Przygody Bąbla i Syfona to pozycja nienachalnie ucząca i nienachalnie przeczytana. Nie ma strachu, każdy chłopiec, ten mały i ten duży może przez moment poczuć się prawdziwym detektywem. W świat trzeba "wchodzić" żeby go zmieniać. Wspaniała lekcja, za którą serdecznie Panu dziękuję, Panie Niziurski.

Co tu dużo pisać, na jego książkach wychowały się pokolenia. Znamienny jest artykuł Cezarego Polaka "Niziurski: spełniłem swoją misję" (Dziennik 6-7 września 2008) w którym  przytacza wypowiedzi m.in. Piotra Siemiona, Wojciecha Tomczyka, Pawła Kukiza, Pawła "Konjo" Konnaka oraz Jerzego Pilcha. Wszyscy oni jednym głosem mówią o silnym wpływie książek Niziurskiego na całe ich życie. Pilch pisze nawet: "Wieszają psy na literaturze dzisiejszej, a ja powiadam: literatura, która ma Niziurskiego, nie może być biedna. To jest absolutnie wielki opowiadacz, fantastyczny ironista, autor mistrzowskich fraz. Jak mówimy o księgach dzieciństwa, to kilkadziesiąt razy przeczytałem jego "Księgę Urwisów". To tekst, na którym dowód rasowości narracyjnej przeprowadzić można bez mała matematycznie".

Dlaczego przytaczam słowa innych? Otóż, moja przygoda z Niziurskim dopiero się zaczęła i na pewno nie zakończyła! Teraz trudno mi uwierzyć, że miałem tyle obaw biorąc do rąk Przygody Bąbla i Syfona. Nie dość, że nie spodziewałem się żadnych większych wrażeń, to miałem poważne obawy czy Niziurski się nie ośmieszył. Książkę tę wydał w 1993 roku, miał więc 68 lat(!), a biorąc pod uwagę, że żaden inny język nie zmienia się tak szybko jak język uczniowski, to ma on co najmniej o 50 lat więcej niż powinien.

Już pierwsze zdania wprawiły mnie w osłupienie: "Było to w czasie, gdy nic mi się nie wiodło, los płatał mi permanentnie niesmaczne kawały, a złośliwość martwych przedmiotów przechodziła wszelkie granice. Co dzień boksowałem się beznadziejnie z rzeczywistością i przegrywałem już w pierwszej rundzie, bo grała ze mną nie fair. Zadawała mi ciosy poniżej pasa, a nie było sędziego, który mógłby odesłać ją do narożnika. Odczuwałem to przykro zwłaszcza w szkole, gdzie traciłem przyjaciół jednego po drugim, bo przylgnęła do mnie opinia, że jestem taki Jonasz, co przynosi nieszczęście i lepiej trzymać się ode mnie z daleka." Co za styl?! Oniemiałem. Do tego ten głos. Leszek Teleszyński, on sobie "po prostu" czyta, nie ucieka w żadne skrajności interpretacyjne, ale jego głos w genialny, nienachalny sposób prowadzi w ten wspaniały gąszcz niespodzianek stylistycznych Niziurskiego.

Archibald Ciuruś, narrator i tytułowy Bąbel oraz Dezyderiusz Pokiełbas vel Syfon odważnie rzucają wyzwania zagadkom kryminalnym, które stawia przed nimi życie, pomagając przy tym wielu osobom. Okazuje się, że ów "los" zależy głównie od ich dojrzałego zaangażowania w rzeczywistość. Brzmi to górnolotnie, ale u Niziurskiego trudno szukać patosu o czym dalej.

Moja druga obawa dotyczyła tego czy "staruszek Niziurski" odnajdzie się w dzisiejszych realiach. Komputery, Internet, iPody, iFony - wydaje się, że tym żyje dzisiejsza młodzież. Okazuje się jednak, że fabuła oparta na męskiej przyjaźni, wspólnych wyzwaniach, które pomogą nieco ulepszyć ten świat nigdy się nie zestarzeje - a zwłaszcza teraz, w czasach gdy tyle się mówi o kryzysie męskości, wydaje się, że jest szczególnie potrzebna. Ta książka uczy, że warto być uczciwym, dzielnym, mądrym, ale robi to w sposób nienachalny. W obliczu licznych zagadek kryminalnych nie można nie wykazywać się znajomością podstawowych praw fizyki i chemii, a szlachetność, odwaga, opanowanie "po prostu" są ważne, co tu więcej pisać.

Sebastian Rusak

Licencja: Creative Commons