Słowo, które diametralnie w życiu publicznym traci na swej wartości. A zaczyna się niewinnie od najmłodszych lat, gdy nauczycielka zwraca uwagę dziecku, aby przeprosiło.

 

Odpowiedź tak często słyszana w ustach maluchów poraża – nie przeproszę, to on zaczął. I to już właśnie od najmłodszych lat zbyt często przeprosiny traktowaliśmy jako karę, a nie wyznanie winy i chęć pogodzenia się z drugą osobą. Z pierwszych jednak okazji, kiedy to poczuliśmy gorzki smak przeprosin, wyrasta się, gdy kształtuje się i dojrzewa nasza psychika, gdy odróżniamy jednoznacznie dobro od zła. A ci bardziej dorośli wiedzą już także, że poza spontanicznymi przeprosinami w grę wchodzą także te wymuszone, gdy zaciskamy zęby i przepraszamy dla świętego spokoju.

Niestety życie społeczne nanosi poprawki i pozbawia słowo ‘przepraszam’ jakiegokolwiek znaczenia. Już w czasach Freudowskich zauważono niezwykle silną tzw. potrzebę reparacji, czyli uzyskiwania zadośćuczynienia w sytuacji poczucia pokrzywdzenia. Ogromne znaczenie odgrywa tu także religia, w której ogromne znaczenie mają krzywda, zadośćuczynienie i pokuta. Dlatego też potrzeba reparacji jest zjawiskiem uniwersalnym i powszechnym w naszym społeczeństwie.
Dzięki przeprosinom, rytuałowi służącemu reparacji, wszystko powinno wrócić do normy. A nie wraca zawsze, gdyż ludzie oczekują z drugiej strony ukorzenia się, nie wystarcza im często samo ujawnienie błędu czy wyrażenie ubolewania. Chęć doznania tej satysfakcji powoduje w kulturze rodzin i relacji społecznych powstanie błędnego koła, uczucie niesmaku z powodu przyznania się do błędu powoduje pojawienie się chęci ukorzenia osoby wpierw zranionej. I tak przepraszalibyśmy się w kółko, a nawet przepraszali za samo przepraszanie w nieskończoność.

Te proste mechanizmy błędnego koła wymuszanych przeprosin obserwujemy obecnie nagminnie w polityce. Scena polityczna obfituje w paradoksalne sytuacje domagania się publicznych przeprosin, chęci uzyskania satysfakcji na forum publicznym. Dochodzi do groteskowych wojen na słowa, a wystarczyłoby podać sobie rękę na zgodę i puścić w niepamięć nieprzyjemne sytuacje. Bo ten sposób postępowania stanowi i totę prawdziwego pojednania. W życiu publicznym dodatkowo potęgują te sytuacje również dziennikarze pozorujący rolę mediatorów, media ukazujące i wyolbrzymiające popełniane błędy. Umiejętnie budując napięcie wokół konfliktowych sytuacji potęgują nieporozumienie, zaogniając sytuację do tego stopnia, że o jakiejkolwiek zgodzie można już tylko pomarzyć. Do tego odpowiedni publiczność i ludzie bez słowa ‘przepraszam’ obracają się do siebie plecami.
Wzorce sceny politycznej przenikają niestety także do naszych rodzin, kiedy to życie nas nie rozpieszcza, dochodzi do wielu napięć, wiele problemów pozostaje nierozwiązanych. Tak więc pojawiają się sytuacje wymuszonych przeprosin. Te jednak akty przebaczenia pozwalają załagodzić zaistniałe nieporozumienia, podczas gdy w życiu politycznym przeprosiny się dewaluują. Jest to tyle przykre, że nie próbujemy budować jedności, a doszukujemy się często nieistniejących różnic.
Od paru lat wzmogła się fala żądania, wymuszania, odmawiania i wycofywania przeprosin na scenie politycznej, kiedy to każda ze stron sporu uważa się za tę dobrą, a w politycznej grze w przebaczenie przeciwnik jest wcieleniem zła. Dochodzi nie do wymiany rzeczowych argumentów ani uzyskaniu przewagi nad drugą stroną, a do odzierania się z godności. Dla nas można powiedzieć stało się to chlebem powszechnym, widzimy to codziennie w telewizji, gazety również rozpisują się o politycznych nieporozumieniach i żądaniach przeprosin.
Pamiętajmy jednak, że do naprawy nawet kompletnie zrujnowanych relacji przeprosiny nie zawsze są potrzebne, w miejsce słów wystarczy gest podania ręki na zgodę.

Licencja: Creative Commons