Sytuacja za granicą zainspirowała mnie do napisania tekstu o reklamacjach w naszym pięknym kraju. Dlaczego są koszmarem? Nie wiem. Ale znalazłam sposób na to, żeby nim nie były.

Data dodania: 2009-08-07

Wyświetleń: 1765

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Reklamacje. Każdy miał okazję kiedyś coś zareklamować. Buty, które rozsypały się po pierwszej godzinie tańca; spodnie, które nie wiadomo jakim cudem poprzecierały się w niepożądanych miejscach; jogurt, który mimo dobrej daty ważności wyglądał, jakby kot go przeżuł i wypluł. I o ile z butami za trzysta złotych pofatygujemy się do sklepu, jogurt sobie odpuścimy. Bo to przecież tylko dwa złote... Ale nie to jest głównym powodem. Nie chce nam się użerać (inaczej tego nazwać nie można) z ludźmi, którzy reklamację mają przyjąć.
Mimo tego, że wszyscy mamy z pewnością podobnie smutne doświadczenia, pozwolę sobie opisać jeden z moich przypadków.
Mianowicie buty. Najzwyczajniejsze w świecie baleriny. Kupiłam, odłożyłam do szafy, kiedy przyszedł ich wielki dzień... Rozsypały się już w autobusie! Skandal w biały dzień. Już nazajutrz udałam się do sklepu z butami w pudełku. Mówię grzecznie „dzień dobry”, i pokazuję sprzedawczyni moje, pożal się Boże, obuwie. W jednym z butów odpadło pół podeszwy. Pani ogląda, z każdej strony, a potem mówi - to nie są buty na deszcz. Robię wielkie oczy - bo co ma pogoda do podeszwy? Ale, nadal grzecznie, odpowiadam, że miałam je na nogach wczoraj, ledwie pół godziny, bo po takim czasie nie mogłam już swobodnie zrobić kroku. Ekspedientka patrzy na mnie z dezaprobatą, kręci małym noskiem, ale w końcu zaczyna wypisywać potrzebne papiery. Złożyłam dwa autografy, i wyszłam z nakazem powrotu za dwa tygodnie.
W końcu, po miesiącu, dowiedziałam się, że dostanę nową parę. Choć wyraźnie zaznaczyłam, że życzę sobie zwrot gotówki! Znów zaczęło się pisanie i kręcenie noskiem, w końcu jednak udało mi się odzyskać pieniądze. Trwało to sześć tygodni, kosztowało mnie sporo nerwów, mnóstwo energii i kilka biletów. Czy było warto...?
Właśnie. Uzyskanie pozytywnego rozpatrzenia reklamacji nie jest warte zachodu w większości przypadków rzeczy drobnych. Lepiej kupić nowy jogurt, nowy owoc, a do danego sklepu więcej nie wchodzić. Sama jestem chora, kiedy mam coś zareklamować. Dlatego, kiedy znajomy poprosił, żebym oddała coś wiertarkopodobnego, bo akurat jadę do miasta, byłam niezbyt szczęśliwa. Po pierwsze - miało to miejsce w Danii, więc sam fakt, że będę musiała tłumaczyć, co się zepsuło po angielsku (duński nie jest mi znany), troszkę mnie tremował. Myślę, że nawet po polsku nie potrafiłabym dokładnie wyjaśnić, co jest z tym urządzeniem nie tak. Ale zagryzłam zęby i ruszyłam do boju.
Podeszłam do pani przy ladzie, powiedziałam, że kolega kupił „to” miesiąc temu, i że nie działa. Pani odłożyła na półkę i spytała, czy życzę sobie nowe, czy zwrot gotówki. Ledwo wydusiłam, że poproszę nowe... Byłam co najmniej zaskoczona. A kiedy ekspedientka podała mi nowe urządzenie z podbitą kartą gwarancyjną i życzyła miłego dnia, zaniemówiłam zupełnie. Tak od razu? Nie trzeba czekać? Nawet jednego podpisu nie potrzeba? Byłam w szoku.
Właśnie ta sytuacja zmotywowała mnie do napisania tego artykułu. Od razu wyciągnęłam wnioski - reklamacja nie musi być koszmarem. Pod warunkiem, że nie składa jej się w Polsce.
Licencja: Creative Commons