0
głosów
- +

Jak ukraść, by nie być złodziejem

Autor:

Aktualizacja: 13.02.2013


Kategoria: Ludzie i Społeczeństwo / Świadome Społeczeństwo


Artykuł
  • 0 głosów dodatnich
  • 0 głosów ujemnych
  • 1121 razy czytane
  • 0 przedrukowany
  • 0 Polemik/Poparć <span class="normal">Odpowiadanie na artykuł</span>
  • Licencja: CC <span class="normal">Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie dzieła i wszelkich jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o tw&oacute;rcy.</span>
Dostęp bezpłatny <span class="normal">Dostęp do treści jest bezpłatny.<br/> Inne pola eksploatacji mogą być zastrzeżone sprawdź <b>licencję</b>, żeby dowiedzieć się więcej</span>
 

Wszystko powinno być za darmo, książki, teatr i płyty – śpiewa w utworze ''I can't get no gratisfaction'', promującym nową płytę Strachów Na Lachy, wokalista i lider Krzysztof ''Grabaż'' Grabowski, diagnozując tym samym świadomość pojęcia ''własność intelektualna'' we współczesnym społeczeństwie.


Ironiczny wydźwięk słów Grabaża ukazuje rzeczywisty pustostan terminu robiącego dzisiaj zawrotną karierę i powtarzanego niczym mantrę przez pokolenie młodych ludzi. Powtarzanego, jak się okazuje, bez żadnego namysłu i zrozumienia. Własność intelektualna – brzmi wzniośle, brzmi dumnie. W języku prawniczym używamy tego terminu na określenie ogółu wytworów ludzkiego umysłu, objętych ochroną prawną. I wszystko byłoby pięknie, gdy nie fakt, że całą tę ochronę wielce sobie poważamy.

Muzyka, filmy, oprogramowanie, książki, kursy językowe, gry komputerowe – to wszystko jest dzisiaj na wyciągnięcie ręki. Możemy wyciągnąć rekę po towar na sklepowej półce albo, posługując się wirtualną wizualizacją tak przydatnej na co dzień części ciała, za pomocą kursora objąć w posiadanie interesujący nas produkt w postaci zdematerializowanej. W obu przypadkach mamy dwie możliwości: zapłacić albo ukraść. Z tą jednak różnicą, że kradzież fizycznego dobra wymaga nie lada wysiłku, sprytu i odwagi, podczas gdy wirtualnym złodziejem może stać się bez większego trudu każdy z nas. I to najczęściej bez żadnych konsekwencji. Ha, czyż nie tutaj leży fenomen internetowej rzeczywistości? Skoro rudawy chudzielec o aparycji niewiniątka i cerze niemowlaka może stać się w jednej chwili potężnym szefem zorganizowanej grupy przestępczej, trudniącej się organizowanymi na masową skalę przestępstwami na szkodę największych celebrytów i możnych tego świata, to czyż wirtualna sieć nie jest w stanie stwarzać cudów? Jeśli nie wychodząc z domu, jestem dzisiaj w stanie okraść Billa Gatesa, Rihannę, Metallicę czy nawet nieżyjącego już Steve'a Jobsa, to czyż świat nie stoi przede mną otworem?

Zaraz, zaraz – zakrzykną zwolennicy wolności absolutnej w internecie – o jakiej kradzieży my tutaj w ogóle mówimy?! Przecież zgodnie z literą prawa nie robimy nic złego. Uhuhu, poważne argumenty. Gruchnęli niczym z armaty. I cóż... jeśli chodzi o obecną regulację prawną, to w istocie większość działań polegających na ściąganiu materiałów z sieci nie pozostaje w sprzeczności z obowiązującymi przepisami. Zgodnie bowiem z art. 23 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. Prawo autorskie bez zezwolenia twórcy wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. Nie wdając się w szczegółówą analizę brzmienia przytoczonego przepisu, można w skrócie powiedzieć, że dopóki wyłącznie korzystam ze ściągniętych materiałów, nie rozpowszechniając ich – moje zachowanie pozostaje prawnie dopuszczalnym. Regulacja ta wprowadzona została, by zapobiec absurdalnym sytuacjom, w których twórca mógłby się sprzeciwiać jakiemukolwiek użytkowi swojego dzieła, ale w efekcie stała się furtką dla wszystkich tych, którzy szukają dla swoich nieetycznych zachowań prawnego uzasadnienia (a przypomnijmy, że w ten sam sposób władzę sprawował Adolf Hitler, wykorzystując zafascynowanych jego osobą prawników do tworzenia nadbuwy prawnej prowadzonej przez niego działalności). Takie, a nie inne brzmienie przepisu sprawia, że jeśli tylko znajdę w internecie interesujące mnie pliki, mogę je bezkarnie ściągać i z nich korzystać, niezależnie od tego, czy zostały one udostępnione zgodnie z prawem, czy też wbrew temu prawu. A więc świat jest piękny, kultura wszechdostępna i bezpłatna, ściągać, żyć i nie umierać.

By nie ulec zwodniczej argumentacji znacznej części społeczeństwa, spieszę donieść, że kradzież w internecie jednak istnieje. Ba, ma się świetnie! Jakkolwiek nie nazywalibyśmy działania większości internautów, to nie da się ukryć, że wykazuje ono wszystkie znamiona zjawiska, jakie przyjęło nazywać się kradzieżą. Wszystkim zwolennikom dozwolonego użytku w sieci proponuję wybrać się do sklepu i bez płacenia próbować wynieść poza jego teren płytę CD czy film DVD. Ochroniarzowi zalecam przytoczenie treści art. 23 prawa autorskiego – sami sprawdźcie, w jaki sposób zareaguje. I teraz proszę mi wytłumaczyć, czym różni się takie działanie od ściągnięcia płyty czy filmu z Chomika. Niczym – tyle tylko, że na swojej drodze nie napotykamy umięśnionego ochroniarza. Tutaj właśnie kuleje polskie prawo – nie zapewnia twórcom należytej ochrony. A wystarczy spojrzeć choćby na ustawodawstwa zachodniej Europy, by przekonać się, że przepisy autorskoprawne w Niemczech, Szwecji i Włoszech wykluczają dozwolony użytek prywatny, jeżeli dalsza eksploatacja utworu powstała na bazie pierwotnie naruszającej prawo autorskie kopii źródłowej. A zatem pobieranie sobie plików mp3 z sieci będzie legalne tylko wtedy, gdy zapłacimy za nie podmiotowi, mającemu prawo do rozpowszechniania określonych utworów za odpłatnością, bądź też po prostu posiadamy w domu oryginalny egzemplarz danego albumu. Proste? Banalnie proste. Pewnych trudności może nastręczać egzekwowanie przestrzegania takich przepisów, ale to już inny problem – skupiamy się dziś wyłącznie na podstawowych założeniach ideologicznych.

Wiele emocji wzbudziła swojego czasu sprawa ACTA. Zgoda, nadmierna regulacja internetu może w pewien sposób ograniczać naszą wolność w określonych aspektach korzystania z sieci. Ale jeśli tę wolność pojmujemy przede wszystkim jako prawo do dowolnego korzystania z cudzej własności intelektualnej, to jestem jak najbardziej za jej ograniczeniem. Z resztą żadna wolność nie jest wolnością absolutną – każda ma swoje granice. I taką podstawową granicą jest szkodzenie innym. Poprzez realizację swoich praw i wolności nie możemy jednocześnie wkraczać w zakres praw i wolności innych. Korzystamy ze swej wolności tak długo, dopóki swoim działaniem nie ingerujemy w zakres wolności drugiej osoby. Reguła ta, będąca przedmiotem zainteresowania filozofów na przestrzenii wieków, znajduje dzisiaj swój wyraz w licznych przepisach prawa – mówimy o granicach własności, wolności słowa, wykonywania swojego prawa. W Kodeksie cywilnym znajdziemy konstrukcję nadużycia prawa podmiotowego. W art. 5 wskazanego aktu prawnego czytamy, że nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego; takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony. Obserwacja współczesnego społeczeństwa pozwala stwierdzić, że zachłysnęliśmy się całą tą naszą wolnością, przyjmując wobec świata postawę skrajnie roszczeniową. Jesteśmy wolni, więc możemy rościć sobie prawa do wszystkiego. Również do bezpłatnej kultury.

Brak poszanowania dla cudzej własności intelektualnej wśród młodych ludzi jest o tyle zadziwiający, że przecież większość z nich przyszłą pozycję materialną wiąże ze swoją wiedzą i umiejętnościami. Kształcenie wyższe stało się już dzisiaj standardem, a przecież jego podstawowym celem jest nabywanie określonych kompetencji. Jeśli chcemy godziwie zarabiać w oparciu o naszą intelektualną własność, to dlaczego nie respektujemy tej samej własności innych? Wszelaka twórczość nie powstaje w próżni, odwrotnie – jest nierozerwalnie związana z aktywnościa ludzką. Proces twórczy to kreatywne wykorzystywanie swoich zdolności i umiejętności. Roszcząc sobie prawo do bezpłatnego dostępu do tworów kultury, uznajemy jednocześnie zasadność roszczenia naszego pracodawcy o świadczenie przez nas pracy nieodpłatnie. Czyż aktywność artysty i murarza nie sprowadza się w istocie do tego samego? Więc dlaczego murarz ma prawo do wynagrodzenia, a artysta powinien dzielić się swoją twórczością za darmo? Bezpłatna kultura to zjawisko nieznajdujące żadnego uzasadnienia i stanowiące przykład bezmyślnego roszczeniowego postrzegania świata.

Więc ściągajmy, kradnijmy i szukajmy wytłumaczeń dla naszego działania. Tylko bądźmy świadomi, że w ramach swojej wolności sami kopiemy pod sobą dołek. A że kiedyś do niego wpadniemy, to nieuniknione. Stare porzekadła nigdy nie kłamią.


Podobał Ci się artykuł?
0
głosów
- +

Brak polemik/poparć



Podobne artykuły:


KOMENTARZE


Używając tej strony zgadzasz się na wykorzystywanie plików Cookie.
Dowiedz się więcej.

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Z dniem 25.05.2018 wprowadziliśmy też w życie rozporządzenia dotyczące ochrony danych osobowych. Więcej informacji w naszej Polityce Prywatności i Regulaminie.

Zamknij