Kolejna 3 część. Jestem kretyn. Dopiero teraz, doczytałem ile można maksymalnie użyć znaków. Na szczęscie przy tej chorobie jest się szczęśliwym, więc tyle mojego.  Z ciekawostek. Zadzwonił kolega, który przypadkowo trafił na artelis i przeczytał 1 rozdział. Nie będę wmawiał, że zachwałał. Ale na necie nie jesteśmy anonimowi.

Licencja: Creative Commons

Data dodania: 2012-02-02

Wyświetleń: 890

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

ARTYKUŁ

0głosów

Odłożyłem list i długo siedziałem w milczeniu.  Dawała wtedy wyraźne znaki, że ma już dosyć a ja to zbagatelizowałem. Wydawało mi się, ze wystarczy kupić kolejny duży bukiet kwiatów i powiedzieć po raz setny „przepraszam”. Ale jak się potem okazało to był ostatni raz, kiedy mi wybaczyła. Po kilkunastu dniach, gdy znowu wróciłem  w nocy do domu po kolejnej imprezie zastałem dom pusty. Pomimo, ze nie zabrała nic ze sobą to jej brak całkowicie zmienił nasze mieszkanie. Po prostu przestało żyć. Czy to nie dziwne, jak  zmieniają się cztery ściany, gdy opuści je bliska ci osoba?

            Po chwili znowu wróciłem do komputera i ponownie zacząłem przeglądać portal. Szukałem jakiegoś kontaktu telefonicznego z nią jednak na tej stronie znalazłem  jedynie jej nr GG. Spisuje go, chociaż dzisiaj chyba nie zdecyduje się  by do niej napisać. Nie jest to dobry moment na to. Jestem przekonany, że jeszcze nie nadszedł właściwy czas, gdyż teraz byłoby to zbyt emocjonalne i nie przemyślane. Ze smutkiem zamknąłem jej profil i wróciłem znowu to kolumny z moimi kolegami klasowymi.

            A co u Słowikowskiego, „szarej eminencji naszej klasy”, jak złośliwie nazywali go niektórzy nauczyciele.  Z wpisu widać, że jest burmistrzem miasta gdzie znajdowało się nasze liceum, ma dwoje dzieci i śliczną żonę Anię z którą zresztą chodziliśmy do jednej klasy. Jego sukcesu  można  było się spodziewać, gdyż już wtedy był urodzonym liderem. Pamiętam dokładnie, że to on w klasie decydował o wielu sprawach i choć nie był przewodniczącym, jego słowa były dla nas święte. Przy tym był świetnym kumplem, który potrafił wysłuchać każdego kto do niego  przyszedł  i  długo zastanowił się, zanim podjął każdą decyzję. A dodatkowo, co jest rzadkością wśród dzisiejszych rządzących, pomimo iż znał swoją wartość umiał przeprosić, jeśli popełnił błąd. Właśnie ta ostatnia cecha spowodowała, że bardzo zbliżyliśmy się do siebie w ciągu tych paru miesięcy.

            W profilu Pływackiego znalazłem jedynie krótki wpis. Nie mogąc znaleźć swego miejsca w 1995 wyjechał do USA, znalazł tam dobrą prace i dzisiaj już nie myśli  o powrocie do Polski.  Niestety zmiany po 1989 dały nam nie tylko wolność, ale obnażyły słabość poprzedniego ustroju. Wiele osób zmuszonych zostało do wyjazdu zagranicę, gdyż wysokie bezrobocie i niskie zarobki nie dawały im innego wyjścia. Jestem przekonany, iż na pewno bardzo tęsknią za krajem, jednak tylko w ten sposób  mogli zapewnić sobie i swoim rodzinom przyzwoity byt.  

            Z profilu Kurczaka dowiedziałem się, iż   kilkanaście lat temu ukończyła Akademię Sztuk Pięknych , a obecnie pracuje w dużej międzynarodowej firmie  i specjalizuje się w reklamie wizualnej. Jednak  na szczęście nie zarzuciła malowania i widać po licznych zdjęciach z wernisaży, iż odnosi spore sukcesy. Nie zdziwiło mnie to wcale, gdyż pamiętam, że jej rysunki już wtedy robiły na nas wielkie wrażenie. Przecież między innymi  to ona zaprojektowała stroje do naszego klasowego występu.

            Nie wierze!!! Tomek został księdzem?! Właściwie  to z całej klasy znalem go najsłabiej, gdyż z natury był milczkiem zamkniętym w sobie. Nie przypominam sobie nawet byśmy kiedyś rozmawiali dłużej o czymśkolwiek. Ciekawe, w którym momencie życia poczuł powołanie?  Tak naprawdę to po maturze, już nic o nim nie słyszałem, ale na pewno wtedy jeszcze nie myślał o sutannie.

            Nasze życie jest pełne niespodzianek i decyzji, które mogą zdziwić, jednak najważniejsze by były zgodne z naszym „ja„. Człowieczeństwo nie polega na tym by mieć a by zdobywać. Zmieniać siebie i świat nas otaczający. Umiejętność parcia do przodu pozwala nam przetrwać najgorsze chwilę. Ważne by cel był jasny i by na starość nie trzeba było się jego wstydzić.

            Przejrzałem jeszcze kilka innych wpisów na portalu. Dowiedziałem się, że oprócz Pławeckiego jeszcze  dwie inne osoby wyjechały za granicę.  Przy tym z całej  klasy zaledwie tylko cztery osoby mieszkają w okolicach Gdańska.  Smutne jak rozbiegła się nasza klasa po świecie, a przecież nie jest w tym względzie wyjątkowa. Najważniejsze jednak, iż pomimo że robią różne rzeczy, to nadal widać, że czują solidarność wyniesioną ze szkoły i teatru.

            Wiele żartobliwych wpisów, wklejone zdjęcia ze szkolnych lat i ciepłe słowa są dowodem, iż również dla nich był to jeden z najważniejszych okresów w życiu. Jest też kilka pytań dotyczących mojej osoby. Ktoś  żartobliwie ocenił zajmowane przez ze mnie obecne stanowisko. Inny z lekką drwiną skomentował moją absencje na tym portalu. Jednak  wszystkie te słowa świadczą, że nadal pamiętają mnie. Ale przecież oni lubią tego chłopaka z przed blisko 20 laty. Czy zaakceptują dzisiejszego Krzysztofa z jego wieloma wadami i życiowymi pomyłkami.  

            Zajrzałem do galerii, gdzie umieścili kilkadziesiąt zdjęć. Niektóre są nawet dość świeże z ich klasowego spotkania, z przed dziewięciu miesięcy. Kilkanaście osób siedzących przy niewielkim ognisku wyglądało jakby byli najbliższymi przyjaciółmi i spotykali się codziennie. Na kilku śpiewają jak za dawnych lat przy akompaniamencie gitary Słowińskiego. Znowu zatęskniłem za nimi i zapragnąłem nawiązać ponownie z nimi bliższy kontakt. Boże. Jak ja dawno nie siedziałem przy ognisku. Tak naprawdę jak dawno gdzieś w ogóle byłem. 

            Nie zastanawiając  się już więcej nad tym czy wypada poważnemu ministrowi rządu być na takim portalu, znalazłem swoje  w miarę aktualne zdjęcie na komputerze i utworzyłem własny profil. Napisałem parę wyważonych słów co teraz robię i jak żyję. Wysłałem tez do wszystkich  maila, iż jestem gotowy  na następną „lekcja historii” i czekam na nasze spotkanie.

            Zamknąłem laptopa i jeszcze przez kilka minut siedziałem nieruchomo z uśmiechem na twarzy. Po tym co zrobiłem przed chwilą jakoś poczułem się lepiej  i teraz już jestem pewien, że właśnie tego mi było trzeba. Przez to wszystko nawet głowa przestała mnie boleć i kac dokuczał mniej. Jednak mimo tego ponownie obiecuje sobie, iż  była to ostatnia tego typu popijawa w której brałem udział. Nie chcę zastrzegać się , iż nie ruszę alkoholu, jednak jeśli już to wyłącznie z osobami mi bliskimi. 

            Jeszcze raz włączyłem kasetę z naszego występu i cicho pod nosem trochę bardziej rozluźniony śpiewałem  po kolei nasze szkolne „przeboje”. Znowu poczułem przyjemność ze śpiewania a i głos powoli przyzwyczaja się do niego. Wcześniej zapomniane teksty teraz po raz kolejny raz słuchane stają się znowu znane.  

            Jednak pomimo dużego podniecenia tym co stało się przed chwilą coraz bardziej odczuwałem całodniowe szaleństwo życia. Zmęczenie zaczęło nade mną przejmować kontrolę. Oczy zaczęły mi się kleić a muzyka stawała się coraz cichsza. Już nawet nie próbowałem wydawać głosu tylko jeszcze w myślach kontynuowałem śpiew. Ale i to zaczęło powoli zanikać. Jeszcze jakby z oddali usłyszałem fragment tekstu kolejnej zwrotki:

- Czy jesteś za? - pytał czyjś głos z nagrania

- Jestem za. - pomyślałem i zasnąłem.

 

 

 Pamięć jest zawodna - często to powtarzamy,

Jednak to nie powinno być pretekstem

By zapomnieć skąd jesteśmy

                                                          Rozdział 3

- Hallo!!! Czy jest tu ktoś? - głośno zapytałem rozglądając się z niepokojem dookoła, gdyż wydawało mi się, że słyszę czyjś cichy głos.

            Ponownie rozejrzałem się nieswojo, gdyż pomieszczenie w którym się znajdowałem początkowo nic mi nie przypominało. Byłem w jakimś bardzo ciemnym i długim korytarzu z wieloma drzwiami. Zimno bijące od betonowej posadzki pozwalało mi przypuszczać, iż nie jestem w swoim mieszkaniu, gdzie wszystkie pokoje wyłożone były drewnem. Chwilę postałem w miejscu zanim oczy przywykły do ciemności i powoli zacząłem rozróżniać poszczególne kształty. Okazało się na szczęście, że jestem na korytarzu mojego ministerialnego apartamentowca.     Odetchnąłem z ulgą, tylko do cholery nie mogłem sobie przypomnieć, jak tu się właściwie znalazłem. Co prawda dosyć dużo tej nocy wypiłem alkoholu , ale  jednak pierwszy raz zdarzyło mi się, by w nocy lunatykować.  Włożyłem zimną rękę do kieszeni mojego szlafroka, szukając tam kluczy do mieszkania. Długo przebierałem najpierw w lewej potem w prawej, jednak oprócz chusteczki i kilku drobnych monet, niczego więcej tam nie było. Zdenerwowałem się bardzo i zakląłem cicho pod nosem, gdyż nasze drzwi były tak skonstruowane, że od zewnątrz można było je otworzyć wyłącznie kluczem. Szumiący w głowie alkohol spowodował, iż przez dłuższy czas stałem w miejscu i zastanawiałem się co zrobić dalej.   No cóż, jest tylko jeden sposób by wejść z powrotem. Będę musiał zjechać do portierni i poprosić ochronę o wpuszczenie mnie do mego mieszkania.

            Nie podobał mi się ten pomysł, gdyż wyobrażałem sobie, co będzie jutro o mnie mówiła reszta lokatorów, ale cóż innego mógłbym zrobić. Idąc w kapciach lekko chwiejnym krokiem do windy usłyszałem nagle bardzo cichy  głos  gitary akustycznej i śpiew zamieniający się momentami w szept. 

            Zaciekawiony kto o tej porze łamię ciszę nocną spojrzałem na drzwi zza których dobiegała muzyka. Były lekko uchylone, a przez wąską szparę prześwitywała blada poświata jarzyniowej żarówki. Z natury nie byłem zbyt ciekawski, jednak bardzo zdziwiło mnie, iż ktoś w naszym bloku umie grać na gitarze i lubi śpiewać. Do tej pory wydawało mi się, ze jest to miejsce pobytu zabieganych biznesmenów, którzy poza gonitwą za pieniądzem nic więcej nie widzą i nie robią.

            Podszedłem bliżej i przez szparę w uchylonych drzwiach wejściowych zobaczyłem, duży nie umeblowany pokój, na środku którego stał tyłem do mnie ogromny stary fotel. Ubogi wystrój pokoju nie pasujący do charakteru tego budynku mógł zdziwić.   Jednak nie zaskoczyło mnie to zbytnio, a nawet było odpowiedzią na moje wcześniejsze wątpliwości. Prawdopodobnie to nowy lokator, który w przeciwieństwie do całej reszty ma również inne zainteresowania niż pogoń za pieniądzem. Już chciałem odejść od drzwi, gdy nagle usłyszałem niski, lekko przychrypnięty męski głos:

- Proszę wejdź – zaprosił mnie cicho.

      Nie widziałem twarzy, gdyż fotel stał tyłem do mnie, jednak byłem przekonany, iż znam ten głos, tylko dawno go nie słyszałem.

- Nie chcę przeszkadzać – odpowiedziałem i niezdecydowany stanąłem w otwartych drzwiach.

- Wejdź Krzysztofie – ponownie zaprosił głos.

      Trochę mnie to zaniepokoiło, gdyż cały czas nie mogłem sobie przypomnieć skąd go znam.

Najwyraźniej jednak osoba ta wiedziała, że mieszkam tu.

- Przepraszam my się znamy? - zapytałem wchodząc do pokoju.

- Masz ochotę zaśpiewać ze mną? - zapytał głos nie odpowiadając na moje pytanie.

- Od dawna mam tylko nie wiem czy jest teraz odpowiednia pora – odrzekłem cicho

- Odpowiednia pora? - zapytał i dodał - Przecież sam wiesz, jak bardzo chcesz wyśpiewać to co czujesz. -  powiedział a ja zaniepokoiłem się, gdyż najwyraźniej nieznajomy zna moje myśli.

            W tym momencie zadrżałem i zimny dreszcz przeszedł moje plecy, gdyż przypomniałem sobie już skąd znam ten głos. Ale czy to jest w ogóle możliwe‌? Nie. Absolutnie nie możliwe. Zresztą, jestem bardzo zmęczony a wczoraj dużo wypiłem, więc trudno zaufać mojej percepcji.

            Powoli wszedłem do pokoju i obchodząc z lewej strony fotel stanąłem naprzeciwko gospodarza. Nadal nie mogłem zobaczyć jego twarzy, gdyż tym razem światło świeciło mi prosto w twarz.

- To co zaśpiewamy? Może „Dom Wariatów” – zapytał cicho, prawie szeptem i nie odpowiadając rozpoczął

     I w tym momencie nogi całkowicie odmówiły mi posłuszeństwa i oszołomiony ukląkłem i zacząłem płakać.

      To był głos Jacka klasowego Świra, który jak 20 lat temu silnym smutnym głosem śpiewa tekst, który stał się jego autobiografią. Ale przecież to nie  jest możliwe. Byliśmy przy tym jak Jacek rozumiejący tą ówczesną beznadzieję wysadził się w szkolnej stróżówce . Przecież całą klasą byliśmy na jego pogrzebie i długo opłakaliśmy jego śmierć.

      Myśli biegły mi coraz szybciej a on powoli kończył utwór. Na miękkich kolanach podszedłem bliżej i zobaczyłem jego  twarz, w ogóle nie zmienioną, tak samo smutną jak 20 lat temu.

Uśmiechnął się i nie patrząc na mnie smutno powiedział:

- Byłeś dla mnie wtedy bohaterem i najbliższym przyjacielem. Czy wiesz o tym?

      Przypomniałem sobie, jak wielokrotnie prowadziliśmy poważne rozmowy o nas i Polsce. Jednak przez całe późniejsze moje życie nie mogłem sobie wybaczyć, że nie umiałem w tych rozmowach wyczuć desperacji. Jacek był dziwny, ale uznawałem to za objaw artystycznej megalomanii niż psychiczną chorobę.

- Jacek, przepraszam, że nie umiałem wtedy Cię zrozumieć – powiedziałem ze szlochem – Byłem młody i wiele rzeczy było dla mnie nowe.

- Ależ Krzysztofie. Ja nie mam do Ciebie pretensji o to co  było dwadzieścia lat temu, ale to co dzieje się z tobą teraz? - powiedział sucho nadal nie patrząc na mnie.

- Za to co dzisiaj? -powtórzyłem za nim – Nie rozumiem?

- Czy moja ofiara była nadaremna? Czy zapomniałeś do czego prowadzi samotność i alienacja? A przede wszystkim czy zapomniałeś, to w co wierzyłeś?

      I w tym momencie przeszył mnie tak zimnym spojrzeniem, iż zrozumiałem, że Jacek naprawdę wtedy umarł. Ze strachu nie mogłem nic konstruktywnego odpowiedzieć i tylko coraz bardziej przestraszony patrzyłem na niego.

      Nagle nie wiedząc co mam zrobić szybko wstałem i biegiem rzuciłem się do wejścia. Jednak czy to z powodu strachu czy też zbyt dużej ilości alkoholu przed samym wyjściem nagle potknąłem się i uderzyłem głową w drzwi.

      Uderzenie o drewnianą przeszkodę było na pewno bardzo  mocne. Jednak tak szybko utraciłem przytomność, iż nie zdążyłem nawet krzyknąć a nawet poczuć bólu.

      Obudziłem się cały mokry od potu, leżąc na sofie w moim pokoju a na przeciwko mnie świecił nie wyłączony telewizor. Odetchnąłem z ulgą, gdyż  jednak był to tylko straszny sen z pijackimi zwidami. Był może i bardzo realistyczny, jednak to tylko moja wyobraźnia pobudzona odległymi wspomnieniami.

      Zmęczony snem powoli zwlekłem się z łóżka i wolnym krokiem poszedłem do łazienki obmyć twarz. Zamoczyłem drżące jeszcze ręce w zimnej jak lód wodzie a następnie delikatnie obmyłem twarz i nagle syknąłem z bólu. Spojrzałem powoli w lustro i znowu na swoich plecach poczułem nie miłe dreszcze idące od nóg po głowę.

      Na czole zobaczyłem dość dużego czerwonego już siniaka i przypomniałem sobie ostatnie chwile mojego snu. Ponownie na plecach poczułem zimne dreszcze. Tej nocy już nie zasnąłem długo myśląc co tak naprawdę zdarzyło się.

Kolejny dzień (...)

Kolejne wyzwanie(...)

Kolejne nadzieje(...)

 

 

                                                             rozdział   4

 

 

            Długo rozmyślając nawet nie zauważyłem kiedy zaczęło świtać i rozpoczął się nowy dzień. Noc, która przyniosła  mi tyle wzruszeń odchodzi i rozpoczyna się znowu szara codzienna rzeczywistość.

            Przeciągnąłem się leniwie i spojrzałem na zegarek. Zaledwie za dwie godziny podjedzie pod rezydencję mój służbowy samochód i znowu rzucę się jak co dzień w wir szaleńczej pracy. Czy to nie spowoduje, że tę mijającą  właśnie noc uznam za chwilową słabość? Czy nie stanie się tak, iż najbliższym czasie kurtuazyjnie odpowiem na trzy maile moich kolegów z klasy, może nawet z kimś porozmawiam przez telefon a następnie po jakimś czasie ze wstydem usunę profil ze strony  i taki będzie koniec moich życiowych zmian.

            Jednak teraz wiem, iż nie mogę do tego dopuścić. Znowu poczułem mocny niepokój i nagle zrozumiałem, że sam portal to nie wszystko co muszę teraz zrobić. Stare mądre przysłowie mówi, że jeśli powiedziałeś A to musisz powiedzieć i B. Teraz już wiem jak  bardzo potrzebuje zmiany, więc muszę kuć żelazo póki gorące.   

            Ściągnąłem przepoconą nocnymi koszmarami bieliznę i poszedłem do łazienki. Biorąc długi zimny prysznic do głowy przyszła mi szalona myśl i w tym samym momencie podjąłem szybką ryzykowną decyzję. To już dzisiaj zacznę dalsze zmiany i pojadę tam, gdzie po raz ostatni czułem tę naszą klasową solidarność.

            Hotel, gdzie po naszym zwycięstwie w konkursie teatrów, wspólnie świętowaliśmy sukces. Pomimo wielu przeciwności czuliśmy się wtedy tacy wielcy i wyjątkowi. Historia później zweryfikowała nasz sukces i do Amsterdamu pojechał ktoś inny, jednak  już na zawsze będziemy pamiętać ten wielki dzień.

            Znowu otworzyłem  komputer i na stronie internetowej hotelu zarezerwowałem jednoosobowy pokój z widokiem na zatokę. Zadowolony  z pomysłu  i szybkiej realizacji go uśmiechnąłem się sam do siebie. Pomimo iż  nie wiem co przyniesie mi ten weekend to jestem pewien, ze pozwoli mi na przemyślenie wielu spraw i podjęcie ważnych decyzji.

            Przystanąłem przed lustrem w przedpokoju i patrząc na siebie  przyrzekłem, że   właśnie jutro  zacznę swoje nowe życie.  Jak tego bardzo potrzebuje wie chyba  tylko jedynie mój osobisty kierowca. Wielokrotnie widząc mnie zmęczonego namawiał  bym wziął parę dni wolnego. Jestem przekonany, że  gdy dzisiaj dowie się o moim pomyśle uzna to za swój osobisty sukces. I tak naprawdę w duszy muszę przyznać, że będzie w tym dużo racji. To przecież rozmowy z nim zasiały we mnie nie pewność w tym co robię.

 Moje rozmyślania przerwał telefon z portierni.

- Panie ministrze samochód czeka – usłyszałem głos w słuchawce.

Podziękowałem i odłożyłem telefon. Szybko spakowałem się i nałożyłem marynarkę. Zatrzymałem się jeszcze na chwilę i rozejrzałem po pokoju. Miałem dziwne uczucie, że już niedługo opuszczę to miejsce i to na zawsze. Jednak o dziwo, wcale ta myśl nie była dla mnie nie miłą.

A wręcz odwrotnie. Zdawałem sobie sprawę, ż zmiany, które mogą to spowodować, mogą mi tylko przynieść coś lepszego. Lepszego, niż to gdzie się obecnie znalazłem. 

      W limuzynie, który po mnie przyjechała był już mój asystent. Jeszcze bardzo młody, ale ogromnie ambitny chłopak, który od ponad dwóch lat  poświęca  dla mnie całe swoje życie. Pomimo,  iż dopiero od trzech lat jest absolwentem prawa  to od samego początku naszej współpracy podziwiałem jego wyważone pomysły i często korzystałem  z rad świeżego umysłu. 

      Robert bo tak miał na imię mój asystent w kilku krótkich zdaniach streścił mi dzisiejszy plan dnia. Okazało się na szczęście, iż wszystkie moje spotkania kończyły się około dwunastej. Co prawda miałem jeszcze o piętnastej spotkać się z premierem, ale myślę, że zgodzi się przełożyć je na poniedziałek.

      Znowu zamyśliłem się i w duchu wyobrażałem sobie co może zdarzyć się w najbliższy  weekend. Nie liczyłem na wiele, jednak miałem nadzieję, iż uda się odnowić kilka starych znajomości. Że wybierzemy się razem w kilka znanych nam miejsc. A  co najważniejsze będę miał chwilę by pomyśleć co dalej.

       Mój asystent widząc, że duchem jestem nieobecny zaczął dziwnie się na mnie patrzeć.

Jako, iż był wyjątkowo dyskretny za, co go bardzo szanowałem, początkowo nie odzywał się, czekając cierpliwie na to co powiem. Jednak po kilku minutach bez mojej reakcji  jego ciekawość wzięła górę i grzecznie zapytał:

- Panie ministrze, Można wiedzieć dlaczego Pan się uśmiecha? - i po chwili dodał  - Czy powiedziałem  coś śmiesznego?

- Zarezerwuj mi  bilet lotniczy do Gdańska na  14.00 - powiedziałem nie odpowiadając na jego pytanie.

- Do Gdańska? Po co? -zapytał  mocno zaniepokojony - Przecież mamy tyle pracy tu w Warszawie – dodał przestraszonym głosem

- Drogi Robercie. To prywatna podróż, więc lecę tam sam. - powiedziałem do niego zdecydowanie. - A Tobie radzę byś przez najbliższe dwa dni odpoczął – nakazałem już nieco łagodniej patrząc na niego z uśmiechem.

Twarz kierowcy, który słyszał naszą rozmowę rozjaśniała i wesoło zapytał:

– To ja Panie ministrze mam również wolne? - i żartem dodał – Jak to czasami jedna piosenka zmienia plany człowieka.

Mój asystent spojrzał na mnie  zaciekawiony nie rozumiejąc nic ze słów Pana Wojtka.

- Jak zwykle ma Pan rację Panie Wojtku - odpowiedziałem z uśmiechem. A  w myślach dodałem - Oby.

            Gdy dojechałem do ministerstwa niecierpliwie czekała, już na mniej delegacja aktorów z wnioskiem o zmiany w ustawie. Od pewnego czasu ich zawodowe lobby szuka wsparcia pomysłu zinstytucjonalizowania tego zawodu. Dotychczas składane propozycje były bardzo zróżnicowane.  Od radykalnych twierdzących, że aktorem może być wyłącznie absolwent szkoły aktorskiej po mniej rewolucyjne, ze tyczyć będzie się to wyłącznie aktorstwa teatralnego. Do obu pomysłów podchodziłem  delikatnie mówiąc z dużą rezerwą. Dla mnie zawód aktora to rodzaj daru a szkoła wyłącznie wzbogaca warsztat.

-  Szanowny Panie ministrze – rozpoczął jeden z gości – chcielibyśmy przedstawić Panu nasz projekt zmian do ustawy. Mamy nadzieję, że zapozna się z nimi Pan i jak najszybciej poprze Nas w parlamencie.

- Czy pozwolą Panowie, że wyrażę swoją opinię -    zapytałem i nie czekając na pozwolenie kontynuowałem - Czy Państwa zdaniem Rodowicz to dobra piosenkarka? 

Trochę zmieszani nie wiedzieli o co mi chodzi ale wszyscy potwierdzili, że tak.

- A czy Miłosz to wielki poeta – zapytałem ponownie.

Tym razem już zdecydowanie odparli - Oczywiście.

Jednak w ich oczach coraz bardziej widać było, że rozumieją do czego zmierzam.

- A wiecie że, Pani Maryla z wykształcenia jest nauczycielem w-f a Miłosz – prawnikiem

- Czym była by nasza kultura, gdyby ktoś jakiś czas temu wprowadził koncesjonowania tych zawodów. A czy wśród aktorów nie ma wielu wybitnych bez kierunkowego wykształcenia. Proponując takie zmiany zamieniacie swój zawód w rzemiosło, a przecież talent jest głównym czynnikiem, który pozwala zakwalifikować Was jako sztukę.

      Nastała dłuższa chwila, gdyż ja zakończyłem swoją wypowiedź, a grupa aktorów nie potrafiła odpowiedzieć mi na moje pytanie. By rozładować napięta sytuację uśmiechnąłem się i już spokojniej powiedziałem:

- Szanowni Państwo proponuje byście przemyśleli ten pomysł, zanim  doprowadzicie ten zawód do upadku moralnego.

            Kiedy delegacja opuściła gabinet wstałem i podszedłem do okna z którego miałem świetny widok na parking przed ministerstwem. Dwadzieścia lat temu byliśmy prawdziwymi amatorami bawiącymi się tylko w teatr. Mieliśmy tylko swój potężny zapał i odrobinę talentu.  Nikt z nas nie był profesjonalistą, a zaangażowanie, które przyniosło nam sukces wynikało z problemu, który podjeliśmy.

            Jeśli wtedy w czasach komunizmu, pozwolono nam robić co chcemy to czemu do diabła w dzisiejszych czasach mam poprzeć ten głupi pomysł. Jak wiele młodych talentów jest nieodkrytych tylko dlatego, że ich środowisko nie potrafi tego dostrzec. 

- Też uważam, że ma Pan rację, jednak czy pańskie słowa nie były zbyt mocne? - zapytał jak zwykle bardzo grzecznie mój asystent.

            Jego głos trochę mną wzdrygnął, gdyż zamyślony, zapomniałem, że on nadal jest w moim gabinecie. Odwróciłem się powoli w jego stronę i zastanawiając się nad odpowiedzią spojrzałem mu prosto w oczy.

- Mówisz, że za ostro wyraziłem swoje zdanie? Może i masz rację, jednak niektórym przyda się zimny prysznic. Drugi raz zastanowią się nim będą chcieli namówić mnie do podobnych inicjatyw.

            Skończyłem i ponownie odwróciłem się do okna. Przez chwilę przyglądałem się  oddalającej się z dużym pospiechem grupie aktorów. Widać było wśród nich duże oburzenie, gdyż mocno gestykulowali rozmawiając między sobą. Chyba jednak trochę przesadziłem. Nie wyspany często nie kontroluje siły swego głosu

- Czy mogę  już pójść do siebie? Mam jeszcze sporo pracy. - zapytał.

- Oczywiście. Dzisiaj już mi nie będziesz potrzebny. Zobaczymy się w poniedziałek. - odpowiedziałem podając mu rękę.

            Z wszystkim uwinąłem się do 11.30. W międzyczasie, przełożyłem moje dzisiejsze spotkanie z premierem na poniedziałek. Zaczął się dopytywać, czy przypadkiem powodem nie jest nasz wczorajszy spór. Delikatnie, też próbował mnie za niego przepraszać, zwalając wszystko na alkohol. Jednak ja zapewniłem go, iż wyłączny powodem mojego nagłego wyjazdu, jest prywatna sprawa.

            Nie miałem już żadnych spotkań, więc załatwiwszy to co było konieczne z zacząłem szykować się do wyjazdu. Walizkę z ubraniami miałem  przygotowaną wcześniej w samochodzie służbowym więc, szybko zebrałem  dokumenty do aktówki i założyłem płaszcz.  Na moment zatrzymałem się jeszcze przed drzwiami gabinetu. Przez myśl przeszło mi te samo odczucie co w mieszkaniu.  Jednak po kilku sekundach zdecydowanie nacisnąłem klamkę.

            Wychodząc z gabinetu uśmiechnąłem się do mojej sekretarki. Kolejna bardzo życzliwa mi osoba, przy tym niezwykle kompetentna. Nigdy nie miałem do niej żadnych pretensji, gdyż swoje zadania wykonywała wzorowo. Przy tym zawsze umiała powiedzieć kilka serdecznych słów, gdy tego potrzebowałem.

- Niech Pani skończy to co zostało Pani do zrobienia i dzisiaj już ma Pani wolne.

Spojrzała na mnie z uśmiechem i powiedziała:

- Niech Pan wypocznie nad morzem. Należy się Panu.

            Samochód stał pod ministerstwem jak zwykle gotowy do jazdy. Wsiadłem do niego i nic nie mówiąc jeszcze raz spojrzałem na ministerstwo. Od kilku minut miałem permanentne uczucie, że mogę tu już nie wrócić. Jednak dziwne, że nie odczuwałem z tego powodu żadnego strachu. Czułem się z tym nawet lżejszy, jakby rezygnacja z mojego dotychczasowego życia miałaby rozwiązać moje prywatne problemy. Więc może to prawda?

            Kierowca wiedząc, gdzie ma jechać  bez zbędnej zwłoki ruszył w stronę lotniska. Pomimo, że drogi o tej godzinie są zawalone udało mi się dotrzeć na miejsce dość szybko. 

Wysiadając rzuciłem do kierowcy, krótkie - Żegnam.

Żegnam a nie do wiedzenia pomyślałem kierując się w stronę terminala. Czyżby los wskazywał mi właściwą drogę.

 

Najważniejszy jest pierwszy  krok.

Od niego zaczynają się  marsze

ku wielkim czynom.

 

 

 

 

 

                                                             Rozdział 5

 

 

 

 

 

            Do odlotu było jeszcze ponad godzinę, dlatego miałem kilkanaście minut by napić się kawy. Po męczącej nocy była dla mnie jedynym sposobem na zachowanie trzeźwości umysłu.  Zresztą kawa to druga używka, której poddałem się bez walki. Przyznam się, że bez niej nie umiem myśleć w pracy i codziennie wypijam  duże jej ilości.

            Na szczęście na lotnisku ani w samolocie  nikt mnie nie poznał, lub jeśli nawet to był na tyle  dyskretny, że nie pokazał tego, że mnie zna. Było mi to bardzo na rękę, gdyż czasami męczą mnie te długie nudne rozmowy z  osobami, które próbują mi się przymilać. A szczególnie teraz, gdy moje myśli skierowane są w inną stronę niż polityka, rozmowy o niej nie sprawiała by mi żadnej przyjemności.

            Przynajmniej miałem kilkadziesiąt minut na zastanowienie się co ma robić dalej. Odruchowo wyciągnąłem notes i przez pierwsze piętnaście minut lotu próbowałem ustalić plan najbliższego weekendu. Na końcu jednak ze wstydem podarłem białą kartkę zapisaną kilkoma krótkimi punktami. Masz do nadrobienia dwadzieścia lat, i myślisz, że uda Ci się ułożyć to w plan? Zadałem sobie sam  pytanie  i uznałem, że najlepiej jak od teraz będę działał spontanicznie.

            Odłożyłem długopis i patrząc w okno zacząłem wspominać piękne lata studenckie spędzone z Agnieszką w Warszawie. Byliśmy wtedy tacy szczęśliwi w tym małym ledwo dwudziestopięciometrowym mieszkanku na Pradze bez gazu i ciepłej wody. Zimą spaliśmy mocno w siebie wtuleni , gdyż stare drzwi wejściowe i drewniane pamiętające lata szejśćdziesiąte okna nie zapewniały należytej temperatury.

            Ile radości sprawiały nam wyprawy po sklepach stolicy by urządzić naszą pierwszą wspólną ostoję. Z tamtych czasów pomimo, iż trzy razy zmieniałem mieszkanie mam do dziś duży kolorowy dzban stojący u mnie w gabinecie.     

            Byliśmy tak szczęśliwi przebywając razem, że nawet w wakacje pomimo, że w ciągu roku pracowała jako nauczycielka wyjeżdżała ze mną do pracy za granicą. Ciężka praca w polu nie była dla nas problemem, gdyż wieczorami wspólnie planowaliśmy kolejne zakupy. 

            Pamiętam jak za pierwsze wspólnie zarobione  przy zbiorze ogórków w Niemczech pieniądze polecieliśmy na wycieczkę do Egiptu. Jak ona wtedy pięknie wyglądała, cała opalona na brązowo. Byłem bardzo zazdrosny, gdyż budziła ogromne zainteresowanie wśród grupy piłkarz.  Polecieli  na wakacje z tym samym biurem i teraz szukali okazji by się dobrze zabawić. Szczególnie jeden z nich za wszelką cenę starał się zwrócić na siebie jej uwagę.

            Denerwowały mnie  jego ciągłe przesłodzone nagabywania oraz regularne zaproszenia do baru hotelowego każdorazowo kwitowane przez nią grzeczną odmową. Jego arogancja i zadufanie w sobie prowadziło nieuchronnie do konfliktu. W końcu bomba wybuchła i doszło nawet do rękoczynów. Gdyby nie szybka interwencja pilota wycieczki, to mogłem do Polski wrócić mocno pokiereszowany przez jego kolegów.

            Ze smutkiem stwierdziłem, iż kiedy byłem zazdrosny umiałem walczyć o nią jak lew. Jednak nie umiałem  lub nie chciałem  zauważyć tego, że niszczę swoim zachowaniem nasz związek.  Łatwiej jest wszak coś udowadniać gdy kierują nami ambicje, niż pielęgnować to co już mamy.            Spojrzałem przez okno samolotu na małe obłoki odpływające w przeciwną stronę. Prawie bezchmurne niebo, dawało nadzieję słonecznego weekendu. Jednak nie cieszyło mnie to tak jak powinno każdego wyjeżdżającego nad morze. Bo i z czego tak naprawdę mam się cieszyć. Z samotnych spacerów po plaży nad morzem. Kiedyś je  bardzo lubiłem, ale wtedy obok mnie była mama, albo Agnieszka. Samotność zabija w każdym kolory i dźwięki. Zamknięci w sobie nie dopuszczamy nikogo i niczego. Winimy wszystkich i wszystko tylko nie zauważamy własnych błędów, które doprowadziły nas do tego. 

            Zamknąłem oczy i ponownie zacząłem wspominać. Kiedy rozstaliśmy się w różny sposób zabijałem w sobie samotność. W następnych latach  było w moim życiu wiele kobiet które jednak zazwyczaj traktowałem przedmiotowo. Zabawki przecież po to są, by się nimi nacieszyć a potem wymienić na inne. Przez jakiś czas to wystarczało jednak po upływie kilkunastu miesięcy dalej czegoś mi brakowało. Regularne podboje miłosne powodowały, iż często dochodziło do konfliktów z porzuconymi kobietami. Budząc się rano i idąc do łazienki nie umiałem spojrzeć sobie w twarz. Wiedziałem, że moje zachowanie jest dalekie od ideału a moje flirty są żałosnym sposobem na samotność.

            Dlatego następnie alkohol stał się sposobem na samotne życie. Piłem bardzo dużo i bez opamiętania, gdyż wydawało mi się wtedy, że życie jest prostsze i  bardziej radosne.  W tamtym okresie zachowywałem się jak Pijak, którego spotkał Mały Książę na jednej z planet. Piłem bardzo dużo by zapomnieć, że pije. Każdego rana budziłem się z kacem i obiecywałem sobie, że nigdy więcej nie doprowadzę się do takiego stanu, po czym wieczór przynosił to samo co dzień wcześniej.  Początkowo wystarczały imprezy z kolegami, jednak w pewnym momencie szukałem innych bardziej wyszukanych rozrywek. Połączenie alkoholu i ruletki było zabójcze. Tak wpadłem w bezlitosne szpony hazardu.

            Najpierw zaczęło się to niewinnie od jednorazowej wizyty z kolegami. Bawiliśmy się dobrze aż do rana, szczególnie, że tego dnia karta szła mi niesamowicie. Przez najbliższy tydzień specjalnie nie zastanawiałem się nad tą wizytą, ale kiedy nadszedł weekend i miałem go spędzić sam to do głowy przyszedł pomysł by odwiedzić Kasyno ponownie. I tak się zaczęło.

            Najpierw raz w tygodniu, potem dwa a czasami nawet i trzy. Alkohol powodował, że obstawianie było łatwiejsze a strata pieniędzy mniej odczuwalna.  Co raz częściej zaczynałem przegrywać, a jak już coś wygrałem to od razu przepijałem. I tak powoli stawałem się życiowym i finansowym bankrutem.

            Na początku nawet na to nie zwróciłem uwagi, ale wszystko w takim miejscu jest tak przygotowane, by nie chciało się wracać do domu. Bardzo tanie drinki oraz  niesamowicie sympatyczna obsługa powodowało, iż nawet samotne wizyty stawały się dla mnie wypadami towarzyskimi. Gdy wygrywasz to zawsze znajdzie się osoba by to z tobą uczcić. Natomiast jeśli przegrywasz miły Pan chętnie pożyczy Ci pieniądze na procent.

            Po niecałym pół roku byłem goły bez samochodu, domu i oszczędności. Zapożyczyłem się u kogo się dało i tak naprawdę zmierzałem ku przepaści. Pierwsze wątpliwości naszły mnie, gdy wyrzucili mnie z Kasyna, gdyż nie miałem pieniędzy.  Pijany i wściekły, rzucałem w stronę ochrony przekleństwami a oni tylko z pobłażaniem śmiali się ze mnie. Nie mogąc nic zrobić poszedłem do domu i upiłem się sam do nieprzytomności.. Na drugi dzień przyrzekłem sobie, iż więcej tam się nie zjawię.

            Jednak hazard  był jak narkotyk z którym trudno skończyć. Wytrzymałem może tydzień a potem znowu pożyczyłem pieniądze i przegrałem wszystko. Pewnie upadł bym na samo dno, jednak na szczęście pewne zdarzenie skutecznie wyleczyło mnie z tego nałogu. 

            Któregoś wieczoru, kiedy przegrywałem kolejne pożyczone pieniądze do kasyna wpadła policja i zatrzymała wszystkich gości. Pretekstem do tego było znalezienie torby z dużą ilością narkotyków i broń. Jako osobę już wtedy dobrze znaną , potraktowano mnie łagodniej, jednak zanim wyszedłem otrzymałem telefon  od Prezesa partii, z nakazem zjawienia się z samego rana.

            Poranna rozmowa była bardzo nieprzyjemna i uświadomiła mi ostatecznie, że jestem od krok od samozagłady. Strach przed alienacją skutecznie pomogła mi wyrwać się z tego nałogu. Wziąłem duży kredyt i oddałem wszystkie prywatne długi. Prawie trzy lata jeszcze spłacałem raty, ale nauczkę mam na całe życie. Z zamyślenia wyrwał mnie miły głos stewardesy, informujący o lądowaniu i obowiązku zapięcia pasów.  

            Podróż z lotniska w Gdańsku do hotelu trwała dłużej niż sam przelot samolotem. Wiele razy słyszałem o słynnych korkach w Trójmieście i dzisiaj mogłem je poczuć.  Kierowca na szczęście  całą drogę milczał, więc mogłem spokojnie obserwować co dzieje się za oknem. Nawyk ten nabrałem od kiedy jako minister mam własnego kierowcę. Lubiłem patrzeć na zwykłych ludzi i ich zachowania.        Właśnie mijaliśmy młode małżeństwo pchające wózek z dzieckiem, rozmawiające ze sobą i jednocześnie zapatrzone w swoje maleństwo. Posmutniałem, gdyż takie sceny przypominają mi, iż jestem czterdziestoletnim facetem bez nikogo bliskiego. Tak naprawdę nie mam dla kogo żyć i nie mam po co się starać. Kariera polityczna kiedyś się skończy i nagle zostanę sam w czterech ścianach.  Wszyscy których mijamy różnili się od siebie wiekiem i wyglądam. Starsi panowie o lasce dostojnie idący przed siebie, młodzi chłopcy wymachujący rękoma podczas rozmowy i śmiejący się co moment, panowie z czarnymi teczkami wiecznie rozmawiający przez telefon.  Jednak wszystkich ich łączył indywidualny cel jaki mają w życiu. Pewnie zmierzali w wybrane przez siebie kierunki. Na pewno jak wszyscy mieli zwykłe ludzkie problemy, jednak cel dawał im siłę by pokonywać przeciwności. Teraz coraz bardziej jestem pewien, iż właśnie tego brakowało mi i po niego tu przyjechałem.

            Coraz bardziej niecierpliwię się przedłużającą jazdą. Co moment spoglądam na zegarek jak by to miało przyśpieszyć nasze przybycie na miejsce. Dlatego poczułem ulgę,  gdy zobaczyłem potężną bryłę hotelu i słowa kierowcy:

 – Jesteśmy na miejscu. Razem należy się 33 zł.

            Zapłaciłem mu i wolnym krokiem skierowałem się w stronę wejścia. Chwilę przystanąłem i zacząłem rozglądać dookoła. Pomimo, iż minęło dwadzieścia lat to na zewnątrz bardzo się nie zmieniło. Głośno westchnąłem i z lekkim uśmiechem wszedłem do środka.

            Niestety w hotelu, ktoś skojarzył moje nazwisko na rezerwacji i w drzwiach wejściowych niecierpliwie czekał już na mnie wysoki mężczyzna w średnim wieku:

- Witam. Jestem dyrektorem hotelu  i chciałbym serdecznie  powitać Pana w naszych skromnych progach. Gdybym tylko wcześniej wiedział  o Pana przybyciu to byśmy lepiej się przygotowali. - powiedział z wyćwiczoną widać przez lata grzecznością.-  Z rezerwacji wynika, że zajął  Pan bardzo skromny jednoosobowy pokój. Ja proponuje za tą samą cenę piękny apartament – skończył mówić i z uśmiechem  na twarzy czekał na odpowiedź.  

      Zrozumiałem ze smutkiem, że moja prywatna, dyskretna wizyta zaczyna być nierealna, dlatego trochę zły poprosiłem go o rozmowę na boku. Trochę zdziwiony niepewnie wskazał mi drogę do swego gabinetu i poprosił bym usiadł.

–  Szanowny Panie Dyrektorze. Jestem dzisiaj tutaj jako osoba prywatna. Dlatego w żadnym wypadku nie życzę sobie żadnych oficjalnych spotkań i specjalnego traktowania. Jeśli jednak nie może Pan mi zapewnić podstawowej dyskrecji to niestety będę zmuszony zmienić hotel na inny. – powiedziałem szybko starając się by zabrzmiało to grzecznie ale i groźnie.

      Przestraszony  moją reakcją zaczął coś mówić do mnie trochę nieskładnie:

- Przepraszam, nie wiedziałem o tym. To już się  na pewno nie powtórzy. Oczywiście nikt nieproszony nie będzie Pana nękał. Zadbam o to osobiście.

- Z góry dziękuje –  odpowiedziałem spokojniej i uśmiechnąłem się delikatnie.

- Czy ktoś jeszcze wie że  tu jestem? - zapytałem już uprzejmiej.

- Nie. O pana przyjeździe dowiedziałem się 15 minut temu i nie zdążyłem z nikim o tym rozmawiać. - odpowiedział z wyraźną ulgą w głosie.

-  Ok. I niech tak zostanie – odpowiedziałem -  A teraz proszę by ktoś zaprowadził mnie do mojego pokoju

-  Ależ oczywiście! Z wielką przyjemnością zrobię to osobiście  – odrzekł i  wskazał mi drogę.

Po drodze już nie odzywał się, i jedynie grzecznie pożegnał się przed drzwiami mojego pokoju. Delikatnie nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Pokój był bardzo ładny, a najważniejsze, że był tu ten sam widok na port i zatokę, który zapamiętałem sprzed lat. Stojąc przy oknie wzruszony przypomniałem sobie, jak  wtedy  dumny z nas patrzyłem na zatokę po naszym sukcesie. Jak wielki, zwycięski wódz po wygranej bitwie z góry obserwowałem nabrzeże jak pole bitwy. To były rzeczywiście wspaniałe chwile dla całej naszej klasy. Był to też wielki dzień dla mnie.

      No właśnie. A co u nich.  Pomimo, że minęło dopiero kilkanaście godzin od mojego wpisu, może już będzie jakaś odpowiedź od nich.  

      Usiadłem wygodnie na fotelu, otworzyłem komputer i zajrzałem do swojej prywatnej skrzynki. To może wydać się niewiarygodne, ale są  już w niej  pierwsze odpowiedzi na mój list!!!!! Faktycznie trzeba obiektywnie przyznać, że internet to fantastyczny wynalazek godny miana XXI w. Ludzie, którzy nie widzieli się dwadzieścia lat, jeśli tylko  zechcą znajdują się w przeciągu paru godzin.

      Pierwszy mail który otrzymałem był od klasowego żartownisia Kaczora. Napisał, że się cieszy i miło mu że pamiętam o nich  pomimo, że jestem ministrem. Zaprosił mnie do Olsztyna w którym obecnie mieszka i podał swój numer telefonu.

      Drugi mail szczególnie mnie ucieszył, gdyż jest od Słowikowskiego, który mieszka stosunkowo niedaleko. Forma może już bardziej oficjalna, jak na burmistrza przystało, jednak również bardzo ciepła i zachęcająca  do  szybkiego spotkania. I on podał swój numer telefonu, więc od razu zdecydowałem, że do niego zadzwonię jako pierwszego.

      Wyciągnąłem telefon komórkowy z kieszeni, wystukałem numer z maila jednak nie zadzwoniłem od razu. Przez chwilę siedziałem nieruchomo z słuchawką w ręku i myślałem o tym co się może zdarzyć. Już za chwilę stanie się to za czym tęskniłem i trochę poczułem lęk. A co jeśli(...)? Wątpliwości, które miałem od chwili, gdy podjąłem decyzję o zmianach cały czas mąciły mój umysł. Widziałem, że muszę coś zrobić, jednak coś wewnątrz mnie broniło się przed tym. Strach przed kolejnym niepowodzeniem od dawna skutecznie powstrzymywał mnie od działania.

      Pomimo, że od pewnego czasu nie byłem szczęśliwy to jednak kontrolowałem to co się działo wokół mnie, a teraz najbliższy czas jest jedną wielką niewiadomą. Jeszcze przez chwilę niezdecydowany siedziałem nieruchomo patrząc się na wpisane przed chwilą numer.  Jednak nadzieja zwyciężyła i wdusiłem zielony przycisk.

 

 

Licencja: Creative Commons