Rozmowa (autoryzowana) z Tadeuszem Zwiefką, dziennikarzem i politykiem, byłym prezenterem Wiadomości w TVP.

Data dodania: 2009-04-15

Wyświetleń: 2269

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

O TUCHOLI

- Często Pan bywa w Tucholi?

– Zbyt rzadko. A chciałbym bywać częściej, chociażby dlatego, że moi rodzice tutaj mieszkają.

- Spotyka się Pan z sympatią tłumu? Jest Pan rozpoznawany?

– Czuję się w Tucholi jak u siebie. Jak w swoim mieście. Jeżeli ktoś mnie rozpoznaje na ulicy, to ja to odbieram w ten sposób, że kojarzy mnie się jako sąsiada.

- Ale zdarza się Panu rozdawać autografy na ulicy?

– Tak, zdarza się.

- Jak z zewnątrz postrzega Pan Tucholę?

– Gdy byłem młody, wydawało mi się, że Tuchola jest taką małą zapyziałą dziurą, z której czym prędzej trzeba uciekać. Nawet z siostrą namawialiśmy rodziców na przeprowadzkę do Torunia czy Bydgoszczy. Zupełnie inaczej na swoje miasto rodzinne patrzy się z perspektywy czasu. Odwiedziłem tysiące miejscowości. Teraz uważam, że Tuchola jest pięknym miastem – ciekawie położonym i czystym. Natomiast jeśli myślę o Tucholi jako o mieście, które ma dawać mieszkańcom zadowolenie i pracę, to oczywiście mam pewne wątpliwości. Wiem, że dziedziną, na której miasto powinno opierać swoją przyszłość, jest na pewno turystyka. Lasy są bogactwem tego regionu.

- Czy chodzi Pan na grzyby podczas pobytów w Tucholi?

– Obecnie rzadko.

- Ale umie Pan odróżniać gatunki?

– Myślę, że jeszcze umiem. Chociaż już nie jestem takim grzybiarzem, jakim byłem w wieku licealnym. Wówczas w sezonie jeździliśmy rowerami codziennie po lekcjach na grzyby. Na pewno jestem w stanie zidentyfikować bez omyłki podstawowe gatunki, typu: kurka, prawdziwek, sowa, gąska, maślak, kozak, rydz.

O DZIENNIKARSTWIE

- W jaki sposób chłopak z małego, biednego miasta położonego wśród lasów na krańcach ówczesnego województwa bydgoskiego trafił do tak zwanego wielkiego świata, do telewizji? Skończył Pan prawo w Poznaniu...

– Tak, wyjechałem z Tucholi na studia do Poznania. Po ich skończeniu podjąłem pracę w dziale organizacyjno – prawnym w fabryce obrabiarek – Wiepofama. Moje pojawienie się w dziennikarstwie było dziełem przypadku. Znajoma, która pracowała w telewizji, zadzwoniła kiedyś do mnie, z prośbą o podrzucenie jej jakiegoś pomysłu na temat, który mogłaby zrealizować. Ja wówczas zażartowałem sobie, że świetnym tematem byłby wywiad ze mną. O dziwo koleżanka tę myśl podchwyciła. Zapytała: na jaki temat? Brnąłem więc dalej mówiąc: wiesz, możemy porozmawiać o Wiepofamie, o tym co tutaj się dzieje... I istotnie tak się stało. Ona przyjechała z ekipą do fabryki, a ja byłem jednym z jej rozmówców. Materiał wyemitowano w programie lokalnym poznańskiej telewizji. Ówczesne szefostwo ośrodka telewizyjnego po jego obejrzeniu stwierdziło, że ... nadam się na dziennikarza. Zaproponowano mi pracę. Do pomysłu początkowo podszedłem negatywnie. Robiłem wówczas aplikację w Sądzie Wojewódzkim w Poznaniu i właściwie byłem już zdecydowany na wykonywanie zawodu prawnika. Zdecydowałem się po usilnych namowach znajomych oraz argumentacji dyrekcji telewizji. Ku mojemu zdziwieniu zaproponowano mi etat. Na początku było bardzo trudno. W tamtym czasie...

- Mówimy o początku lat osiemdziesiątych?

– Tak. W tamtym czasie nieco inaczej, niż dziś wyglądała praca w redakcjach. Jak młody człowiek, nowy, coś robił, to najczęściej robił źle. Oczywiście źle, według opinii starszych kolegów. Co ja zrobiłem, to było nie tak, kosz, wyrzucić, nie nadaje się...

- Chciał Pan wówczas wrócić do zawodu prawnika. Dlaczego został Pan w telewizji?

– Po mojej deklaracji, że odchodzę, że mam dosyć, wszystko się nagle odmieniło. Zacząłem wtedy prowadzić program lokalny „Teleskop”. W 1984 roku zostałem wysłany przez mojego dyrektora na taki wewnętrzny casting na prezentera „dwójki”. Wygrałem ten konkurs. Przez prawie dwa lata pracowałem w TVP2.

- We wrześniu 1985 roku jednak Pan wrócił do Poznania.

– Zaproponowano mi objęcie szefostwa programów lokalnych. Po kilku latach pracy w Poznaniu zaproponowano mi dodatkowo prowadzenie „Turniejów miast”. W grudniu 1989 roku powstały „Wiadomości”. Ogłoszono konkurs na prezenterów, na który zgłosiło się 600 osób. Wśród nich byłem i ja. Jednakże to nie była moja decyzja. Na przesłuchania zapisały mnie koleżanki z redakcji językowej. Po rozmowach w Warszawie, w styczniu 1990 roku, zacząłem prowadzić „Wiadomości”. Robiłem to prawie sześć lat. Jednak praca odtwórcza – prezentowanie informacji – nie do końca była tym, co chciałem w życiu robić.

- W 1995 roku dostał Pan propozycję objęcia ośrodka telewizyjnego w Szczecinie.

– Z radością ją przyjąłem. Pracowałem tam jednak niespełna dwa lata. Ściągnięto mnie z powrotem do Warszawy i zaproponowano prowadzenie nowego programu publicystycznego „W centrum uwagi”. Zawsze chciałem być gospodarzem takiej audycji. Zgodziłem się. Obecnie zaś jestem dziennikarzem regionalnej „trójki” i gospodarzem „Telekuriera”.

- Ciężka praca dziennikarza obfituje, na szczęście, w śmieszne sytuacje, anegdotki, które można potem powspominać. Nie inaczej zapewne jest w Pana przypadku.

– Na początku lat dziewięćdziesiątych byłem na wyjeździe dziennikarskim w Danii. Zostałem wówczas poproszony o nagranie polskiej wersji językowej do filmu o tym kraju. Oczywiście się zgodziłem. W studiu telewizyjnym usiadłem w pokoju lektorskim, zacząłem nagrywać. W pewnym momencie widzę przez szybę, która dzieli lektornię od reżyserki, że tam wchodzą jacyś ludzie. W momencie, kiedy kończyłem film, uzbierał się pełen pokój. Tak sobie czytam i myślę, po co oni tam przyłażą. Zamierzają ten film oglądać czy jak? Zakończyliśmy nagranie, pożegnaliśmy się, wychodzimy z telewizji z tłumaczką języka duńskiego, pytam więc ją, skąd ten tłum za szybą. A ona odpowiada: słuchaj, ja ich o to pytałam, odpowiedzieli, że ściągnął ich twój tembr głosu. Oni przyszli więc jakby ten mój głos ich wciągał do reżyserki. Była to dla mnie dość śmieszna, a zarazem niesamowita historia.

O PODRÓŻACH

- Wiem, że lubi Pan podróżować. Czy był Pan kiedyś w Strasbourgu?

– Nie. Przejeżdżałem tylko koło Strasbourga, jadąc na południe Francji. Natomiast byłem w Brukseli.

- Gdyby otrzymał Pan propozycję zamieszkania w dowolnym kraju w Europie, które z państw by Pan wybrał?

– Włochy.

- Włochy? Dlaczego? Samochody? Kobiety? Wino? Futbol?

– Z wielu powodów. Po pierwsze atmosfera. Uwielbiam włoski sposób takiego swobodnego odnoszenia się do ludzi i do świata. Oczywiście wpływ na moją decyzję miałby też klimat, który w Italii jest fantastyczny. Bajeczna architektura, rewelacyjne położenie kraju, przednia kuchnia, a ludzie są tak mili i serdeczni, że ja się we Włoszech czuję jak u siebie.

- Południe Włoch?

– Niekoniecznie. Już środkowe Włochy również zasługują na uwielbienie.

- Rozumiem, że często Pan jeździ do Italii?

– Byłem kilka razy we Włoszech. Rzym należy do moich ulubionych miast.

- A czy jest takie miejsce w Europie lub na świecie, do którego Pan nie chce wrócić, bądź pojechać po raz pierwszy?

– Szczerze mówiąc, nie ma takiego miejsca. Ja jestem dziennikarzem. Dziennikarz chce zobaczyć wszystko, niezależnie od ocen. Dotknąć. I u mnie też tak jest. Nawet gdyby podróż wiązała się z wielkimi niewygodami czy nawet jakimiś nieprzyjemnościami. Jednak nie mam natury korespondenta wojennego i nie chciałbym się znaleźć na froncie.

O SAMOCHODACH

- Jadąc na urlop, wybiera Pan raczej samochód czy samolot?

– Uwielbiam jeździć samochodem. Ponadto auto w podróży daje więcej możliwości. Po drodze można wpaść do znajomych, zwiedzać mijane miejscowości.

- W jakim kraju jeździ się Panu najlepiej?

– Jest jeden taki kraj w Europie. To Niemcy. System autostrad i bezpieczeństwo są na najwyższym poziomie. Natomiast jeśli chodzi o ruch miejski, to świetnie jeździ mi się we Włoszech.

- A co Pan sądzi o polskich kierowcach? Jak się Panu jeździ w Polsce?

– Jeśli chodzi o kierowców, to coraz lepiej. Natomiast do szału doprowadza mnie stan dróg w naszym kraju.

- Zdarza się Panu łamać przepisy?

–Tak, zdarza się. Chodzi o przekraczanie dopuszczalnej prędkości.

- Policjanci reagują zapewne: „O, Pan Zwiefka! Proszę jechać dalej...”.

– No, do końca to tak nie jest, bo wtedy odbywa się conajmniej piętnastominutowa rozmowa. I nawet jeśli nie kończy się ona mandatem, to tracę czas, który rzekomo zaoszczędziłem, jadąc szybko. To się więc wyrównuje.

- Zostawił Pan kiedyś policjantowi autograf na kartce, zamiast na bloczku z mandatami?

– Tak. Nawet zdarzało się, że robiliśmy sobie zdjęcia aparatem policyjnym.

Licencja: Creative Commons