Flyboard to gadżet stosunkowo nowy, bo technologia, która pozwala wykorzystać odrzut wody do unoszenia się w powietrzu została zaprezentowana dopiero w 2011 roku, jednak marzenia o podobnym sprzęcie są wiele, wiele starsze. Warto jednak przyjrzeć się flyboardom z bliska, bo to ciekawe maszyny.

Img

Skuter wodny czy poduszkowiec?

Flyboardom zdecydowanie bliżej do skuterów wodnych niż do poduszkowców i to nie tylko dlatego, że urządzenie działa przede wszystkim dzięki stukonnemu silnikowi skutera. Zresztą – 100 KM to tylko próg minimalny. Tyle mniej więcej potrzeba, aby strumień zassane przez 18-metrowy wąż wody został rozpędzony na tyle, aby odrzut utrzymał flyboardzistę nad wodą. Rzecz jasna, nie jest to wcale takie proste, bo ewolucje na flyboardzie nieźle się ogląda, ale sama nauka utrzymania jako-takiego pionu pochłania kilka lub kilkanaście minut, o ile można skorzystać przy tym z pomocy doświadczonego instruktora. Pomoc taka zresztą nie ogranicza się do komunikatów, bo to instruktor poruszający się za flyboadzistą na skuterze wodnym może kontrolować siłę wody w turbinie. W bardziej zaawansowanej wersji stery dzierży sam flyboardzista, ale nawet bez tego dawka adrenaliny jest olbrzymia.

Doświadczenie pomaga konstruktorom

Ktoś, kto doskonale zna się na sportach wodnych i używanym tam sprzęcie bez trudu odnajdzie we flyboardzie sporo znajomych elementów. Nie chodzi tylko o system „napędowy”, ale nawet o same wiązania, które przytrzymują pilota na miejscu, a są łudząco podobne do tych, jakie stosuje się w wakeboardach. Oczywiście uprawianie takiej dyscypliny sportu, w której w jednej chwili można unieść się na jakieś 8 metrów w górę, a następnie ze sporym impetem wejść pod wodę (tam przecież siła odrzutu również posłuży jako doskonały napęd), wymaga stosownego zabezpieczenia, którego istotnym elementem jest kask. Ten pojawia się zresztą w wielu dyscyplinach sportów wodnych, natomiast tutaj musi być zaprojektowany szczególnie starannie.

Nie tylko dla profesjonalistów

Flyboardów nie sprzedaje się na prawo i lewo. Przez parę lat od pokazania prototypów do dziś sprzedano tylko parę tysięcy tych urządzeń w dwóch wersjach (trzecia wciąż jest w fazie testów), a to dlatego, że każdy, kto chciał sobie kupić flyboard, musiał przejść stosowny test i udowodnić, że da sobie radę z maszyną o sporej przecież mocy. Nie trzeba do tego jednak wielkiej siły – czarną robotę wykonuje pęd wody. Wystarczy mieć przeciętnie rozwinięte mięśnie nóg i dobry zmysł równowagi, żeby nagle nie zdziwić się, że leży się w wodzie. Jeśli chodzi o wynajem flyboardów, to tutaj już na szczęście nie trzeba wypełniać żadnych testów ani dowodzić swojej sprawności. Ostatecznie – nawet spektakularna porażka na takiej zabawce może dostarczyć całkiem niezłych wrażeń, a biorąc pod uwagę, że krótkie jazdy trwają po 10 minut, dla niektórych do za mało, żeby odnieść jakikolwiek sukces, natomiast z powodzeniem można zaspokoić swoje wielkie uzależnienie od adrenaliny i przeżyć przygodę, której naprawdę wiele osób będzie zazdrościło.

Ciekawostka też jest

Poza tym, że flyboard sam w sobie jest czymś niezwykłym, urządzenie to pojawiło się już w filmach. Wprawdzie Hollywood uznało je za zbyt mało efektowne (wszak nie ma wbudowanych rakiet do tępienia wrogów i wielkiej amerykańskiej flagi, którą można byłoby rozwinąć, kiedy się wroga trafi), ale Bollywood już takich kompleksów nie ma – pierwszy flyboard pojawił się w filmie „Bang Bang!” Hrithika Roshana i tam też można obejrzeć pierwsze filmowe popisy kaskaderskie z wykorzystaniem flyboardu.

Licencja: Copyright - zastrzeżona