W idealnym socjalizmie, do którego nieuchronnie zmierzamy, tylko państwo ma monopol na pomaganie swoim obywatelom. Pod pretekstem niesienia pomocy potrzebującym naciąga strunę podatkową do granic fizycznej wytrzymałości.

Data dodania: 2009-09-19

Wyświetleń: 1561

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena
Pobierz artykul

Licencja: Creative Commons

Frank Chodorow w książce "O szkodliwości podatku dochodowego" napisał: "wszyscy socjaliści poczynając od Marksa byli orędownikami podatku dochodowego, uważając, że im będzie on większy tym lepiej." Dziś to pragnienie socjalistów spełnia się w stopniu niewyobrażalnym jeszcze w roku 1990, kiedy to w naszym kraju uruchomiono machinę ciągłego podnoszenia podatków. Wspomnieć w tym miejscu warto, że podatki dzieli się na jawne i ukryte, czyli takie, które płacimy, ale nie zdajemy sobie z nich sprawy.

Podnoszenie podatków nie polega więc tylko na zwiększaniu procentu zabieranego nam z wypłaty, ale także, a może przede wszystkim, na opodatkowywaniu wszystkiego, co możliwe. Fiskusowi nie wystarcza zabranie nam części wypłaty. Najwidoczniej jest zdania, że i tak za dużo nam zostaje w portfelach, gdyż ciągle stać nas na szczodrość. Trzeba więc skończyć z chrześcijańskim modelem dobroci, a przede wszystkim z bezinteresownym pomaganiem innym. Jak tego dokonać? Karząc ludzi za taką postawę, czyli nakładając podatek na szczodrość, dobroć, a nawet zdrowy rozsądek.

Rolnik nie zje padniętej krowy, ale psy zrobią to z wielkim zaangażowaniem. Wszyscy wiemy, że nasze schroniska dla psów nie mają lekko. Mądry rolnik postanowił zamienić swoją stratę w cudzy zysk i podarował martwe zwierzę schronisku. Taka bezinteresowność nie uszła uwadze Urzędu Skarbowego, który ochoczo pospieszył z ukaraniem, przepraszam z opodatkowaniem darowizny. Co zrobi mądry piekarz z chlebem, którego nie sprzeda? Rozda go biednym. A co zrobi fiskus? Ukaże go za jego bezinteresowną dobroć nakazując zapłacenie podatku.

"Rzeczpospolita" w artykule Haracz od życzliwości napisała o interpretacji katowickiej Izby Skarbowej, z której wynika, że osoba korzystająca z darmowej pomocy wzbogaca się i musi z tego powodu zapłacić podatek. "Katowicka interpretacja przepisów jest niebezpieczna, bo stawia państwo w roli instytucji żarłocznej, bezmyślnej, wręcz orwellowskiej. Pozwala opodatkować praktycznie każde zachowanie, każdy przejaw ludzkiej aktywności." Tomasz Pietryga, autor tego artykułu, chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że właśnie o to chodzi: żeby opodatkować wszystko, co się da i jeszcze trochę więcej. Nie ma w tym winy samych urzędników. Taki jest system, w którym żyjemy. Większą odpowiedzialność ponosi rząd obecnie sprawujący władzę niż urzędnik, który wypełnia polecenia przełożonych.

Opisany problem dotyczy banków czasu, czyli oddolnie organizowanej pomocy wzajemnej. Nikt z tego tytułu nie pobiera wynagrodzenia, a jednak fiskus żąda zapłaty podatku. Jeśli ktoś przez kilka godzin pilnował dzieci sąsiadom, to oni odnieśli korzyść i powinni zapłacić podatek. Ale logika podsuwa kolejne przykłady. Skoro para, oczywiście niespokrewniona, przez kilka godzin w tygodniu dogadza sobie seksualnie, to kto płaci podatek? Czy opodatkować należy oboje kochanków, czy tylko jedno? A co z parami żyjącymi w konkubinacie? Mogą wiele lat, a nawet całe życie spędzić pomagając sobie nawzajem. Łatwo się domyśleć, że w tym przypadku powstaje poważne zadłużenie wobec fiskusa, skarb państwa jest okradany na olbrzymie sumy. Czyżbyśmy odkryli prawdziwy powód deficytu państwa, a kto wie może i światowego kryzysu? Podobny problem może dotyczyć wymiany przedmiotów lub drobnych usług bez korzystania z pieniędzy. Jeśli wymienimy się książkami, to doszło do wzbogacenia i obowiązku podatkowego, czy nie?

W idealnym socjalizmie, do którego nieuchronnie zmierzamy, tylko państwo ma monopol na pomaganie swoim obywatelom. Pod pretekstem niesienia pomocy potrzebującym państwo naciąga strunę podatkową do granic fizycznej wytrzymałości. Faktycznie jednak niewielka część zabieranych nam pieniędzy trafia do potrzebujących. Co się dzieje z pozostałymi miliardami?

Wspomniany na wstępie Frank Chodorow udowodnił już w latach 50 ubiegłego stulecia, że podatki nie tylko nie zatrzymują poziomu ubóstwa, lecz go zwiększają. Jest to jednak korzystne dla rządu, gdyż im większy poziom ubóstwa, tym bardziej obywatele zdają się na jego łaskę. Niestety, takie uzależnienie prowadzi do niejawnego niewolnictwa. "Wolność to brak więzów. Rząd nie może dawać wolności, może ją tylko odbierać. Im więcej władzy ma rząd, tym mniejszą wolnością cieszą się obywatele" ("O szkodliwości podatku dochodowego" - Wydawnictwo Fijor).

Dziś rządy uważają obywateli za swoją własność, a dokładnie za swoją siłę roboczą. Mamy dostarczać kolejnym rządom finansowego wsparcia, by oni mogli troszczyć się o nas. To rząd decyduje, kiedy nasze dzieci pójdą do szkoły, czego będą tam nauczane, jakie będą miały poglądy, a w ostateczności może nam prawo do dzieci odebrać. To rząd decyduje, jaki poziom leczenia nam się należy i czy w ogóle mamy prawo do leczenia w określony sposób. Już niedługo rząd podejmie za nas decyzję o przymusowych szczepieniach przeciw grypie.

Coraz częściej słyszymy słowo przymus: przymusowe ubezpieczenia, przymusowa edukacja, przymusowe składki zdrowotne, przymusowe składki emerytalne, przymusowe podatki itp. Już dawno nikt nas nie traktuje jak ludzi rozumnych. Władza uważa, że lepiej wie, jak mamy żyć, dlatego sama decyduje o tym, co mamy robić lub czego mamy nie robić. Skoro straciliśmy prawo do decydowania o najważniejszych sprawach w swoim życiu, to nic dziwnego, że władza oczekuje od nas produktywnego działania i za wszystko chce nas rozliczać. Jeśli marnujemy czas na pomaganie innym nie oczekując niczego w zamian, to jest to nasza decyzja. Jednak nasz "pan i władca" nie ma zamiaru rezygnować ze swojego prawa do wynagrodzenia za wynajęcie "niewolnika". Była usługa i musi być wynagrodzenie.

Nie tylko my należymy do rządu. Nasze domy, samochody i nasze pieniądze są cały czas jego własnością, ale to już opowieść na inny artykuł.

 

Licencja: Creative Commons