Aby zakończyć cykl tekstów dotyczących driftu, zajmijmy się najważniejszą – w naszym kontekście – kwestią: oponami, ich zachowaniem, ich… niszczeniem.

Prawda jest okrutna: drift to drogi sport, na dodatek wymagający poświęceń. Głównie dlatego, że podczas porządnej sesji driterskiej zaawansowany kierowca potrafi zużyć kilka zestawów nowiutkich opon. Co warto wiedzieć, by się przesadnie nie wykosztować?

Przede wszystkim to, że nie trzeba mieć wszystkich opon jednej marki. Dwa różne zestawy też będą w porządku, pod warunkiem że opony gorszej klasy założymy na tył (to one będą musiały więcej znosić – i NA PEWNO zużyją się błyskawicznie). Pamiętajcie więc: najdroższe kółka Michelin czy Pirelli, jeżeli macie zamiar wykorzystać je w drifcie, zakładajcie na przednią oś. Na tył coś o nieco mniejszym prestiżu, albo też opony, na których już trochę jeździliście. Mniejsza strata. Nie bez powodu profesjonalni drifterzy używają tylnych gum z gatunku tanich (czy wręcz najtańszych).

Nieco inaczej wygląda sprawa, jeżeli jesteście profesjonalistami i NA DODATEK wykonujecie drifty przy dużych prędkościach (rzecz jasna na torze, a nie na ulicach). Wtedy musicie się wykosztować, bo przyczepność, konieczna do uzyskania maksymalnej kontroli nad wozem, może zadecydować o kształcie waszego samochodu. O kształcie waszego życia nie wspominając.

A jeżeli macie ochotę przyszpanować (na przykład przed wiernymi fankami waszego samochodowego kunsztu), możecie zainwestować w specjalne opony driftowe. Mowa o Kumho Ecsta MX-C, czy innych gumach Kumho, które przy drifcie wydzielają efektowny, kolorowy dym. Zbędny bajer – ale miły dla oka.

Na koniec drobna rada: nawet nie próbujcie bawić się driftowaniem, jeżeli liczycie każdy grosz. Ten sport to wydatek. Czy warto w niego inwestować? Zadecydujcie sami.

Licencja: Creative Commons