkładają maskę milkowych przeciwników (obrońców społecznych szowinizmów) wypowiadając przy tym – bez przekonania (asercji) – zaklęcia o uświęcającej sile heteroseksualizmu, co tylko dodatkowo ich w naszych oczach pognębia (vide: Dan White – polityczny rywal ale i znajomy Milka, co do którego orientacji seksualnej bywa, że nie wiemy już – jest gejem czy nie?). I nie ma w tym przywilejowaniu Milka niczego złego, wszak o to się w dorzecznym („dobrym”) filmie rozchodzi, by opowieść snuta była według określonego porządku; by filmowa narracja nie „rozjeżdżała się” na boki – nie była bezładną polifonią dźwięków, języków etc. - by słowem film miał swoich bohaterów głównych i by ci z kolei inicjowali odmiany akcji... To wymaga jednak niezbędnych cięć, przywilejowania jednych, kosztem innych wątków, bohaterów etc. Ktoś więc (co jest chyba najstarszą bajędą świata) uprzywilejowany być musi i koniec kropka... cała sztuka by nie mieć o to do nikogo pretensji. Ale też zgódźmy się, że w tym akurat filmie „przywilej” przypada Milkowi i środowiskom gejowskim.

Nie doczekałem się, co prawda, podjęcia przez reżysera zagadnienia AIDS, ale też doczekać się nie miałem prawa – film dzieje się w czasach (lata siedemdziesiąte), gdy szerzenie „świadomości o AIDS” nie było hasłem bodaj żadnej z instytucji dobroczynnych/wolontariackich... I tylko w końcówce filmu pojawia się jeden jedyny wątek choroby AIDS, gdy mowa o tym, co miało miejsce po śmierci Milka, a co – w sposób sentencjonalny (opowiedziane głosem „z offu”) - streszcza się w zarysach losu części bohaterów filmu.

Film oglądałem w poznańskim kinie Apollo.

Autor: Piotr K.
Licencja: Creative Commons