Mój pobyt na Ukrainie rozpoczął się od Charkowa, pierwszej stolicy Ukrainy. Różnice w życiu jakie dostrzegłem są ogromne, tak w kulturze, jak i w zachowaniu.

Data dodania: 2020-04-01

Wyświetleń: 350

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

RELACJA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Ukraina — Charków 2018

Podróżowałem autobusem Warszawa Zachodnia — Charków.

Pierwsza — warta uwagi — niespodzianka spotkała nas na dworcu Warszawa Zachodnia, jedno siedziało przy walizkach, a drugie poszło jeść. Moja partnerka-Ukrainka chciała kupić mini-piccę, a facet nie chciał jej sprzedać, oświadczył, że nie sprzeda, bo mu się nie chce. Więc ja poszedłem gotowy na awanturę, ale bez problemu mi sprzedał.

Odjazd o godzinie 16. Ukraiński kierowca nie nakazuje (jak to miejsce w Polsce) kobiecie wkładać bagaż do bagażnika, robi to sam, bo skąd niby kobieta ma wiedzieć, gdzie szukać bagażnika? W Polsce mamy „Pana kierowcę”, który nie ma obowiązku otwierania bagażnika. Przejazd tysiąca kilometrów to koszt zaledwie 150zł., (czasem za więcej niż jedną walizkę trzeba zapłacić 10zł za każdą kolejną), a czas przejazdu wynosi średnio dwadzieścia godzin, choć wiele zależy od sytuacji na granicy. W autobusie dostajesz zamówiony wcześniej bilet po pokazaniu paszportu i płacisz za przejazd. Wyjazd z Warszawy o 16, około dwudziestej w Lublinie i 22 lub 23 na granicy w Dorohusk-Jagodzin. Wchodzi celnik do autobusu i zbiera paszporty, po czym wychodzi. Wyjście z autobusu jest niemożliwe. Około pół godziny trwa „zrobienie” paszportów, po czym celnik odnosi je do autobusu i wręcza kierowcy, który rozdaje je pasażerom. W tym czasie celnik zagląda do bagażnika autobusu, czasem wpuszcza tam psa. I odjazd na granicę Ukraińską, tam czekamy na swoją kolej. Przychodzi celnik i zbiera paszporty. Wtedy można wyjść do toalety lub na papierosa, czy też rozprostować kości. Różnica pomiędzy wszystkim na granicy jest kolosalna, na Ukrainie nie ma nawet kosza na śmieci i peta rzuca się pod nogi. Ale za to wszędzie można palić. Tu przestał mi działać telefon, jak tylko sieć przełączyła się na Ukrainę. Internetu brak. Celnik sprawdza autobus, przeszukuje nawet skrzynkę z bezpiecznikami. Po „zrobieniu” paszportów odjazd i jesteśmy na Ukrainie. Odprawa autobusu odbywa się inaczej niż samochodów osobowych. I podczas moich dwóch przejazdów zajęła niecałe dwie godziny łącznie na obu granicach. Czas przesunął się o godzinę, sms od polskiego operatora „witamy na Ukrainie” i informacja o kosztach rozmów i smsów.

Dalej wszystko zależy do kierowców (zawsze jest dwóch), choć wszyscy jeżdżą w tej samej firmie. Jeszcze w Lublinie kierowca oświadczył, że czeka dziesięć minut, potem zatrąbił i odjechał, nie sprawdzając, czy wszyscy wrócili. Następnie pierwszy krótki postój na CPN. Następny przystanek w Kijowie… Znowu dziesięć minut i odjazd do Połtawy, gdzie nieco dłużej się zeszło, gdyż więcej podróżnych opuszczało autobus.

Ze względu na bliskość do granicy z Rosją przy drodze umieszczono posterunki policji, gdzie każdy pojazd musi wyhamować niemalże do zera, aby stojący policjant mógł ogarnąć spojrzeniem przejeżdżający samochód.

Do Charkowa dotarliśmy około godziny 14. Zaraz po wypakowaniu bagaży w Charkowie otoczyli nas kierowcy taksówek oferując swoje usługi, ale ci panowie proponowali przejazd za wysoką cenę. Dzwonimy do tanich taxi, zwanych: „ekonomiczne”. Za chwilę podjeżdża „Lanos”, bez żadnych oznak taksówki i kierowca oświadcza, że z tyloma bagażami nas nie weźmie, odjeżdża. Za chwilę podjeżdża druga taksówka, również „Lanos” i ten zabiera nas wraz z bagażami. Jedziemy pół godziny, na miejscu płacimy 80 hrywien.

W Kijowie leżał śnieg, w Połtawie leżał śnieg, a ulice były pokryte lodem. W Charkowie nie ma ani lodu, ani śniegu, świeci słońce.

Słowiańskie przywitanie, a potem spacer po dzielnicy na obrzeżach miasta. Chodniki są tu z asfaltu, na ulicy parkuje wiele leciwych samochodów Łada, wszystkie modele, po ulicy jeżdżą stare ZIŁ-y… (w tym straż pożarna ma je nadal na wyposażeniu). Ale nie brakuje tu nowych atut, choć Fiata spotkać najtrudniej, zaś dominują: Leksusy, Toyoty, Chryslery, Mazdy, Hyunady, Honda... i masa Lanosów. W zasięgu ręki sklep ze słodyczami, obok wyroby piekarnicze i… kiosk z wodą… tu wody nie pije się z kranu. Idąc po wodę zabiera się własną butelkę pięciolitrową lub kupuje pustą na miejscu, a pani nalewa wodę z beczki.

Wymieniam waluty. Za 100zł., dostaję 700 hrywien. Chleb kosztuje 6-12 hrywien, papierosy około 40 hrywien, a polska Żubrówka 80 hrywien, zaś dwa litry coca-coli 20 hrywien. Ale papierosy kupuje się ze stolika na ulicy za 18 hrywien (2018).

GSM. Po przekroczeniu granicy dostaję sms od polskiego operatora o stawkach za połączenia, a Internet działa za drogą opłatą. Dlatego warto zaopatrzyć się w kartę ukraińską. Za 100 hrywien kupuję kartę Kyivstar (do wyboru jest jeszcze Voodafone lub Life), mam godzinę rozmów do Polski i 4GB Internetu, darmowy Viber i facebook, a na wyświetlaczu zamiast LTE, pojawia się 4G (Internet z telefonu śmiga na laptopie). Po dokonaniu opłaty karta staje się aktywna, nie przychodzą żadne ustawienia konfiguracyjne. Kolejny sms, dostałem dodatkowe 2GB. Tu wszyscy używają aplikacji Viber do rozmów, nawet numer Viber podawany jest w programach TV. Połączenia pomiędzy operatorami są drogie, dlatego spopularyzował się Viber.

W Charkowie pojazdy komunikacji miejskiej malowane są na zielono. Autobus miejski, bardziej bus, stary, co najmniej dwadzieścia lat, zimą nie ogrzewany, latem bez klimatyzacji. Opłata za przejazd u kierowcy bez żadnego biletu 10 hrywien i nie ważne, czy jedziesz jeden przystanek, czy do końca trasy. Autobus czasem czeka na przystanku aż się zapełni i dopiero wtedy odjeżdża. W przypadku trolejbusu zdarza się nowszy pojazd, choć tych z minionej epoki nie brakuje. Tu też o ile nie pracuje konduktor, bilet nabywa się u kierowcy za 6 hrywien. Jeżeli pracuje konduktor sam podchodzi do pasażera i sprzedaje bilet. Podobnie jest w tramwajach, które są jeszcze tańsze, ale tramwaj współczesnej produkcji spotkać trudno. Niezależnie, czy to jest tramwaj, czy trolejbus, czy autobus, każdy z tych pojazdów może stać na przystanku i czekać, aż się zapełni. Co tu może zaskoczyć? Pasażerowie na przystanku ustawiają się w kolejce i w takiej kolejności jak stoją, wchodzą do środka.

Niemalże na każdych światłach sygnalizacji ulicznej, tak dla samochodów jak i pieszych, podawany jest czas do zmiany światła. W supermarketach nie ma opłaty za wózek. Bierze się go przy wejściu, a potem zostawia w dowolnym miejscu na parkingu.

Opłata za ciepłą wodę jest oparta na badaniu termometrem medycznym. Czyli przychodzi pani nalewa wodę z kranu do szklanki i mierzy temperaturę wody w szklance. Jeżeli temperatura nie osiąga określonej, opłata za ciepłą wodę jest liczona jak za zimną. Podobnie mierzy się temperaturę w domu, gdy ta sama pani staje tuż za drzwiami w korytarzu i mierzy temperaturę takim samym termometrem, jeżeli jest w korytarzu osiemnaście stopni Celsjusza wszystko jest w porządku, a nie ważne, że jeden grzejnik nie grzeje. Opłatę za ogrzewanie nalicza się ryczałtem, czyli czy używasz grzejników, czy są zakręcone, płacisz.

Awaria. Awaria sprzętu wygląda w ten sposób, że po telefonie przychodzi majster, naprawia, bierze pieniądze, nie zostawia żadnego pokwitowania i wychodzi. Inaczej wygląda awaria rury od wody. Bo jeżeli awaria (pęknięcie, nieszczelność) występuje za zaworem zamykającym, choć przed licznikiem, opłatę wnosi lokator. Zerwanie plomby jest możliwe, po napisaniu oświadczenia podpisanego przez trzech sąsiadów. Założenie plomby po naprawie kosztuje 150 hrywien.

Opłata za Internet… wyjeżdżasz, Internet zostaje wyłączony, wracasz, opłacasz i Internet zostaje włączony. Nie ma umowy. Opłatę 150 hrywien dokonuje się w ibox, jest to takie urządzenie z ekranem dotykowym, gdzie wybieram logo tego, za co płacę, wkładam pieniądze, otrzymuję potwierdzenie — opłata dokonana. Ale… wprowadzono nowe banknoty z nowymi oznaczeniami i ibox je odrzuca…

Zakupy… wielu zdziwić mogą stoiska w sieciowych sklepach, gdzie makaron, ryż, cukier, sól i wiele innych produktów można nałożyć samemu z otwartej skrzynki, potem zważyć i nakleić wydrukowany kod. W sklepach jest wszystko. Produkty mleczne występują głównie w foliowych opakowaniach, jednak każdy produkt zawiera na opakowaniu procent tłuszczu.

Wzdłuż głównej ulicy małego osiedla, rozkładają się handlarze sprzedający warzywa. Droga prowadzi do małego rynku. Tu w budkach sprzedawane są tak produkty żywnościowe, jak i ubrania.

W sklepach dużo miejsca zajmują alkohole i nie ma takiego, którego nie da się kupić. Piwo w większości to ukraińskie produkcje, polskich nie widziałem. Największe wzięcie ma wódka Niemirof, czy Chlebnyj Dar, spośród wódek polską jest Żubrówka. Wina w większości są także produkcji ukraińskiej, gdzie osobiście polecam cerkiewny Kagor.

Sklepy otwarte siedem dni w tygodniu, czasem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jeżeli chodzi o centra handlowe, nic tu nie zaskakuje, bo są tak samo wyposażone jak w Polsce, a ceny wielu sprzętów są wyższe niż w Polsce, przy zarobkach o wiele niższych. Przeciętny Ukrainiec zarabia około 200 hrywien dziennie.

Posiłki. W Polsce przywykliśmy do chleba na śniadanie, ziemniaków na obiad i chleba na kolację. Tu jest znacznie inaczej. Mięso jest drogie, wędliny są drogie, więc spożywa się ich o wiele mniej. Na śniadanie można zjeść kaszę z kiszoną kapustą, ogórkiem itp. Zużycie chleba w przeciętnym domu jest o wiele niższe niż w Polsce. Mięso po zakupie, moczy się przez kilka godzin. Podczas gotowania na zupę, pierwszy wywar się wylewa do zlewu.

Po „Pomarańczowej Rewolucji” nikt nie sprząta na klatkach schodowych, rzadko odśnieża się ulice, czy chodniki. Ceny wzrosły, zarobki zmalały, a w miasta przestano inwestować z pieniędzy publicznych.

Jako, że przez jakiś czas sam wykonywałem wiele dziedzin w budownictwie, skrzywienie zawodowe pozwala mi zauważyć wszystko, czego bym nie zrobił ja. Zatem uwagę moją z miejsca zwróciły kable na ścianach wiszące bez mocowania i ładu. Kable tak wiszą w blokach, jak i na korytarzach w budynkach użytku publicznego.

Centrum Charkowa zrobione przed kilku laty przypomina standard. Już na początku grudnia na „Placu Swobody” staje ogromna choinka obwieszona lampkami, a wokół ustawia się budki z żywnością — nie znalazłem tu jednak kebaba, znanej w Polsce zapiekanki, czy hamburgera. Oczywiście kebab można kupić.

Sobotni wieczór, mróz, śnieg, a na ulicach miasta masa ludzi. Mało kto siedzi w domu. W licznych kawiarniach większość stolików zajętych. W czasie takiego spaceru zagrzać można się w centrum handlowym. W menu restauracji są oferty, z jakich mimo wszystko nie skorzystałbym, choć poczęstowano mnie ziemniakami w mundurkach. Nie brakuje barów suszi, czy popularnych na całym świecie fastfoodów.

Awarie ogrzewania są dosyć częstym problemem. Często także wyłączana jest woda w kranach tak ciepła, jak i zimna, z tą różnicą, że o wyłączeniu zimnej wody na dzień lub dwa, zazwyczaj informuje się mieszkańców.

Sześć tygodni minęło szybciej niż się spodziewałem i czas wrócić do domu. Odjazd autobusem z dworca PKS w Charkowie o godzinie 12.00. Wczoraj skończył mi się pakiet miesięczny w telefonie i tu mam możliwość za 10 hrywien dziennie używać tych samych opcji, co w pakiecie za 100 hrywien, lecz z dużymi ograniczeniami. Autobus zatrzymuje się w miarę często i do Kijowa dociera o godzinie 19.00. Odjazd o godzinie 20.00 więc można udać się na spacer.

Po wielu godzinach jazdy, kilometr przed granicą autobus zatrzymuje się i wchodzi celnik z karabinem AK, bez magazynka, i sprawdza paszporty, po czym wychodzi. Na Ukraińskiej granicy celnik zbiera paszporty. Można wyjść z autobusu. Po odprawie dojeżdżamy do polskiej granicy, gdzie czekamy siedem godzin. Wreszcie nasza kolej. Każdy odbiera od kierowcy swoje bagaże i idzie do pomieszczenia celników — w autobusie nie zostaje nic. Paszport podaje się kolejno w trzech okienkach, walizki trafiają na skaner, a po załatwieniu paszportu wchodzi się dalej przez bramkę. W ten sposób odprawa jednego tylko autobusu trwa około godziny. Dwudziesty pierwszy wiek… Na rządowej stronie internetowej możesz zobaczyć wpis: „Przekraczanie granic nigdy nie było tak łatwe”… — szkoda tylko, że to jest jeden z wielu martwych zapisów, bo kilka godzin oczekiwania na granicy, nie jest niczym łatwym.

Minąwszy granicę wyłączam ukraińską kartę, ale polska dalej pracuje w roamingu, mimo tego, że granica została daleko z tyłu. Po kilku kolejnych kilometrach w końcu pojawia się logo polskiego operatora i przychodzi sms: „witamy w Polsce”. Od tej pory również w autobusie działa wi-fi, bo po stronie ukraińskiej wi-fi w autobusie nie działa.

W Warszawie-Zachodniej wysiadam po niespełna trzydziestu godzinach podróży, a to i tak podobno niezły czas, bo zdarza się dziesięć i więcej godzin stać na granicy.

Licencja: Creative Commons
0 Ocena