Okiem filozofa. "Ulica Rzeczna" Meja Mwangi - kilka słów o książce

Data dodania: 2009-06-17

Wyświetleń: 1729

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Z przyjemnością wróciłem po latach do lektury książki kenijskiego pisarza Meja Mwangi pt. Going Dowan River Road z roku 1976 (wyd. pol. ISKRY, rok 1982, Ulica Rzeczna) m.in. dlatego, że przełożony przez Marylę Metelską tekst Mwangi, czytało mi się niesłychanie dobrze, choć treść książki „jest brutalna”. Już teraz proszę czytelników o wyrozumiałość dla kilku wulgarnych zwrotów wykorzystanych w tekście niniejszym lecz, proszę dać wiarę, piszę te słowa tuż po lekturze książki i, po prostu, nie mogłem się „mocy” słów obelżywych oprzeć, a poza tym, w powieści sformułowań jeszcze ordynarniejszych znajdziecie dużo, dużo więcej!

Tekst zaprzyjaźnia nas z afrykańskim robotnikiem-budowlańcem Benem i jego przyjacielem Ochollą. Zrzeszeni w firmie Patel&Chakur – we wszędobylskim kurzu i pyle – pracują ciężko przy budowie dwudziestopięciopiętrowego gmachu Ministerstwa Rozwoju („Tak buduje się drapacze chmur. Bez myślenia”1).

Życie obu (a Bena w szczególności), tak „na” budowie jak „poza nią” – opisane jest jako przerażające pasmo żmudnego dobywania się z barłogu, całodziennej głodówki, picia busaa2, pilznerów, tuskerów, chang'aa3 – a najczęściej zaś taniej karary i palenia bhangi (haszyszu)... Słowem, pijaństwo i narkomania („Kosz dźwigu kołysze się (...) pozostawiony przez operatora narkomana”4), a wszystko to w ilościach sporych. Do tego dodajcie jeszcze częste opisy torsji, sikania, defekacji, ludożerstwa („Żądano zwrotu części zmasakrowanych ciał od rzeźnika po drugiej stronie ulicy”5) i dużo niehigienicznego seksu (nawet z nastolatkami!), a otrzymacie „okładkowe” streszczenie tej książki...

Autor nie skąpi naświetlania rzeczy i myśli, o których albo wolelibyśmy czytać mniej często albo w ogóle, są tu przeto gęste opisy kloak – od drewnianych hybzi budowlańców począwszy, a na komunalno-spółdzielczych kiblach kończąc, w których wszędy grzyb naścienny, pozatykane rury, wylewające się z ubikacji szczyny i bździny i w ogóle smród-bród („Stęchły mocz po piwie jest tak ostry, jakby pisuar znajdował się pod ladą”6, „zielone muchy z wychodka pływają w kotle z herbatą”7); są tu nieświeże oddechy („Na przednich zębach operatora widać brązowy osad brudu”8), zrogowaciałe stopy, smrodliwość/fetor ciał niemytych; jest plucie śliną, bójki, obrazy publicznego upadlania ludzi a nawet – szczęśliwie przerwany przez Bena (opiekuna dziecka) o-mały-włos-a-dopełniony gwałt na czteroletnim dziecku (uprzednio przez gwałcicieli poczęstowanym narkotykami... ale trzeba przyznać, że nie-seksualna przemoc nad dziećmi np. żale dziecka dot. targającej go za uszy nauczycielki, są w tej powieści częste). Słowem, lektura tumani i przestrasza.

Fabuła jest banalna. Młody agent ubezpieczeniowy – Ben – traci pracę i jedyne gdzie znajduje zatrudnienie, to (najprawdopodobniej też hinduska) firma budowlana. My zaś poznajemy Bena na tle jednego z „jego” setek podobnych do siebie dni tygodnia, które właściwie niczym szczególnym się od siebie nie różnią: Ben najpierw wstaje „do” pracy, następnie „w niej” jest – obibocząc kiedy tylko się da, po czym wraca „z” pracy – wycierając się po kilku najtańszych spelunkach, fraucymero-burdelach i spity do nieprzytomności zwala się w barłóg. Jedyne co pozwala mu pamiętać dzień miniony, to, najczęściej obrazy intensywnej podniety seksualnej albo okrucieństwa (kompozycja, uważam, nieprzypadkowa! No i cudem chyba – trypra nie nabawi się tylko nasz bohater główny, Ben .

Ben żyje w żałosnej nędzy mieszkania czynszowego za sąsiadów mając ludzi z urodzenia łajdaków a z wykształcenia przestępców. Niestety, „z czasem” i tę norę straci – zamieszkując w odrażającej prowizorce blisko rzeki Nairobi ze swoim jedynym przyjacielem, alkoholikiem i narkomanem, Ochollą.

„Po drodze” przydarza się, co prawda, Benowi tzw. sikorka (czyli młoda dziwka Wini), która rozładuje nieco jego psychiczne napięcie, ale która obarczy go też swoim czteroletnim synem o imieniu/przezwisku: Mały i... porzuci ich obu (Bena i dziecko) dla swojego majętnego, białoskórego przełożonego. My zaś oglądać będziemy Bena w pojedynkę uprawiającego tzw. rodzinę (czyli swoje ojcostwo) wobec dziecka, które nie jest przecież (co z początku wszystkim będzie oznajmiał) nosicielem jego krwi! Ale „ koniec końców” zajdzie w Benie zmiana i się Ben autentycznie losem Małego nie dość, że przejmie, to zacznie zabiegać o jego względy – jako przecież jedyny jego opiekun.

W powieści Mwangi brak szczęśliwych zwrotów akcji – narracja jest zdecydowanie ponura i odrobinę cyniczna (kiedy np. przytrafia się Benowi możliwość otrzymania sporej ilości gotówki – Wini zostawia po sobie krótkie pisanie i czek – Ben, w napadzie złości, spuszcza czek w kiblu – czego później żałuje). Mwangi nie ma żadnego miłosierdzia dla swoich bohaterów.

Książka, uważam, bardzo dobra – przyjemnie się ją czyta, choć jest, zdecydowanie, przeznaczona dla ludzi dojrzałych – zwraca uwagę umiłowanie brzydoty... w języku fachowym nazywa sie to bodaj turpizmem.

Autor: Piotr Kabaciński

1 Str. 78.
2 Gęsty bimber z owsianki.
3 Rodzaj wódki.
4 Str. 53.
5 Str. 76.
6 Str. 85.
7 Str. 57.
8 Str. 107.

Licencja: Creative Commons