Jest to esej krytycznoliteracki, w którym próbuję zinterpretować uczucie Stanisława Wokulskiego w kategoriach filozofii Sorena Kierkegaarda.

Data dodania: 2012-03-14

Wyświetleń: 4526

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 2

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

2 Ocena

Licencja: Creative Commons

 ESTETYCZNE SZALEŃSTWO BOHATERA „LALKI”

 

 

Mówi się czasem, że piękno przyprowadza do szaleństwa. Nie ma w tym żadnej przesady. Szaleństwo pojawia się zawsze tam, gdzie doświadczenie jest większe i głębsze niż pojemność ducha ludzkiego. A piękno – i to właśnie piękno spotkanego człowieka – bywa większe niż ludzkie możliwości percepcji.

 

                                   (J. Tischner „Filozofia dramatu”)

            Doświadczenie miłości w przypadku Stanisława Wokulskiego było większe i głębsze niż pojemność ludzkiego ducha. Namówiony przez Rzeckiego, który widział, w jakim stanie  znajduje się jego przyjaciel, idzie do teatru. W zasadzie w tym stanie, który można by nazwać melancholijną rozpaczą, było mu obojętne, gdzie idzie i czy w ogóle gdziekolwiek pójdzie. W teatrze zobaczył Izabelę i to było doświadczenie graniczne. Bohater ogarnia całkowicie nową przestrzeń, a raczej to przestrzeń jego ogarnia. Ośrodkiem krystalizacji nowego doświadczenia jest Izabela Łęcka.

            Dla Wokulskiego panna Łęcka nie jest po prostu kobietą, w której się zakochał. Jest dla niego archetypicznym dopełnieniem. Jest materializacją wszystkiego, co w Wokulskim największe i najpiękniejsze. Bohater wkracza w estetyczne stadium swego życia – możemy powiedzieć za Kierkegaardem. Pamiętajmy o anturażu. Rozświetlony teatr, piękne kreacje, atmosfera świątyni sztuki. I oto w tej koronie pojawia się perła. Świeci jaśniej od wszystkich świateł. W tej inicjalnej przestrzeni musiało wydarzyć się coś zupełnie wyjątkowego. Tu i teraz rzeczywistość objawiła się w się w tych wymiarach, które na co dzień są człowiekowi niedostępne. Rozpacz nagle ulatnia się i przestaje kąsać serce, melancholia rozwiewa się jak dym na wrzosowisku.

            Bohater „Lalki” żył, od kiedy my czytelnicy go pamiętamy, w egzystencjalnym mroku. Toksyczny ojciec, dla którego sensem życia stał się proces z sąsiadem, upokorzenia jakie znosił w winiarni u Hopfera, pragnienie studiowania, walka w powstaniu styczniowym, zesłanie na Syberię; potem nieudane małżeństwo z Małgorzatą, wdową po Minclu. Zabijana dzień po dniu nadzieja, gasnący entuzjazm, zdychająca w lasach a potem na syberyjskim mrozie radość życia. I wówczas, kiedy zaczynamy wierzyć w fatalizm, dzieje się coś, co przewraca do góry nogami dotychczasowy bieg naszego istnienia. Po raz kolejny okazuje się, jak nieprzewidywalny jest los i jak pełna niespodzianek ludzka dusza. W chwili gdy ujrzał Izabelę, Wokulskiemu mogło wyrwać się: „Ach! Więc to tak!”

            Według Sorena Kierkegaarda stadium estetyczne poprzedza stadium etyczne. Taki jest po prostu egzystencjalny porządek rzeczy. Problem bohatera „Lalki” polega na tym, że w jego przypadku porządek ten został odwrócony. Odkrywca powinności staje się odkrywcą piękna. Piękna, które należało wydobyć, by ujrzało światło dzienne. Tylko odkrywca o tym wie.

            Szaleństwo Wokulskiego polegało na – by użyć tu Norwidowskiego terminu – nie-w-czesności. Nie można bowiem nieustannie, dzień po dniu, zamrażać serca, tłumiąc jego porywy względnie wysyłać go na pustynię duchowości, lokując na pierwszym miejscu etyczne aspekty życia. Wcześnie czy później serce upomni się o swoje prawa. Im później, tym groźniejsze będą następstwa. Szuman – przyjaciel Wokulskiego – dokonuje bardzo trafnej analizy psychologicznej takiego stanu rzeczy.

            Tysiąc centnarów śniegu, rozdzielonego na płatki, tylko przysypują ziemię nie szkodząc najmniejszej trawce; ale sto centnarów śniegu zbitych w jedną lawinę burzy chałupy i zabija ludzi. Gdyby Wokulski kochał się przez całe życie co tydzień w innej, wyglądałby jak pączek, miałby swobodną myśl i mógłby zrobić wiele dobrego na świecie. Ale on, jak skąpiec, gromadził kapitały sercowe, no i widzimy skutek tej oszczędności. Miłość jest wtedy piękną, kiedy ma wdzięki motyla; ale gdy po długim letargu obudzi się jak tygrys, dziękuję za zabawę!...

            Zakochać się po raz pierwszy grubo po czterdziestce jest rzeczywistym szaleństwem. Mężczyzna naznaczony ciężkimi doświadczeniami życiowymi, zmęczony i zgorzkniały, czuje, reaguje i zachowuje się jak nastolatek. Droga Wokulskiego, romantyka miłości, zaczyna się od emocjonalnego pęknięcia. I ta emocjonalna schizofrenia pogłębia się z każdym dniem.

            Posługując się terminologią Junga, można stwierdzić, że siła Erosa objawiła się w całej pełni, kiedy bohater kroczył już drogą Tanatosa. Zaowocowało to neurozą o charakterze regresywnym. Wokulski powrócił do stanu właściwego nastolatkowi, z tendencją do popełniania wszystkich błędów, które się wówczas popełnia. Owszem, pracował, prowadził interesy, zakładał spółki, ale nie było to jego właściwe życie psychiczne. Sam Wokulski konstatował, że to wszystko było dalekie i obce. Nie twórcza siła psychiki była w to zaangażowana, lecz wcześniej wypracowane nawyki umożliwiające radzenie sobie z czynnościami, pozostającymi poza całością psychiki.

            Droga Tanatosa to droga przygotowania do śmierci. Psychika przygotowuje człowieka do uporania się z tą sytuacją graniczną. Zakłócenia rodzą neurozy, jednak pojawienie się na tej drodze twórczej siły Erosa powoduje zakłócenia fundamentalne. To tak jakby w człowieku zderzyły się ze sobą dwie gigantyczne siły, wobec których możliwości jednostki są znikome. Miażdżone są wszelkie struktury, będące wynikiem dotychczasowych doświadczeń; zanikają wewnętrzne relacje, ciemnieją światła oświetlające drogi umysłu. Niemożliwe staje się odnalezienie żadnego wewnętrznego drogowskazu. To stan, którego istotę trafnie ujął Dante, mówiąc, że „pośrodku drogi żywota w ciemnym znalazł się lesie”. W tych dramatycznych okolicznościach należy szukać punktu oparcia dla psychiki na zewnątrz. Znamiennym jest fakt, iż w pierwszym i w drugim przypadku takim punktem oparcia staje się kobieta.

            Dzieje się tak dlatego, że kobieta jest zewnętrzną manifestacją animy, czyli duszy mężczyzny. Dramatyczne poszukiwanie drogi, która wywiodłaby z ciemnego lasu, staje się psychicznym priorytetem. Rzecz jednak w tym, że akt poszukiwania ma charakter nieświadomy – jego znaczenie na poziomie świadomości może być już inne. Mówiąc inaczej, niekoniecznie musi być rozumiany fakt, iż ukochana kobieta nie jest niczym innym niż zewnętrzną projekcją duszy-animy. Droga do kobiety jest drogą wiodącą do siebie; powrotną drogą umożliwiającą scalenie psychiki. Dlatego też tak ogromne jest pragnienie zdobycia kobiety. Dante podejmuje nawet wędrówkę po zaświatach, by odszukać swą Beatrycze. Wokulski – prawdopodobnie – gdyby musiał, też by to uczynił. Ogromna jest presja indywidualnej podświadomości. Izabela Łęcka i Beatrycze są postrzegane przez adoratorów w kontekście tego, co największe i najpiękniejsze w nich samych. Obie stają się w sensie Jungowskim symbolami, czyli ucieleśnionymi archetypami.

            Odkrycie a później zdobycie ukochanej jawi się jako warunek sine qua non dopełnienia (resp.) zharmonizowania całości psychiki indywidualnej. Dlatego odkrywca piękna drugiego człowieka zawsze jest tylko jeden. Dopuszczamy możliwość, że panna Izabela była obiektywnie ładna i mogła się mężczyznom podobać, ale bóstwem była jedynie dla Wokulskiego. Zacytujmy fragment, który trafnie oddaje jego stosunek do Łęckiej:

            Już zrozumiał, że nie należy do siebie, że wszystkie jego myśli, uczucia i pragnienia, wszystkie zamiary i nadzieje przykute są do tej jednej kobiety. Gdyby ona umarła, nie potrzebowałby się zabijać; jego dusza sama odleciałaby za nią jak ptak (podkreślenie moje – J. S.), który tylko chwilę odpoczywa na gałęzi. Zresztą nawet nie mówił z nią o miłości, jak nie mówi się o ciężarze ciała albo o powietrzu, które człowieka napełnia i ze wszystkich stron otacza. Jeżeli w ciągu dnia wypadło mu pomyśleć o czym innym niż o niej, wstrząsał się ze zdumieniem jak człowiek, który cudem znalazłby się w nieznanej sobie okolicy.

Nie była to miłość, ale ekstaza.

 

            Wokulski intuicyjnie chwyta podobieństwo Izabeli do jego własnej duszy, jednak rozsądek, będący emanacją racjonalnej natury, nie pozwoli pewnej granicy przekroczyć, tj. utożsamić Izabeli z animą. Jeżeli przeanalizować ten fakt w kategoriach  pełni i braku, Izabela Łęcka jawić się będzie jako dopełnienie fizyczne i duchowe. Bardziej jednak duchowe, ponieważ Wokulski pyta Szumana, swego przyjaciela, czy można kochać kobietę, nie pożądając jej. Aspekt fizyczny schodzi tutaj wyraźnie na drugi plan, choć przecież bohater zauroczony jest pięknem Izabeli. Dla niego najważniejsze jest przebywanie w obecności Izabeli, poczucie, że jest blisko niego. Czuł się szczęśliwy przede wszystkim  w Zasławku.

            Podczas (…) wodnych przejażdżek, a także podczas spacerów w parku i zawsze, gdy byli razem, czuł jakiś niezmierny spokój, jakby cała dusza jego i cała ziemia od wschodnich do zachodnich kresów napełniona była ciszą, wśród której nawet turkot wozu, szczekanie psa albo szelest gałęzi wypowiadały się w cudownie pięknych melodiach. Zdawało mu się, że już nie chodzi, lecz pływa  w oceanie mistycznego odurzenia, że już nie myśli, nie czuje, nie pragnie, tylko kocha.

 

            Wszechogarniająca harmonia świata jest emanacją spokoju jego duszy. Bliskość kochanki uciszała sercowe burze, emocjonalne tornada i wichry namiętności. Aura duchowa, towarzysząca bohaterowi w Zasławku, była efektem przebywania obojga w jednej przestrzeni. Zapomniana, względnie utracona część duszy, którą panna Izabela ucieleśniała, zostaje odzyskana, brak – wypełniony, psychika bohatera na powrót staje się jednością.

            Kończy się szaleństwo – rodzi się piękna afirmacja świata.

 autor - Jan Stasica

Licencja: Creative Commons