Każdego roku Forbes publikuje listę najbogatszych ludzi świata, a nasz krajowy odpowiednik publikuje listę najbogatszych Polaków. Z roku na rok następuje rotacja w tym rankingu - majątek pewnych osób ulega zwiększeniu, a innych zmniejszeniu.

O tym, czy dana osoba utrzyma się w czołówce najbogatszych  świadczy przede wszystkim wartość majątku, obliczana na podstawie wyceny rynkowej aktywów finansowej elity. Jeśli na światowych rynkach finansowych w momencie tworzenia rankingu panuje dobra koniunktura, majątek najbogatszych się zwiększa, a i nowi gracze pojawiają się w gronie stałych bywalców. W przypadku, gdy swoją głowę wychyla bessa, majątki najbogatszych się kurczą, a bywają też przypadki, że w skutek niższej wyceny rynkowej dotychczasowi bogacze zostają usuwani z rankingu. Przyglądając się takim rankingom, nie sposób nie zadać sobie pytania, czy rzeczywiście najbogatsi stają się jeszcze bogatsi gdy wartość ich majątku rośnie oraz czy biednieją, gdy ona spada?


Czytałem ostatnio jeden z listów Warren Buffetta do akcjonariuszy Berkshire Hathaway, z którego wynika, że wycena rynkowa aktywów finansowych jest odpowiedzialna za istnienie iluzji bogactwa wśród inwestorów. Buffett stwierdza, że przyrost wartości posiadanych inwestycji nie koniecznie musi oznaczać, że inwestor jest w stanie zjeść w skutek tego więcej hamburgerów. Z kolei spadek wartości aktywów nie koniecznie musi oznaczać, że inwestor może zjeść mniej hamburgerów. Można sobie wyobrazić skrajny przypadek iluzorycznego bogactwa i realnej biedy na trochę innym przykładzie. Wyobraźmy sobie, że pewien człowiek odziedziczył nagle duży majątek po zmarłym wuju. Wuj ten posiadał sporą kolekcję obrazów, które zyskały na wartości przez ostatnie dziesięciolecia. Ów spadkobierca dziedziczy kolekcję obrazów, wartych sporo pieniędzy i nie sposób nie odgadnąć, że czuje się niezmiernie bogatym. Dziwnym trafem, kilka tygodni później traci pracę. Pozbawiony bieżących środków do życia, nie ma czego włożyć do garnka i jest zmuszony sprzedać część kolekcji, aby pokryć bieżące koszty życia. Okres bezrobocia dla tego człowieka wydłuża się, a on sprzedaje odziedziczone obrazy, aby po prostu żyć. Ostatecznie nie zostaje mu ani jeden obraz, a pracy nadal nie znajduje. Czar prysnął - zniknęło jego iluzoryczne bogactwo, gdyż musiał zamienić je na realne dobra zapewniające przetrwanie. Czy człowiek ten miał prawo rzeczywiście czuć się bogaty? Oczywiście, że nie. Dopóki nie sprzedał swojej kolekcji, dopóty nie osiągnął z jej posiadania żadnych korzyści. Posługując się Buffettowską przenośnią, widać że wzrost wartości obrazów nie spowodował, że ów spadkobierca mógł zjeść większą ilość hamburgerów. 

Współczesny świat finansowy kładzie bardzo duży nacisk na wzrost wartości mierzony wyceną rynkową. Nie przykłada natomiast oficjalnie wagi do realnych przepływów pieniężnych pochodzących z inwestycji. To właśnie przepływy pieniężne sprawiają, że inwestor jest w stanie zjeść więcej hamburgerów i to one czynią go bogatszym rzeczywiście, a nie tylko iluzorycznie. Napisałem, że świat finansjery zdaje się oficjalnie nie przykładać wagi do przepływów pieniężnych, usilnie namawiając inwestorów do osiągania coraz wyższych zysków kapitałowych. W rzeczywistości finansiści doskonale zdają sobie sprawę z wagi przepływów pieniężnych, z których tak naprawdę czerpią prawdziwe korzyści. Żaden biznes nie jest w stanie przetrwać wykazując tylko papierowe zyski, nie odnotowując jednocześnie wpływu "twardej" gotówki do kasy.

Waga przepływów pieniężnych jest niesamowita. Inwestor indywidualny rozpoczynający swoją przygodę powinien skupić się przede wszystkim na kupowaniu aktywów generujących przepływy pieniężne, gdyż to one będą stanowić o jego przyszłym fundamencie finansowym. Zyski osiągane z wykorzystaniem przepływów pieniężnych nie są jednak ani w połowie tak wysokie jak te, osiągane ze wzrostu wartości kapitału, lecz są o wiele stabilniejsze i sprawiają, że ostatecznie można zjeść "większą ilość hamburgerów" i posiadać większą ilość realnej, a nie tylko "papierowej", gotówki.

Licencja: Creative Commons