Po roku czasu mogę podsumować co się wydarzyło i jaki to miało na mnie wpływ: od tamtego czasu wiele razy świadomie wywoływałam ten stan.

Data dodania: 2007-12-04

Wyświetleń: 4132

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Wiele lat temu usłyszałam po raz pierwszy o byciu „tu i teraz”. Wydawało mi się, że rozumiem o co chodzi w tym stwierdzeniu. Potem przeczytałam morze książek, przeszłam rzeki dyskursów, wreszcie przemyślałam sprawę gruntownie. Z resztą co tam było do myślenia. Mam być tu i teraz, czyli przeżywać każdą chwilę, a nie odlatywać w górne rejestry. Nic prostszego. Całe moje życie jest tu i teraz. Z rzadka pozwalam sobie na chwilę bujania w obłokach. Większość czasu pracuję, zajmuję się konkretnymi zadaniami, zarabiam na chleb, na waciki oraz na kredyt. Nawet kiedy wizualizuję, to przecież koncentruję się na tworzeniu zrębów przyszłego sukcesu: dom, firma, partner. Same konkrety. Innymi słowy, dość długo żyłam w słodkim przekonaniu, że być tu i teraz to ja mam opanowane w małym palcu.
A potem przyszedł ten dzień, kiedy po raz pierwszy świadomie przeżyłam chwilę, moment właściwie, w tu i teraz. Wtedy dopiero doświadczyłam różnicy. Bo wiedzieć, jak się okazuje, to zupełnie co innego niż doświadczyć. O bogowie! Chciałabym zakrzyczeć: W jakimże byłam błędzie do tej pory! I jak teraz to ubrać w słowa?! Nie da się. Stworzę kolejny tekst, który będzie tylko tekstem i pozostanie tylko tekstem. Niczym więcej. Tego trzeba doświadczyć. Więc po co go piszę? Chyba z potrzeby serca, z potrzeby duszy, która domaga się jakiegoś wyrażenia. A może po prostu chcę sobie jakoś ulżyć. Chociaż to nie to. Bo przecież to nie ciężar :) Kiedy tego doświadczyłam, byłam w tak euforycznym nastroju, że chciałam śpiewać. Całe szczęście, że tego nie uczyniłam, albowiem naszych sąsiadów ominęło tym samym, dla odmiany dość przykre doświadczenie.
Od tamtej chwili minął prawie rok. Myślę, że moje wrażenia na tyle się ugruntowały, że mogę pisać bez zbędnego wchodzenia w dziewicze zachwyty. Zabawne w tym jest to, że tak epokowe dla mnie doznanie zdarzyło się w momencie dość banalnym.. Bawiłam się z córeczką. Było bardzo fajnie. Majka zanosiła się śmiechem. Śmiała się do rozpuku. Aż ciepło zrobiło mi się na serduchu. A zaraz potem pojawiła się myśl, jak natrętna mucha, że przecież za moment znowu będzie płakać. Szkoda mi się zrobiło tej chwili cudnej. Chciałam ją rozciągnąć, utrwalić, zachować… ale nie mogłam. Tym większy smutek mnie ogarnął. I nagle bach! Pojawiło się to doznanie. Najpierw chyba poczułam jakąś zmianę w ciele. A potem zrozumiałam, że to co będzie za chwilę NIE MA ABSOLUTNIE ŻADNEGO ZNACZENIA. To nie była myśl pochodząca z mojego umysłu. Takich myśli jak ta miałam już w różnych sytuacjach milion, jak nie więcej. I oczywiście nigdy po nich nie czułam się lepiej, już nie mówiąc o tym że to co za chwilę będzie z reguły ma dla mnie kardynalne znaczenie. Jeszcze większe ma to co mogłoby się stać, gdyby coś innego się nie wydarzyło, czyli moje ukochane gdybanie. Jednak to jest inna bajka, więc ominę tę dygresję i wracam do tu i teraz. A raczej tam i podówczas (bośmy się od tego czasu przeprowadzili no i czas też nie stał w miejscu :)
To co przeżyłam wtedy było dla mnie olśnieniem. Do tego stopnia, że gdyby ktoś mi powiedział, że za chwilę walnie w Polskę atomówka, albo że .. (sami dodajcie co chcecie) to w ogóle bym się tym nie przejęła. Liczyła się dla mnie tylko i wyłącznie tamta radosna chwila. Poczułam w trzewiach, w całym ciele, co oznacza przeżywanie tu i teraz. Moje Ja: niższe, wyższe, średnie, moje Ego i moja dusza.. wszyscy byli tylko "tu i teraz". Wrażenie było tak niezwykle, nieznane mi dotychczas, że wstrząsnęło mną do głębi. I taką pozostawiło na dłuższy czas.
Po roku czasu mogę podsumować co się wydarzyło i jaki to miało na mnie wpływ.
Od tamtego czasu wiele razy świadomie wywoływałam ten stan. Nigdy już doznanie bycia w tu i teraz nie pojawiło się samoistnie. Ale wiele razy udawało mi się je przypomnieć, odtworzyć i nadać chwili inny sens. Świadomie się nim posługuję. Z rzadka. Nie zawsze przypomnę sobie na czas. Często przejmuję się różnymi zdarzeniami, ulegam własnym oczekiwaniom, ulegam oczekiwaniom innych, winię siebie, innych, przejmuję się, zamartwiam i projektuję.. i tylko czasem udaje mi się oderwać od standardowego toku myślenia.
Zbyt rzadko przywołuję stan bycia w tu i teraz. O ileż prostsze byłoby moje życie. Ale i tak dziękuję komu trzeba za to co dane mi było przeżyć i z czego mogę korzystać. Cieszę się, że ta umiejętność nie została pokazana i zabrana. Jest ze mną. Często uśpiona, przywalona codziennymi sprawami, drobnymi troskami. Ale jest. Ktoś mi kiedyś powiedział, że rozwój człowieka to droga bez powrotu. I tak to chyba jest. Na szczęście. Raz doświadczysz czegoś innego i już nigdy nie będziesz taki sam. Nawet jeśli ta zmiana, to zmiana milimetra twojej myśli – już nigdy nie będziesz myślał i działał tak jak przed tym milimetrem.
A więc za ten milimetr toast wznoszę tu i teraz :)
beata markowska
http://www.solaris-rozwojosobisty.pl/
Ps.
Tytuł powyższy został nadany stricte w celach komercyjnych, podobnie jak opis artykułu :))


Licencja: Creative Commons
0 Ocena