Wiele jest osób kochających małego, puchatego misia zwanego Kubusiem Puchatkiem. Niektórzy z nich nie wiedzą jednak, że zakochali się nie w prawdziwym Misiu o Małym Rozumku, lecz w jego wersji uwspółcześnionej, disneyowskiej. Kto z nas pamięta jeszcze jego pierwowzór?

Data dodania: 2008-04-08

Wyświetleń: 4621

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Wiele jest osób kochających małego, puchatego misia zwanego Kubusiem Puchatkiem. Niektórzy z nich nie wiedzą jednak, że zakochali się nie w prawdziwym Misiu o Małym Rozumku, lecz w jego wersji uwspółcześnionej, disneyowskiej. Kto z nas pamięta jeszcze jego
pierwowzór?

Mimo drobnych podobieństw między misiem z książek z lat 20. a tym z lat 90. w wersji Disneya, w gruncie rzeczy ciężko jest niekiedy stwierdzić, że to jedna i ta sama postać. Prawdziwi miłośnicy Kubusia niezbyt chętnie patrzą na kolorową wersję misia. W pamięci mają czarno-białe ilustracje Ernesta H. Sheparda i wersja disneyowska budzi ich niesmak.

Początkowo był to bowiem miś potargany, o lekko wypłowiałym futerku, nie mający nic wspólnego z pełną optymizmu postacią, jaką zrobiła z niego wytwórnia Disneya. Dziś jednak w filmach, książkach i grach królują właśnie takie żółte, optymistyczne i najedzone pluszowe misie, mimo że w kuźni disneyowskiej powstała także wersja klasyczna Kubusia.

W wersji oryginalnej Kubuś jest stworzeniem bardziej refleksyjnym, zadumanym, bardziej prawdziwym, a nie nasyconym miodem żarłoczkiem. Również i inne postacie w wersji książkowej są w widoczny sposób skromniejsze, niepozorne – obdarzone pewną dozą lęku, strachliwe (Prosiaczek), ze skłonnościami do depresji i malkontenctwa (Kłapouchy). Dlaczego?

Nowe postacie nastawione są w oczywisty sposób na zysk. Mają się wszystkim podobać, trafiać do masowej publiczności, tryskać radością. Pierwotnie miały się podobać tylko jednej osobie, synowi Ernesta H. Sheparda, Krzysiowi. Funkcję swoją w pełnym stopniu postacie spełniają, bo dzięki nim Disney co roku zarabia 1 mld dolarów, czyli więcej niż na Myszce Miki i ferajnie.

Uproszczenie z jakim mamy w tym przypadku do czynienia nie dotyczy tylko Kubusia Puchatka i jego przyjaciół. Także bohaterowie innych książek mają np. w filmach spłaszczone psychiki, wyidealizowane lub przerysowane wnętrza. Oczywiście mówimy tutaj o bajkach dla dzieci, ale i dzieciom coś się od twórców bajek należy. I one same, jeśli dotrą do wersji pierwotnej oglądanych przez siebie opowieści są w stanie rozpoznać swego rodzaju oszustwo, jakim karmi ich Disney.

Kubuś Puchatek i działania marketingowe Disneya to świetny przykład, dlaczego dzieciom warto czytać książki. Zwłaszcza w ich oryginalnej wersji. Trafia do nich bardziej wartościowa treść, mówiąc językiem marketingowców – lepszy produkt, nie pozbawione duszy maskotki.
Licencja: Creative Commons