Tytuł tego tekstu jest nieco podchwytliwy, bo tak naprawdę moim celem nie jest dywagacja na temat możliwości czy wyższości przyjaźni nad innymi relacjami damsko-męskimi. Choć w rzeczy samej dygresyjnie będę o to zahaczać. W tekście chcę sie podielić refleksjami nad jedną z książek Cecelii Ahern, młodziutkiej, jednak niesamowicie utalentowanej irlandzkiej pisarki.

Data dodania: 2009-03-14

Wyświetleń: 2708

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 4

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

4 Ocena

Licencja: Creative Commons

Ostatnimi czasy zupełnie intuicyjnie trafiam na literackie pozycje, które są przenoszone na ekran. I powiem szczerze, że odrobinę mnie to irytuje, nie że na nie trafiam, tylko, że literatura staje się znana dopiero poprzez ekranizację. Bo ilu z nas sięgnęłoby po książkę Vikasa Swarupa „Kto wygra miliard”, jeśli na jej podstawie nie nakręcono by filmu, który nota bene dostał osiem Oskarów w najważniejszych kategoriach filmowych. Tylko, że kolejne wydanie książki już nie nosi oryginalnego tytułu, tylko tytuł zgodny z nazwą filmu, czyli „Slumdog. Milioner z ulicy”. Podobnie rzecz się ma z adaptacją książki młodziutkiej Irlandki pt: „PS. Kocham Cię”. Niestety w moim subiektywnym odczuciu w obu przypadkach adaptacja filmowa pozostaje daleko za literaturą pisaną.
Po książkę Cecelii Ahern „PS. Kocham Cię” sięgnęłam zaintrygowana młodziutkim wiekiem autorki. Ciekawiło mnie co tak młoda, niedoświadczona wiekowo osoba może przekazywać w swoich książkach. A że lubię płynąć pod prąd (podobno z prądem płyną tylko zdechłe ryby:-)) to po przeczytaniu pierwszej, sięgnęłam po kolejną – zupełnie nieznaną książkę tejże autorki. I jestem zdania, że wykonano adaptację filmową niewłaściwej powieści Cecelii, a na pewno powinni sfilmować jej kolejną książkę, skoro już ten błąd popełniono. Jestem urzeczona powieścią Ahern napisaną w tym samym roku (2004) co „PS. Kocham Cię”. Autorka miała wtedy jedynie 23 lata, a dojrzałość i majstersztyk jaki bije z tej książki robi wrażenie. Chylę czoła. Nie będę już dłużej trzymała w niepewności.
Powieścią numer jeden, oczywiście w moim odczuciu, jest książka zatytułowana When rainbows end, („Na końcu tęczy”) w rewelacyjnym tłumaczeniu Joanny Grabarek. I tu dopiero zaczyna się prawdziwy wątek mający coś wspólnego z tytułem. Pokrótce książka traktuje o życiu dwojga przyjaciół Rosie i Alexa, którzy od dziecka spędzali wspólnie czas budując swoją najpierw dziecięcą, potem młodzieńczą, a wreszcie dojrzałą przyjaźń. I sam wątek może okazać się zwykły, banalny. Jednak sposób w jaki ta historia została opowiedziana, prawdy w niej zawarte, stereotypowe zachowania ludzi w niej pokazane, opisane emocje, uczucia dają niesamowite odzwierciedlenie prawdy dotyczącej przyjaźni miedzy kobietą a mężczyzną, a nawet szerzej zachowań kobiety i mężczyzny w różnych sytuacjach. Nie będę opowiadać książki, by nie psuć radości czytania tym, którzy po nią sięgną. O ile nie będą mieli problemu z dotarciem do niej.
Okazuje się bowiem, że to nie taka prosta rzecz zdobyć książkę, której nakład został wyczerpany. Powieść zafascynowała mnie do tego stopnia, że po przeczytaniu egzemplarza bibliotecznego stwierdziłam, że jest to pozycja, którą chciałabym mieć w swojej biblioteczce, by móc do niej wracać. Sprawa okazała się skomplikowana, gdyż w żadnej księgarni czy to realnej, czy internetowej nie mogłam jej dostać. Napisałam do wydawnictwa, że może zawieruszył im się jakiś jeden egzemplarz. W odpowiedzi dostałam informację, że nakład się wyczerpał i nie będzie wznowiony, ale w bieżącym roku wydana zostanie polska wersja innej powieści te autorki i zapraszają do zakupu. Jednak wiara i upór czynią cuda, i stałam się szczęśliwą właścicielką powieści Cecelii Ahern „Na końcu tęczy”, której przeczytanie niniejszym polecam, bo niewątpliwie da odpowiedź na pytanie zadane w tytule, przynajmniej hipotetycznie :-).
Licencja: Creative Commons
4 Ocena