Nie do końca recenzja - raczej wrażenia po obejrzeniu sztuki "O zwierzętach" w bydgoskim teatrze.

Data dodania: 2009-06-12

Wyświetleń: 1458

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Wybrałam się wczoraj do teatru. Nic w tym niezwykłego, bo teatr uwielbiam. Bywam tam przy okazji każdej wizyty w Polsce, na rozmaitych sztukach. Mowa o teatrze bydgoskim imienia Hieronima Konieczki. Moje magiczne miejsce, gdzie spędzam zaczarowane godziny. Zachwyca mnie bliskość aktorów, obserwuję uważnie każdy najmniejszy ruch, każde mrugnięcie oka. Kino nigdy nie zapewni podobnych wrażeń.
Tym razem jednak byłam głęboko zawiedziona. Dlaczego? Już opowiadam.
Wybrałam O zwierzętach Jelinek. Przełożyła Bikont, reżyserował Chotkowski. Ponieważ nazwisko autorki nic mi nie mówiło, zaczęłam szukać informacji. Dowiedziałam się, że w 2004 roku zdobyła Literacką Nagrodę Nobla. Byłam pod wrażeniem. Okazało się też, że krytyka bardzo dobrze sztukę przyjęła. To zachęciło mnie do obejrzenia właśnie tego spektaklu. I tym większe było moje rozczarowanie. Skoro ludzie zajmujący się zawodowo ocenianiem sztuki uznali to za interesujące, dlaczego ja wyszłam z teatru zupełnie obojętna?
Wbrew przesłankom, spektakl ze zwierzętami nic wspólnego nie miał. Chodzi o handel ludźmi, sprzedawanie kobiet, szczególnie tych z Europy Wschodniej, do domów publicznych. Aktorki wcielając się w postaci ofiar i katów, mają przekazać coś ważnego. Mają pokazać okrucieństwo, do jakiego zdolny jest tylko człowiek. Brzmi interesująco? Też tak pomyślałam.
Standardowo już odebrałam bilety pół godziny przed spektaklem, po czym grzecznie ze wszystkimi czekałam, aż wpuszczą nas na salę. Zaznaczam, że włożyłam nowiutkie, siedmiocentymetrowe szpilki, więc chwili tej oczekiwałam niecierpliwie. Kiedy już pani z obsługi przypomniała, że należy wyłączyć telefony, i że spektaklu nie wolno nagrywać, poprosiła nas o przejście dalej. Białym korytarzem doszliśmy na małą scenę. Po drodze staliśmy kilkanaście minut przed wejściem, oglądając na ekranie telewizora ustawionego na środku pokoju pana Tyndę, który głosił monolog na dwa głosy. Ciężko było cokolwiek zrozumieć, poza tym całość powtórzył trzy razy... Stopy bolały, i zaczęłam się irytować.
Wpuszczono nas na salę. Nauczona doświadczeniem, usiadłam w drugim rzędzie. Ostatnim razem koleżanka biegała po scenie z nagim statystą, a ponieważ miałam zamiar spokojnie przesiedzieć cała godzinę przedstawienia, zajęłam bezpieczne miejsce.
Nie ma sensu opisywać dokładnie czterdziestopięciominutowego spektaklu. Cztery panie: Ścisłowicz (która, trzeba to zaznaczyć, bardzo ponętnie wyglądała w czerwonej sukience i kiedy siedziała okrakiem na biurku i patrzyła na pana tuż przed nią, ten kompletnie nie wiedział, gdzie podziać oczy, a lico miał w kolorze dojrzałego pomidora), Biernat (która jest wyjątkowo szczupła, i kiedy usłyszałam stwierdzenie ważysz sześć kilo za dużo skierowane właśnie do niej, ogarnął mnie nagły, niepowstrzymany mimo powagi sytuacji, chichot), Bandurska i Sokołowska opowiadały o byciu dziwkami. Po prostu. W międzyczasie dwadzieścia statystek tańczyło i wykrzykiwało słowo rżnąć. Oczywiście, nie jednocześnie. Spore natężenie właśnie tego nieco wulgarnego słowa w połączeniu z o Jezusie! sprowokowało starsze panie do opuszczenia sali w trakcie trwania spektaklu. Nie pierwszy raz - aktorzy są już przyzwyczajeni.
Dowiedziałam się też, że z bez jest zawsze za dopłatą, za to z jak najbardziej w cenie. A po grecku bardzo rzadko.
Wydawałoby się, że tyle atrakcji na czterdzieści pięć minut zupełnie wystarczy. Otóż nie! Kiedy aktorki skończyły monologi przeplatane krótkimi dialogami, a statystki zdarły gardła, wszystkie raźno opuściły salę. Publiczność za nimi. Tam nagrany na wideo pan Tynda nadal głosił swój monolog na dwa głosy, a obok telewizora stała naga kobieta. W drzwiach natomiast dwóch kompletnie gołych panów (ponieważ nie odważyłam się skromnie spuścić oczu, spojrzałam jednemu w twarz i stwierdziłam z niejakim zdziwieniem, że to ten sam, który w stroju Adama biegał po scenie w Przebudzeniu wiosny. Ekshibicjonista, czy jak...?).
Zastanawiam się cały czas, co to miało na celu. W kółko powtarzane te same treści - jakby tego uniknąć, całe przedstawienie trwałoby co najwyżej kwadrans. Nadzy ludzie na do widzenia. Co mieli symbolizować? Nie wiem.
Dzisiejszy teatr jest inny. Pamiętam, kiedy w liceum byłam na I znaczy Inna. Wszyscy byli zszokowani, kiedy na końcu główna bohaterka wygłaszała monolog zupełnie naga. Była martwa, a więc nagość w jakiś sposób była usprawiedliwiona, wręcz pożądana. A tutaj? Nikogo nie dziwią goli aktorzy biegający po scenie. W każdej sztuce pojawiają się apetyczne (bądź nie) biusty czy pośladki, penisy nadal wywołują rumieńce, choć są coraz częstsze. Po co? Dlaczego? Czemu to służy? Ja nie mam pojęcia. Ale być może w końcu dorosnę do obcowania z dzisiejszą sztuką.
Licencja: Creative Commons