Tekst mówi o refleksjach z II wojny światowej na tle zachowań aktualnej polskiej emigracji do Niemiec.

Data dodania: 2006-11-08

Wyświetleń: 4877

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 1

WIEDZA

-1 Ocena

Licencja: Creative Commons

Nie chcę się INTEGROWAĆ....

Kiedyś napisałem poniższy tekst. W przypływie niezadowolenia z wypowiadanych poglądów jednego z polskich przedstawicieli mediów publicznych

Oto ten tekst:

Dziwię się, że łamy INTEGRACJI tracą miejsce na wątpliwej jakości wywody „tego dziwnego człowieka”. Takim zapamiętałem go z występów w telewizji publicznej. Pewnie decydenci tego środka przekazu myśleli podobnie i dali „wolne” - temu z amazońskimi ciągotami – artyście.

Pan C. jest niepełnosprawny w najgorszym tego słowa znaczeniu. I wie o tym, ale udaje, że jest zdrowy. Bo cóż innego mu pozostało?

Gdybym zobaczył tego Pana siedzącego w jakimś publicznym miejscu - na pewno bym tam nie wszedł.Obawiałbym się – mówiąc w stylu tego pana – zarażenia defektem głowy lub tego, co się nazywa głową u Pana C.

Faszyzm w Europie już przeżyliśmy razem z jego pogardą dla ludzi. Pewnie, dlatego pan C. szuka „szczęścia” w amazońskich kniejach. Tam może się realizować ze swoją niepełnosprawnością, która w cywilizowanym świecie jeszcze nie została nazwana
i sklasyfikowana. Pogarda dla „innych” ludzi u tego pana rodzi jedynie grozę. Śmiem twierdzić, że buty pana C. bardziej się obawiam niż buty hitlerowskich siepaczy.

Przypominam sobie rok 1944.Byłem małym chłopcem. Niemcy „zakwaterowali” nas w podziemiach klasztoru w podwarszawskim Wawrze.

Byłem chory na czerwonkę.Matka miała zakażenie nogi.Zabrała mnie i starszego brata z tej przymusowej kwatery.Wróciliśmy do domu stałego, wcześniejszego pobyty. Była to ucieczka bez wiedzy i zgody niemieckich „opiekunów”.

Niemcy odnaleźli nas w naszym domu. Złożyli wizytę ponownie. Matka powiedziała do oficera mówiącego po polsku:
- Panie oficerze! Nigdzie nie pójdziemy. Syn jest chory a ja nie mogę chodzić.
Na to Niemiec:
- Macie pięć minut a potem.....i tu niedwuznacznie dotknął kabury pistoletu.
Na to moja matka:
- Panie oficerze! Niech pan zastrzeli najpierw moich synów a później mnie. Nigdzie nie pójdziemy, bo nie mamy gdzie, a nasz stan zdrowia też nie najlepszy.

Niemcy wyszli z mieszkania. Z zewnątrz postrzelali do gołębi siedzących na balkonie, na pierwszym piętrze.
Około godziny czekaliśmy, co będzie dalej - w wielkim napięciu
Niemcy już więcej nie przyszli.
Tak zachowali się faszyści. Pan C. – gdyby wtedy miał coś do powiedzenia – powiedziałby.....nie integruję się.
Całe szczęście, że to byli niemieccy żołdacy pod dowództwem oficera mówiącego po polsku. Dobrze, że tym oficerem nie był pan C.

Po latach od napisania tego tekstu znów zaczynam mieć rozterki. Opisywany wcześniej pan C. jest Polakiem, a moje rozterki dotyczą znów.... Polaków,ale mieszkających w Berlinie, a właściwie dzieci tych Polaków.

W tekście pt. Gdy jesteśmy młodzi....opublikowanym niedawno w Artelisie napisałem:

Zmienił się system w Polsce, otworzyły się granice państw. Wielu Polaków wyfrunęło z klatki, jaką dla ich rodziców była Ojczyzna. Wyfrunęła córka i wnuczka piszącego ten tekst.

Obecne rozterki dotyczą wnuczki i jednej z polsko-niemieckiej szkoły w Berlinie, do której chodzi wnuczka.

Dobrze, że może chodzić. Dziadek takich możliwości nie miał. Gdy był w wieku wnuczki był uczestnikiem zdarzeń opisywanych we wstępie, a dotyczących niemieckich żołnierzy. Mimo tak wrednych czasów pochwaliłem Niemca mówiącego po Polsku. Nie mogłem jednak pochwalić opisywanego pana C.

I znów Polacy, a właściwie polskie dziewczynki – sześciolatki. Znają język niemiecki, a więc są w Niemczech już dłużej. Zachowują się jednak skandalicznie, mimo zwracania się o interwencję do ich matek. Otaczają we trzy moją wnuczkę i plują i wyzywają...

Może pokolenie mojej córki nie ma już cech niechęci do Niemców, bo tam mieszkają, pracują i szukają swojego miejsca.

Nie skarży się wnuczka na zachowanie dzieci niemieckich. Nie znając języka styka się z nimi w sposób ograniczony – być może dlatego nie ma konfliktów.

Są konflikty z polskimi dziewczynkami. Dlaczego?

Czyżby obecna polonijna emigracja do Niemiec nic się nie nauczyła z naszej historii?
Z niemieckiej wojennej buty. Czyżby doszła do wniosku, że Niemcy „to paniska” życia i śmierci i tylko ich trzeba szanować?

Te trzy polskie dziewczynki nie biorą w krąg dziewczynki niemieckiej i nie plują na nią. Robią to z polską dziewczynką. A mamusie uważają, że nic się nie dzieje.

Może ten tekst przeczytają polskie mamusie z Berlina i przez chwilę zastanowią się.

Ja mogę powiedzieć: dwa do zera. Na niekorzyść Polaków.
Nie mogę tolerować pana C. Nie mogę też sympatycznie wyrażać się o tych trzech polskich dziewczynkach i ich mamusiach.

Wyrażałem się pozytywnie o niemieckich, wojennych, żołdakach...

Czy galopujący czas pozwoli kiedyś zmienić poglądy dzieciom pokolenia z czasów II wojny światowej i czasów totalitaryzmów?.


Licencja: Creative Commons