Po co nam zmiany i czym w ogóle one są? Świadoma zmiana ma na celu ulepszenie naszego życia w taki czy inny sposób, łącząc to z rozwojemy mentalnym i duchowym, czasem również materialnym. Prawdziwa zmiana otwiera nowe drzwi naszej świadomości, pokazuje nam rzeczywistość w zupełnie innych barwach niż dotychczas widzieliśmy.

Data dodania: 2012-12-18

Wyświetleń: 1264

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

W dzisiejszym czasach wprowadzanie zmian przybrało postać nieco niepokojącą. Wiekszość z nich to tylko reakcje na zmieniającą się rzeczywistość. Ludzie zazwyczaj wprowadzają w życie nowe rzeczy, aby iść z duchem czasu i nie pozostawać w tyle za innymi. Jednak moim zdaniem prawdziwa zmiana to nie ta, dzięki której tylko „dorównujemy” większości. Dostosowując sie do wszechobecnej doraźności i powierzchowności, można zyskać jedynie materialnie, lecz w gruncie rzeczy stracić o wiele więcej. Przyjmując model rozwoju, którego nikt z nas sam sobie nie wybierał, model narzucony przez „logikę zysku”, która bez reszty zdominowała wszelkie ludzkie poczynania, można jedynie wzmocnić i dowartościować swoje EGO. Prawdziwa zmiana zachodzi na poziomie świadomości i jest wynikiem kreacji – nie reakcji. Z kolei kreatywność rodzi się zazwyczaj z niewiedzy, bałaganu i wszechogarniającego chaosu – nie z dostosowywania sie do reguł i płytkich standardów.

Bałam sie radykalnej świadomej zmiany
Zawsze cieszyłam się dobrym zdrowiem, bo prowadziłam zdrowy tryb życia – sama przygotowywałam sobie posiłki, uprawiałam różne sporty, nigdy nie paliłam ani nie nadużywałam alkoholu. Miałam mnóstwo przyjaciół, z którymi spotykałam się regularnie. Życie było piękne... dopóki...
Pewnego dnia obudziłam się z ostrą biegunką, a wkrótce potem zdiagnozowano u mnie autoimmunologiczną chorobę jelit, którą powszechnie uważa sie za nieuleczalną – w każdym razie medycyna zachodnia nie wynalazła na to leku. Byłam nie tyle załamana, co wściekła na... – no właśnie,... nie bardzo wiem, na co. Jednocześnie nie chcialam zaakceptować faktu, że już do końca życia będę musiała brać leki – co jest powszechnie przyjętą praktyką i zwykłą procedurą stosowaną w takich przypadkach, a  która ma fatalne skutki uboczne.
Byłam w kompletnym dole fizycznym i psychicznym, a przez głowę przechodziły mi różne myśli, w tym pytanie: „Dlaczego ja?”. Jednak pomyślałam, że gdyby przyszedł do mnie anioł i zaproponował, że zabierze ode mnie tę chorobę pod warunkiem, że to ja wskażę osobę, której tę chorobę przekazać, to kogo niby miałabym wskazać... kogo unieszczęśliwić... NIKOGO! Takich pytań się nie stawia, to nie fair!
Środowisko medyczne uważa, że jest to dolegliwość, z którą należy nauczyć się żyć. Jednak obecnie jestem przekonana, że jest to stan, który zmusza nas do radykalnych świadomych zmian życiowych. Jakich? – wkrótce miałam się o tym przekonać. Kiedy mój mózg z tunelami wydrążonymi przez bezsensowne pytania i myśli przestał już normalnie funkcjonować, a ja nie byłam w stanie wykrzesać ani jednej logicznej myśli, nie pozostało mi nic innego, jak tylko zaakceptować stan, w jakim się znalazłam. Nie pogodziłam się jednak z „wyrokiem” o nieuleczalności.  Miałam dwa wyjścia – mogłam dostosować się do powszechnie przyjętej procedury przyjmowania leków, które jednak nigdy nie doprowdzą mnie do 100% wyleczenia. Druga opcja to wprowadzenie radykalnych i TRWAŁYCH zmian w diecie i ogólnym stylu życia, co dawało mi cień szansy na całkowite wyeliminowanie wszystkich symptomów.
Po długich walkach i negocjacjach z samą sobą, postanowiłam spróbować coś zmienić! I tu pojawił się kolejny problem: co i jak miałam zmieniać w życiu czy odżywianiu, w którym właściwie nie łamałam żadnych reguł? Jak dowiedziałam się później – nigdy tak do końca nie rozumiałam tych reguł... lub nie zadałam sobie trudu, żeby je poznać i zrozumieć.
Po amatorskim zebraniu i analizie informacji o moim schorzeniu, zdecydowałam się na wprowadzenie bardzo restrykcyjnej diety SCD. Polega ona na zupełnym odrzuceniu cukru, mąki, węglowodanów, skrobi i wszystkich przetworzonych produktów. Przez pierwsze kilka dni jemy tylko cztery produkty, a co kilka dni dodaje się następny – w ten sposób sprawdzamy, jak organizm reaguje na poszczególne składniki diety.
Kiedy myślałam nad tym, co idzie za tymi zmianami, czułam, że usuwa mi się grunt pod nogami. Mimo że dieta ta i inne modyfikacje życiowe dają mi jedyną szansę na normalne życie bez leków, uwolnienie się od choroby i jej przykrych dolegliwości, to ja miałam przed oczami tylko to, co mogę stracić, tj. wszystkich moich przyjaciół, z którymi przestanę się spotykać, a stopniowo przestanę też korzystać ze wszystkich rozrywek i sportów,  które sprawiały mi tyle radości... Jednym słowem, zaprojektowałam sobie w umyśle, że zmiana tego, co jem, i kilka modyfikacji moich nawyków zniszczy całe moje dotychczasowe życie.


Zmiana diety nie była taka straszna w porównaniu do...
Szybko przekonałam się, że każdej zmianie – nawet tej najmniejszej - towarzyszy odkrywanie nowej rzeczywistości, o której mamy często mylne wyobrażenie. Okazało się, że wprowadzenie wszystkich zmian nie było takie trudne. Co więcej, wszystkie te czarne scenariusze, które kreśliłam na początku, nigdy się nie ziściły. Tak naprawdę, stało się zupełnie odwrotnie. Jedzenie, które zaczęłam serwować sobie i innym, chociaż bardzo proste, ale przygotowane starannie i z sercem - jest niebem dla zdrowia i podniebienia... Zamiast tracenia przyjaciół i okazji do dobrej zabawy, okazało sie, że jest więcej ludzi wokół mnie i wiele więcej okazji do spotykania się z nimi. Nagle okazało się, że wielu moich przyjaciół czy kolegów z pracy walczy z podobnymi dolegliwościami. Nie miałam nawet pojęcia, jak rozległy to jest problem w USA i Europie...
Jak widać, sama dieta nie była taka straszna. Wydarzyło się jednak coś, z czego zupełnie nie zdawałam sobie sprawy ani nie byłam na to przygotowana. Poprzez świadomy wybór nie tylko tego, co i jak jem, ale też - co myślę i jak oddycham, stałam się w pełni odpowiedzialna za siebie i swoje zdrowie. Innymi słowy, w ciągu kilku tygodni awansowałam z pozycji „woźnego” na stanowisko „dyrektora generalnego” mojego zdrowia – i to bez żadnego uprzedniego przygotowania.
Teraz codziennie podejmuję wielokrotne decyzje dotyczące mojego zdrowia i dobrego samopoczucia. Mam też do zdradzenia pewien sekret w kwestii pełnienia mojej nowej wysokiej funkcji: dyrektor generalny nie zawsze ma rację...

Większość decyzji to błędne decyzje
Na początku..., ale one także prowadzą do sukcesu. Czytaj dalej, a za chwilę to wyjaśnię.
Nikt nie dostaje się na szczyt przez to, że ma rację częściej od innych. Tacy ludzie stają się menedżerami czy zarządzającymi poprzez podejmowanie większej ilości decyzji i wprowadzanie zmian wokół siebie. Wśród tych wysoko postawionych ludzi, o których czytałam lub których znam - każdy ponosi mniej więcej taką samą ilość porażek w procesie decyzyjnym.
Według statystyk, średnio w ciągu roku menedżer podejmuje około 100 kluczowych decyzji, kiedy woźny - tylko 3. Obie osoby mają na swoim koncie 33% sukcesów. Podsumowując, sprawnie zarządzający menedżer wprowadził 33 pomyślne zmiany i dostał 67 ważnych lekcji życiowych, próbując wprowadzić zmiany nieudane. Natomiast woźny będzie wciąż przerażony, ponieważ aż 2 razy mu sie nie udało – przy takim wyniku jeden sukces jest niezauważalny. Z kolei dobry menedżer widzi trend, który wzmocniony jest przez lekcje, w których poniósł porażkę. Ktoś taki wie, że aby osiągnąć sukces, trzeba też umieć przegrywać.

Od „nieuleczalnej choroby” do pełnego wyzdrowienia
Kiedy zaakceptowałam pełną odpowiedzialność za wyniki mojego zdrowia i samopoczucia, liczba porażek na moim koncie wzrosła, ale wprost proporcjonalnie wzrosła też liczba sukcesów.

Fakt, spędziłam wiele godzin, przekopując Internet wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu „cudownych remediów” i bezcennych porad. Zahaczyłam nawet o spiralę śmierci nakręconą przez fanatyków, którym najlepiej wychodzi straszenie opinii publicznej wszelkiej maści truciznami, „białą śmiercią” czy „niewidzialnym zabójcą”, ukrytymi w takim czy innym produkcie spożywczym.  Fakt, byłam w okropnym stanie psychicznym – próbując wszystkiego, czułam się wiele razy oszukana, przegrana, upokorzona i rozłożona na obie łopatki..., kiedy zaczęłam dostrzegać trend... – trend zdrowia i dobrego balansu, który powoli zaczął dominować nad tym niedobrym.

Dzisiaj jestem o wiele mądrzejszym „dyrektorem generalnym” – już nie tylko zdrowia, ale również innych aspektów mojego życia. A to dlatego, że między innymi zmieniłam opinię na temat strachu. Nie jest już on paralizującym odczuciem, który zamyka przede mną wszystkie drogi. Teraz, kiedy czuję, jak narastają we mnie tego typu emocje – mimo że nie lubię tego uczucia, wiem, że to wspaniała wskazówka. Wiem, że muszę o to zbadać i odkryć nową rzeczywistość, która jest, a której ja nie umiem dostrzec. Zdałam sobie sprawę, że problemy i trudności nie pojawiają się na naszej drodze po to, żeby nam uprzykrzyć życie, ale są furtką do innego stanu świadomości..., jeśli tylko zadamy sobie trud, aby znaleźć klucz, który ją otworzy.
Kiedy raz przez to przejdziesz, poźniej jest już tylko łatwiej – wzrasta zaufanie i pewność siebie, a życie wygląda zupełnie inaczej niż dotychczas. Pamietajmy:

STRACH to wskazówka pokazująca WŁAŚCIWĄ DROGĘ.


P.S. W celu uzupełnienia...
Moja „nieuleczalna choroba” zniknęła zupełnie po czterech miesiącach, licząc od dnia, kiedy świadomie zaczęłam wprowadzać zmiany, na które złożyły się:
•    dieta wprowadzana krok po kroku metodą prób i błędów – nadal uczę się „tajemnego języka” swojego organizmu poprzez modyfikacje nawyków żywieniowych. Nigdy jednak nie wierzę w to, co gdzieś przeczytam czy usłyszę – zawsze sprawdzam na sobie;
•    medytacje, kontrolowanie własnych myśli i wizualizacje – staram się medytować i kontrolować myśli nieustannie, szczególnie te negatywne -  w domu, pracy i przy innych okazjach – chociaż idzie mi coraz lepiej, wciąż mam pod górkę...
•    kontrola oddechu  - staram się oddychać przeponą i być tego świadoma cały czas – robię to przez ponad 50% czasu, a chciałabym więcej...
•    regularne ćwiczenia na kręgosłup i brzuch – 5 Rytuałów Tybetańskich – wykonuję je tylko raz dziennie, ale chcę znaleźć czas, aby ćwiczyć przynajmniej rano i wieczorem.
Jednym słowem, przede mną wciąż wiele pracy,  której końca nie widać. Jednak funkcja „Dyrektora generalnego” mojego zdrowia i życia przypadła mi do gustu i nie ma mowy, żebym dała się zdegradować do pozycji „woźnego”, więc daję z siebie wszystko...


W momencie pisania tych słów, nie miałam żadnych symptomów choroby od ponad 2 miesięcy. Przez cały ten czas nie wzięłam ani jednego leku. Brałam i wciąż biorę suplementy (witaminy i probiotyki) i myślę, że większość chorób można wyleczyć właśnie nimi. Nasze organizmy są zaprogramowane na samouzdrawianie, a odpowiednia dieta, witaminy i inne suplementy - przy współpracy pozytywnego myślenia - pomagają tylko uruchomić te mechanizmy.


Strach wciąż jest ze mną, a ja wciąż popełniam wiele błędów. Tylko że strach już mnie nie paraliżuje – kiedy się pojawia, przystępuję do  działania, jakie mi wskazuje i nazywam go „swoim przyjacielem”...

Licencja: Creative Commons
0 Ocena