W publikacjach dotyczących sposobów motywowania w IT często spotykam się z całkowitym niezrozumieniem specyfiki ludzi zajmujących się szeroko rozumianą ¨informatyką i dziedzinami pokrewnymi¨, co skłoniło mnie do podzielenia się kilkoma przemyśleniami.

Data dodania: 2009-10-15

Wyświetleń: 2351

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Po pierwsze dla mnie, informatyka, jako motywator, najbardziej istotne są szkolenia - niekoniecznie jednak chciałbym pójść na szkolenie z moich bieżących zadań, bo walcząc na co dzień w serwerowni z określoną klasą problemów większość szkoleń sam mógłbym poprowadzić, ale chętnie poszedłbym na szkolenie z innych zagadnień, bądź technologii - to chyba logiczne!

Wiadomo, że nie zamierzam zajmować się wciąż jedną sprawą, aż do momentu, kiedy okażę się zbyteczny w organizacji (bo np. ¨moja¨ technologia odejdzie do lamusa) lub ja przejdę - co mniej prawdopodobne - do lamusa opss... na emeryturę.

Jako człowiek inteligenty już dziś planuję i tworzę scenariusze na kilka różnych, możliwych okazji. Zadaję sobie pytanie - czym chciałbym zajmować się w przyszłości? Co zrobię, jeśli przyjdzie mi zmienić zajęcie? Czy poradzę sobie z zupełnie nową technologią? I do tych sytuacji staram się dostosowywać swoją drogę. Poza tym, czego nikt, nawet najbardziej skostniały dział HR, nie może mi zabronić - jestem osobą ambitną, mierzę wysoko. Nawet jeśli trafię nieco niżej, to i tak powinno być nieźle.

Pomijam dywagacje różnych ¨fachowców od HR¨ na temat premiowania i wynagradzania - to oczywiste, że wszyscy pracujemy dla pieniędzy i nie ma o czym tu dyskutować.

Ważne jest jednak to, aby wreszcie ktoś zauważył, że informatycy (ale to dotyczy każdej technicznej branży) szkolą się chętnie w różnych dziedzinach, ale niekoniecznie ściśle związanych z codzienną pracą - na codziennej pracy zwykle już znają się na poziomie przynajmniej zaawansowanym. Jeśli ktoś siedzi w serwerowni i zajmuje się infrastrukturą krytyczną, to z chęcią pójdzie na szkolenie poszerzające jego wiedzę z technologii, które chciałby mieć w swojej serwerowni. Zresztą, ciężko od lekarza wymagać, aby do końca życia chciał leczyć jeden rodzaj wysypki na dłoniach - nawet jeśli nie zamierza wyjść poza krąg dermatologii, to z pewnością istnieje wiele ciekawszych przypadków.

Wniosek - działy HR nie potrafią słuchać i nie wychodzą na przeciw potrzebom kadr. Podstawową ideą zarządzania ludźmi, jak mi się wydaje, jest jednak umiejętność słuchania ze zrozumieniem. Ale w praktyce wygląda to, niestety, inaczej.

Kolejnym spostrzeżeniem jest także to, że informatycy to specyficzna grupa zawodowa. Praktycznie każdy, którego znam, to w jakimś sensie człowiek, który ma ¨swoje drogi¨ - powiedzmy to: informatycy nie są odludkami, są to często silne indywidualności, raczej wykształceni ludzie, osoby mające wyrobione zdanie na wiele spraw (nie tylko technicznych, bo informatyka, co jest w niej wspaniałe, przenika praktycznie wszelkie dziedziny ludzkiej aktywności), a więc i szerokie horyzonty... A to sprawia... Że nie każdy może z nimi wejść w dialog.

W środowisko informatyków trzeba się wkupić. Ta konieczność wkupienia się, to także wyzwanie dla lidera zespołu.

Nie wystarczy być osobą, która ma doświadczenie w kierowaniu np. grupą handlowców - z informatykami trzeba postępować całkowicie inaczej. Istnieją pewnie podobne, zamknięte grupy zawodowe... Nie mam aż takiej wiedzy, ale mogę wnioskować na podstawie literatury: czy będą to żołnierze? Górnicy? Rybacy? Marynarze? Prestidigitatorzy? Piloci? - jednym zdaniem: wszyscy Ci, którzy zdają sobie sprawę, że funkcjonują w bardzo hermetycznych środowiskach, a charakter ich pracy bywa wyjątkowo specyficzny?

Lider nie musi więc być guru, ale musi uzyskać szacunek grupy - na niskim poziomie będzie to więc człowiek, któremu nie grozi strzał w plecy, ani granat w plecak, zawalenie się ziemi, ani ¨przypadkowe¨ wypadnięcie za burtę...

To trochę, jak w innym, mniej chlubnym środowisku, umiejętność stanięcia na czele grupy poprzez pozyskanie szacunku innych - mam na myśli społeczność więzienną. Ale żeby nie budzić złych skojarzeń, odwołam się do biologii - to nic innego jak relacja funkcjonująca w stadzie wilków pomiędzy samcem ¨alfa¨, a resztą stada.

Mechanizm ten działa więc tutaj na poziomie bardzo niskim, wręcz atawistycznym. Nie ma w nim jednak nic złego. Zwyczajnie - ¨z informatykami nie ma miękkiej gry¨.

Nie należy iść jednak na myślowe skróty i od razu uderzać w stereotyp zamkniętego w sobie, mającego trudności z nawiązywaniem kontaktu informatyka. Człowiek zamknięty w sobie, mający problemy w nawiązywaniu kontaktu, to tylko człowiek posiadający społeczne zaburzenia, ale niekoniecznie informatyk.

Jeżeli uczciwie zastanowić się nad postawą informatyków, to należy przyznać, że prowadzą oni bardzo bogate, chociaż niejeden raz dość utajone, życie społeczne.

Problem w nawiązywaniu kontaktów często jest niestety wynikiem tego, że w rozmowie informatycy są nadzwyczaj ściśli - dla nas ¨i¨ i ¨lub¨ stanowi o całkiem innym znaczeniu twierdzenia. Dla większości ludzi są to synonimy... Dlatego informatycy często szukają osób o konkretnym profilu - nie potrafią rozmawiać z kimś, kto jest całkowicie poza światem logicznego wnioskowania. Nie świadczy to jednak o ich zamknięciu w sobie i aspołecznej postawie. Dla informatyka sformułowanie ¨dla uproszczenia przyjmijmy, że ...¨ jest niedopuszczalne. Nie ma mowy o drastycznych uproszczeniach, choć jak najbardziej wskazane jest upraszczanie i optymalizacja. Istnieje kolosalna różnica między ¨uproszczeniem¨ a ¨upraszczaniem¨ - pierwsze podejście oznacza ominięcie problemu, drugie stanowi metodę redukcji złożoności z myślą o znalezieniu najbardziej optymalnej drogi prowadzącej do rozwiązania problemu.

Myślę, że ten artykuł naszym Szefom mógłby wiele podpowiedzieć, ale boję się, że skupiliby się wyłącznie na wybranych, wyrwanych z kontekstu zdaniach :)

Mam jednak nadzieję, że się mylę...

Redakcja DCSerwis

Licencja: Creative Commons