Jak bardzo jesteśmy na co dzień nieuważni odkrywamy, gdy w panice wracamy do domu, bo nie pamiętamy, czy wyłączyliśmy żelazko, w weekend “budzimy się” tuż przed firmowym parkingiem, gdy tymczasem mieliśmy pojechać do lasu… Zupełnie normalnym zjawiskiem jest to, że nie potrafimy znaleźć czegoś, co przed chwilą mieliśmy w dłoniach.

Data dodania: 2010-02-18

Wyświetleń: 3049

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 4

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

4 Ocena

Licencja: Creative Commons

Jak bardzo jesteśmy na co dzień nieuważni odkrywamy, gdy w panice wracamy do domu, bo nie pamiętamy, czy wyłączyliśmy żelazko, w weekend “budzimy się” tuż przed firmowym parkingiem, gdy tymczasem mieliśmy pojechać do lasu… Zupełnie normalnym zjawiskiem jest to, że nie potrafimy znaleźć czegoś, co przed chwilą mieliśmy w dłoniach.

Na którymś z amerykańskich uniwersytetów przeprowadzono eksperyment, w którym jakaś osoba pytała studentów o drogę, w trakcie rozmowy pomiędzy pytającym i studentem przechodzili ludzie niosący drzwi, w taki sposób, że przez chwilę nie było widać pytającego, i ten moment badacze wykorzystywali, by podmienić osobę, mężczyznę na kobietę i odwrotnie… prawie nikt nie zauważył… Jesteśmy nastawieni zadaniowo, w momencie, gdy skoncentrujemy się na jakiejś rzeczy do wykonania, cała reszta świata nam umyka. Ciekawe ile to rzeczy, osób, zdarzeń po prostu nie bierzemy w życiu pod uwagę? Z jednej strony na pewno nam to pomaga, bo mózg się broni przed nadmiernym napływem informacji, ale z drugiej strony powoduje to, że zazwyczaj pracujemy jak komputer w trybie awaryjnym: najprostszy program, pomijamy wiele danych, podejmujemy decyzje nie widząc obrazu całości.

Poniżej mały test na uważność: należy policzyć podania piłki pomiędzy zawodnikami ubranymi na biało, łatwo się pomylić, choć filmik trwa bardzo krótko:

test uważności

Zainteresowanym faktem jaka jest prawdziwa ilość podań informuję iż świadczy to o wybitnym nastawieniu zadaniowym i nie to było najważniejsze :)

W jaki sposób pomijanie istotnych szczegółów działa w naszym życiu, naszych relacjach, podejmowaniu decyzji? Jak może działać to, że tak istotnych elementów rzeczywistości po prostu nie dostrzegamy?

Można to nazwać pierwszym poziomem uważności – skierowanej na zewnątrz i dostrzegalnej naszymi zmysłami.

Co to znaczy być uważnym? Na pewno umieć odczytywać napływające do nas z otoczenia, od innych i z naszego ciała sygnały. Nawet jeśli zapomnimy gdzie położyliśmy klucze, to ponieważ to my to zrobiliśmy, wystarczy zapytać się siebie samego, bo nawet jeśli nasza “świadomość” tego nie zarejestrowała, to ta informacja gdzieś jest. Aktorzy nazywają to pamięcią ciała – wystarczy mu zaufać, wsłuchać się w siebie i zaprowadzi Cię do kluczy.

To, że w taki sposób funkcjonujemy świadczy też o wysokim poziomie stresu, bo to wtedy najczęściej przechodzimy na tryb automatyczny. Czasami budzimy się po jakimś czasie ze zdziwieniem rozglądając dookoła po krajobrazie zniszczeń, czasami dotyczą one “tylko” naszego zdrowia i wiecznie spiętego ciała, o które zapominamy zadbać, bo przecież ono ma nam służyć – ma Zadania do wykonania. Tylko, że ciało ma swoje prawa i postulaty, najpierw puka cichutko, ale jeśli nie chcemy go słuchać to zaczyna “walić do drzwi”. Najczęściej objawia się to chorobą – dobrze, jeśli to tylko “grypa”.

Również nasza podświadomość, nasze wewnętrzne pragnienia, dobijają się do nas w ten sposób, czasami również w postaci chorób, a czasami po prostu w snach.

To jest drugi poziom uważności – skierowany do wewnątrz – na poziomie fizycznym i mentalnym, umiejętność odczytywania sygnałów naszego ciała i umysłu. Sygnały wysyłane przez umysł to myśli i emocje z nimi związane. Są to sygnały, ale my często mylimy je z rzeczywistością.

Czasami nie zauważamy ich w ogóle, albo odpychamy od siebie jak wszystkie nieprzyjemne doznania. Co jednak się dzieje, gdy nie chcemy „widzieć, słyszeć, czuć” tego co się z nami dzieje?

Prosty przykład – ktoś w pracy powiedział nam coś niemiłego, bądź zachował się nie fair, poczuliśmy się zlekceważeni albo bezsilni. Co jednak dzieje się w nas? Czasami mówimy – to nieistotne, nie ma się czym przejmować. Nie myśl o tym, zapomnij, rób swoje. Brzmi to nawet logicznie. Potem wracamy do domu i wszyscy nas irytują, na pytanie domowników co się stało,odpowiadamy oczywiście, że nic… Siedzimy zmęczeni i podirytowni, jest to oczywiste dla wszystkich oprócz nas samych… I być może ten wieczór skończyłby się jak inne – po prostu zmęczeni położylibyśmy się spać… Ale nasz kot/pies/dziecko potrąca wazon i zbija go. Pewnie już wiecie co było dalej… miejmy nadzieję, że wszyscy przeżyli.

Oczywiście winny był kot – nikt nie ma wątpliwości.

Przyczyna, przebieg wydarzeń i iskra zapalna mogą być zupełnie inne, tylko skutki przeważnie są podobne, czyli opłakane.

Nie chodzi też o to oczywiście by te uczucia i wydarzenia bez końca rozpamiętywać. Wtedy również możemy doprowadzić się do opłakanego stanu, czyli „nakręcić się” wewnętrznie rozpamiętując wszystkie pdobne przeszłe wydarzenia, zastanawiając się „dlaczego wciąż się nam to przydarza”, dlaczego jesteśmy tacy „beznadziejni”, albo też inni tacy okropni. Tego typu rozpamiętywanie prowadzi często do ogromnego przygnębienia, a nawet depresji.

“Nie widzimy rzeczy takimi jakimi są, ale takimi jacy my jesteśmy”

A. de Mello

To co nam się przydarza i uczucia z tym związane dobrze jest zaakceptować i jak mówi Thich Nhat Hanh potraktować jak płaczące dziecko – nie odpychać, ale zauważyć, „przytulić i pogłaskać” – szybko przestaną wtedy „płakać”, czyli dręczyć nas wewnętrznie.

Licencja: Creative Commons