Jakie są przyczyny kryzysu, jaka jest historia największych kryzysów ostatnich 250 lat i dlaczego obecne załamanie nie skończy się tak szybko, jak sądzą optymiści oraz dlaczego potrwa dłużej niż szacują pesymiści...

Data dodania: 2009-07-07

Wyświetleń: 1417

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Dlaczego kryzys potrwa 6 lat?
(cz. I) – Co się składa na kryzys…

Kiedy słucham pojawiających się tu i ówdzie optymistycznych głosów, które przekonują, że kryzysu w Polsce w zasadzie nie ma, a nawet jeśli się pojawi, to potrwa maksimum kilka miesięcy, zastanawiam się, czy optymizm jest naszą wrodzoną cechą, czy też ktoś chce naiwność odbiorców tego rodzaju prognoz w jakimś celu wykorzystać. Przyznam, że nawet starając się nie pamiętać co takiego stało się za oceanem, trudno oprzeć się wrażeniu, że myślenie magiczne wyciekło już z periodyków New Age i coraz śmielej poczyna sobie w poważnych dziennikach, nie tylko prasowych zresztą. Żeby zrozumieć, że optymizm nie znajduje oparcia w faktach, należałoby przypomnieć kilka wydarzeń z historii.

Wiek XVIII – XIX

Żeby nie sięgać zbyt daleko, cofnijmy się o około 250 lat, do roku 1756, kiedy to latem wojska pruskie wkroczyły do Saksonii, rozpoczynając „wojnę siedmioletnią” . Był to pierwszy tej skali konflikt o zasięgu światowym, jeśli nie liczyć wcześniejszej wojny o Inflanty (1563-1570). Wojnę, jak pamiętamy rozstrzygnęły na swą korzyść, całkowicie niezasłużenie z resztą, Prusy, pogrążając gospodarczo nie tylko Francję, poważnie nadszarpniętą rozrzutną polityką ekonomiczną i wojnami, ale też doprowadzając do rozbiorów Polski. Kryzys we Francji miał kilka przyczyn, bo do strat wojennych, spadku produkcji i zadłużenia, doszły jeszcze klęski żywiołowe. Tak, czy inaczej państwo o mocarstwowych ambicjach staczało się w przepaść, do czego w głównej mierze doprowadzili kolejni władcy brakiem dyscypliny budżetowej i nierozważnymi decyzjami politycznymi. Skończyło się, jak wiemy, rewolucją, która, jak większość przewrotów, rozwiązała też problem niespłaconych kredytów…

W Wielkiej Brytanii kryzys dotykający większości gałęzi gospodarki rozpoczął się w 1825 roku, trwał niemal 7 lat. Następny (1837) objął swym zasięgiem również Francję i Stany Zjednoczone. Kolejne tąpnięcia następowały mniej więcej co 10 lat. Brak interwencji Państwa, które nie ingerowało w gospodarkę, powodował, że mechanizmy rynkowe samoczynnie wyprowadzały kraj z zapaści. Większe problemy zaczęły się w końcu XIX wieku, kiedy zmienił się charakter kryzysów. Pojawienie się monopoli prowadziło wprawdzie do regulacji produkcji w tym znaczeniu, że monopolista w momencie pojawienia się nadprodukcji, ograniczał ją. Czynił to jednak kosztem redukcji zatrudnienia, wystąpiło więc zjawisko bezrobocia.

Wielki Kryzys

W XX wieku kryzys z lat 1929-1936, nazwany „Wielkim”, był pierwszym, w którym mechanizmy rynkowe, jak twierdzi wielu ekonomistów, sprawdziły tylko częściowo. Przez długi okres sądzono, że bezpośrednią przyczyną kryzysu 1929 roku było pęknięcie „bańki” giełdowej. Po trzydziestu latach słynna już monografia autorstwa Miltona Friedmana i Jacobson Schwartz „A monetary history of the United States” (1963) podważyła te opinie. Bank centralny USA (Federal Reserve), chcąc obniżyć ceny akcji zmniejszał dostęp do kredytu, zakładając, że niższa podaż pieniądza powstrzyma wzrost cen przewartościowanych już mocno papierów. Jednak kredyty potrzebne są nie tylko spekulantom. Brak pieniądza zmniejsza ilość inwestycji i innych działań gospodarczych, co w tamtym czasie skutkowało zablokowaniem gospodarki amerykańskiej i stało się jedną z przyczyn zapaści. Dowodem na słuszność rozumowania Miltona Friedmana jest fakt, że giełdy na świecie przeżyły podobne załamania w 1987 i 2001 roku, a nie przełożyło się to na tak poważne skutki gospodarcze, ponieważ dopływ pieniądza istniał przez cały czas. Jedną z przyczyn wielkiego kryzysu była znaczna nadprodukcja w rolnictwie. Mimo to rolnicy próbowali „dogonić” swoje zarobki, wytwarzając coraz więcej taniej żywności. Postępująca pauperyzacja tej grupy społecznej stała się przyczynkiem do tzw. interwencjonizmu państwowego, czyli mieszania się państwa w gospodarkę. Sprzyjała temu, znajdująca rzesze wyznawców, teoria Keynesa, zakładająca, że bezrobocie i inflację (jako zjawiska wymienne), można regulować zwiększając jedno lub drugie. Zwolennicy tej teorii byli przekonani, że pełne zatrudnienie to wartość, która usprawiedliwia nieco wyższą inflację. Założenia keynesowskie wydają się przeżywać właśnie w ostatnich latach swój renesans i jako remedium na obecny kryzys przestały być już dawno teorią, stając się coraz szerzej stosowaną praktyką…

II połowa XX wieku

Keynesizm trwał przez 25 lat, aż do czasu kryzysów naftowych lat 70-tych. O ile jednak wcześniejsze załamania gospodarek spowodowane były spadkiem cen, prowadzącym do deflacji, o tyle nowe miały charakter inflacyjny. Wzrost cen wynikał z rosnących kosztów produkcji.
Nastąpił zwrot ku koncepcji monetaryzmu w walce z kryzysem, gdzie inflację uznano za głównego wroga. Dziesięcioletni cykl falowania gospodarek poszczególnych krajów w zasadzie utrzymywał się nadal. Państwa bardziej rozwinięte wyszły z kryzysu bez większych problemów, biedniejsze miały z duszeniem inflacji większy kłopot i niewątpliwie odbijało się to dotkliwie na jakości życia ich mieszkańców. Zakończenie zimnej wojny pod koniec lat 80-tych i zmniejszenie wydatków na zbrojenia, to kolejny okres dekoniunktury. Spektakularnym elementem końca tej dekady było drugie w historii największe tąpnięcie giełdy NYSE 19.X.1987, zwane "czarnym poniedziałkiem". Wskaźnik Dow Jones spadł o 22,6%, pociągając za sobą inne indeksy giełdowe na całym świecie. Do końca października giełda w Hongkongu spadła o 45,8%, w Australii o 41.8%, w Hiszpanii o 31%, Wielkiej Brytanii o 26.4%, w Kanadzie 22.5%.
Okres transformacji ustrojowej, rozpoczęty w Polsce, znalazł swoje odbicie w gospodarkach europejskich. Zjednoczenie Niemiec w 1990 roku było kosztowne, ale przyciągnęło kapitał i zmieniło relacje walutowe w strefie krajów unijnych. Najbardziej ucierpiał na tym funt brytyjski, a jego rozpaczliwa próba obrony przez Bank Anglii, przeszła już do historii. Warto przypomnieć, jak George Soros zaciągnął wiele pożyczek w brytyjskiej walucie, a następnie puścił plotkę, że funt jest przewartościowany. Inwestorzy zaczęli go więc wyprzedawać. Bank interweniował podnosząc stopy procentowe z 10% na 12% i zapowiedział ich podniesienie nawet do 15%, wyprzedając jednocześnie niemieckie marki i skupując własną walutę, ale jeszcze tego samego dnia wieczorem skapitulował. Funt został zdewaluowany z 2,78 DM do 2,2 DM i wypadł z ERM. Pan Soros odkupił tańsze funty, pospłacał kredyty i został mu jeszcze 1 miliard dolarów na drobne wydatki… Tak, na marginesie, czy ta historia czegoś nam nie przypomina?

Sytuacja w ostatniej dekadzie

Kondycja gospodarki amerykańskiej wydawała się być niezagrożona. Z początkiem XXI wieku jednak USA zaczęła się ocierać o recesję, ale było to nic, w porównaniu z państwami kontynentu południowo- amerykańskiego, gdzie w 2002 roku spadek PKB w Urugwaju wyniósł -11%, a w Argentynie -16% (w Wenezueli -6,2%). Sytuacja w Europie też wyglądała źle. PKB Niemiec na poziomie 0,5% czy średnia dla Unii Europejskiej 1,1% nie napawały optymizmem. W recesji pozostawała Japonia. Chiny, jako jedno z niewielu państw, notowały natomiast wzrost na poziomie 7,5%.

Niewątpliwie do pogłębiania kryzysu w USA przyczyniły się wydarzenia z 11 września 2001 roku, które spowodowały znaczny spadek zaufania do giełdy. FED obniżał stopy procentowe (w sumie w 2001 r. 12 razy), schodząc z 6,5% do 1,25%, co przy inflacji na poziomie 1,1% było już otarciem się o deflację. Przyczyny kryzysu tkwiły m.in. w złudnym przekonaniu, że pieniądz można bez końca i bezpiecznie pomnażać nie inwestując go w produkcję, ale w instrumenty finansowe. Kapitalizacja giełdy amerykańskiej w 2000 roku wynosiła 153,5% PKB, blisko 2,4 x więcej niż np. giełdy Niemiec czy Japonii. Rozwój był w dużej mierze finansowany kapitałem zagranicznym, który płynął szerokim strumieniem. Nadęty już dość mocno „balon” musiał wypuścić nieco powietrza. Myliłby się jednak ktoś, kto by przypuszczał wówczas, że nastąpi jakiś zasadniczy zwrot w polityce ekonomicznej USA. Deficyt był i jest powiększany nadal.

Można zapytać po co cofać się tak daleko w historii kryzysów, skoro miały one inny charakter. Bardzo możliwe, że wielu ekonomistów będzie się upierać, że obecny ma również swoją specyfikę, a do tego, zgodnie z tradycją, pojawił się pod koniec kolejnej dekady. Prawdą jest, że przy obniżeniu stóp procentowych do wartości zbliżających się do zera, nie tylko w USA, ale w Wielkiej Brytanii czy niemal całej strefie euro, podaż pieniądza powinna wywołać inflację, a tak się nie dzieje. Przeciwnie, występują w tych krajach zjawiska deflacyjne. Problem w tym, że inflacja zawsze jest odłożona w czasie, a obniżenie stóp może nie spowodować gwałtownego zwiększenia akcji kredytowej i nie musi wpłynąć, jak chciałby rządy poszczególnych krajów, na znaczny wzrost inwestycji. Widać to już dość wyraźnie w Wielkiej Brytanii, gdzie w akcie desperacji zdecydowano się dodrukować 150 mld funtów, aby „ożywić” gospodarkę. Pacjent może jednak nie wytrzymać takiego „ożywiania”. Istnieje prawdopodobieństwo wystąpienia efektu wyczekiwania, który będzie jedynie pogłębiał deflację. Trzeba pamiętać, że obniżki są zawsze dużą atrakcją na rynku wznoszącym. Kiedy wejdziemy do hipermarketu, wiedząc, że wszystko drożeje, kupimy w promocji znacznie chętniej, niż kiedy wszystko tanieje. Wówczas naturalnym, ludzkim odruchem jest czekanie, aż stanieje bardziej…

Nieco o pieniądzu…

Stany Zjednoczone, przyjmując pod koniec wojny ekonomiczny układ z Bretton Woods stanęły w uprzywilejowanej pozycji. Przypomnę krótko, że politycy i ekonomiści brytyjscy i amerykańscy spotkali się w małej wiosce w stanie New Hampshire, aby ustalić porządek monetarny po wojnie. Przyjęto wówczas, że USA będą utrzymywać stałą wartość parytetu złota do dolara – 35 dolarów za uncję i będzie obowiązywać stały parytet innych walut w stosunku do dolara. Inne waluty świata zostały w ten sposób związane z rezerwami złota Stanów Zjednoczonych, a dolar miał odtąd służyć wielu krajom zamiast złota jako rezerwa walutowa. Przywilej USA polegał na tym, że będąc „strażnikiem” rezerwy, praktycznie poza jakąkolwiek skuteczną kontrolą, mogły tworzyć nowy pieniądz, słusznie zakładając, że nie nastąpi jednoczesne żądanie zamiany walut na złoto. Skoro mogły, zaczęły to robić. Gdyby zachowano przy tym dyscyplinę, utrzymując deficyt w bilansie płatniczym w przyzwoitych ramach, to nic złego by się nie stało. Dolar, mający pokrycie w złocie, emitowany przez potężny ekonomicznie i politycznie kraj, stał się walutą godną zaufania i pożądaną w rozwoju handlu światowego. Niestety, potrzeby mocarstwa wciąż rosły. Konflikt w Wietnamie, częściowo wymuszone koszty zbrojeń w okresie zimnej wojny, zwiększenie wydatków wewnętrznych, powodowały wzrost deficytu. System z Bretton Woods stał się już tylko fikcją. Prezydent Nixon 15 sierpnia 1971 roku zlikwidował parytet wymienialności dolara na złoto i zdewaluował wartość dolara o 7,9 %. Uncja złota była wówczas w cenie 38 USD (dla porównania dziś oscyluje wokół 900 dolarów). W tej sytuacji inne kraje, broniąc się, także zdewaluowały swoje waluty, a ich kursy przestały być powiązane między sobą w sposób sztywny. USA powinny w zasadzie zostać bankrutem, gdyż już wówczas nie mogłyby wykupić własnego pieniądza, jednak żadne państwo nie miało wystarczającego potencjału gospodarczego, ani odpowiedniej podaży silnej waluty, która mogłaby zastąpić dolara. Dodatkowym zabezpieczeniem dla Stanów Zjednoczonych był kontrakt podpisany z Arabią Saudyjską, na mocy którego rozliczenia za ropę akceptowane były wyłącznie w USD, a nadwyżki lokowane w obligacjach amerykańskich.
OPEC przyjmując te standardy w praktyce zmusił inne kraje do utrzymywania rezerw dolarowych, niezbędnych do nabycia ropy. Odejście od konieczności pokrycia waluty w złocie stworzyło swobodę do zalania świata dolarami. W Europie od 1979 roku działał system oparty na koszyku walut zwanym ECU (European Currency Unit), w którego skład wchodziły określone sumy pieniędzy w poszczególnych walutach systemu, które były ze sobą powiązane oficjalnymi kursami. Koszyk walut jako całość zmieniał wartość w wyniku swobodnej gry podaży i popytu. System, bardziej ambitny, w swym założeniu, od tego z Bretton Woods, również do końca się nie sprawdził, ponieważ kryzys we Francji w latach 1981-83 czy wspomniana już dewaluacja funta, pokazały, że stabilizacja walut „na zawsze” nie jest możliwa, jeśli kraje zachowują suwerenność.
Dziś wyznacznikiem dla banków centralnych poszczególnych krajów europejskich jest tzw. cel inflacyjny, czyli taka regulacja podaży pieniądza, aby inflacja była niska, a jednocześnie, zbyt słaba podaż pieniędzy nie zdusiła gospodarki. Zamiast oficjalnych kursów wymiany walut, wprowadzono euro, które zlikwidowało problem ryzyka kursowego. Inną kwestią jest, jaki ma to wpływ na samodzielną politykę gospodarczą poszczególnych państw strefy euro, ale to już temat na osobny artykuł.

O ile światowe rezerwy walutowe wzrosły w latach 1949-69 o 50 %, o tyle pomiędzy 1980 a 2003 rokiem – o ponad 2000 %. Produkt światowy brutto (PŚB) liczony nawet z dużym zaokrągleniem, wzrósł w tym czasie o ok. 70% (dane ONZ z 2006 roku). Jasno więc widać jak wielkie przewartościowanie nastąpiło w podaży pieniądza już wówczas.

W 2006 roku dług publiczny w USA wynosił 64,7% PKB, dług zagraniczny: 69,19 bld USD, (przy rezerwach w złocie i walutach : 10,04 bld USD). Jeszcze we wrześniu 2007 roku szef FED Ben Bernanke mówił, że należy się w następnym roku spodziewać wzrostu gospodarczego… Czy mógł się aż tak bardzo mylić? Trzeba sobie uświadomić, że dziś zadłużenie Stanów Zjednoczonych przekroczyło znacznie 11,3 biliona dolarów i codziennie wzrasta o 3,9 miliarda dolarów. Można zakładać, że do końca roku zbliży się do granicy całego wytworzonego PKB USA, szacowanego w bieżącym roku na około 13,5 biliona dolarów. Licznik, który „odmierza” bieżące zadłużenie USA można znaleźć np. pod tym adresem www.brillig.com/debt_clock. Z kolei na stronie www.usdebtclock.org znajduje się cała gama liczników, pokazujących wszelkie istotne dla gospodarki dane w czasie rzeczywistym. Np. co 20 sekund ktoś traci pracę, a co 2 minuty bankrutuje kolejna firma…

FED bardzo długo utrzymywał stopy procentowe na możliwie stałym poziomie, powyżej 5%, ale kiedy już zaczął je obniżać, to w ciągu niespełna 8 miesięcy dotknęły one prawie poziomej linii wykresu (obecnie 0,25%). Analitycy, którzy są przeciwnikami tego rodzaju walki z widmem recesji, przypomną z pewnością czasy Alana Greenspana i załamanie giełdy na przełomie XX i XXI wieku, a później atak na WTC, kiedy w ciągu roku stopy spadły z 6,5% najpierw do 3,5%, a potem do 1%. Wielu upatruje eskalacji obecnego kryzysu właśnie w tamtym okresie, gdzie tani kredyt wywindował ceny nieruchomości i akcji na kosmiczny poziom. Oczywiście, oponenci odpowiedzą, że przecież podaż zależy od popytu i widocznie popyt był, a banki starały się go tylko zaspokoić… Tymczasem rzeczywistość skrzeczy i pokazuje, że sztucznie wykreowany popyt może przynieść skutki opłakane. Ktoś jednak przez wiele lat wmawiał Amerykanom, że mają prawo mieć własny dom, że stać ich na to, że przecież fantastycznie mieć coś własnego, co ma dużą wartość i jest inwestycją na lata. Ktoś inny z kolei twierdził, że wzrost na giełdzie będzie trwał jeszcze bardzo długo, nawet jeśli będą korekty. To prawda, że ludzie powinni kierować się własnym rozumem i pracownik McDonalds’a nie koniecznie powinien zaczynać swą pierwszą przygodę z inwestycjami od kupowania domu w kredycie, a tak się niestety działo i wiara w słuszność reklamy, wspierana wypowiedziami polityków przyniosła określone owoce.

Choć charakter i mechanizm powstawania poszczególnych kryzysów mogą się różnić, to część przyczyn się powtarza na tyle często, że można uznać je za prawidłowość, ale o tym w kolejnej części…
img
Licencja: Creative Commons