0
głosów
- +

Sztuka fotografii — pejzaż miejski, czyli weduta

Autor:

Aktualizacja: 14.10.2012


Kategoria: Hobby / Fotografia


Artykuł
  • 0 głosów dodatnich
  • 0 głosów ujemnych
  • 1329 razy czytane
  • 2 przedrukowany
  • 0 Polemik/Poparć <span class="normal">Odpowiadanie na artykuł</span>
  • Licencja: CC <span class="normal">Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie dzieła i wszelkich jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o tw&oacute;rcy.</span>
Dostęp bezpłatny <span class="normal">Dostęp do treści jest bezpłatny.<br/> Inne pola eksploatacji mogą być zastrzeżone sprawdź <b>licencję</b>, żeby dowiedzieć się więcej</span>
 

Fotografia ma do zaoferowania wiele. Chyba na nowo odkrywamy jej możliwości wraz ze wzrostem popularności tej dziedziny ludzkiej działalności. Wystarczy zreflektować się, że jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku nie istniały w Polsce żadne szkoły fotograficzne, a ona sama nie istniała tak naprawę jako sztuka. Przynajmniej w Polsce.


Zwykle za krajobraz czy pejzaż w potocznym rozumieniu uważamy fotografie pokazujące świat poza miastem. Gdzieś wśród nieskażonej przyrody. Jednak malarstwo krajobrazowe, do którego nawiązuje ta dziedzina fotografii, już w XVII wieku wyróżniało zarówno marinę — sceny morskie, sztafaż — z zakomponowanymi zwierzętami bądź ludźmi, jak i wedutę — pejzaż miejski. Renesans stał się okresem, który nadał pejzażowi samodzielną rolę i wysunął go z tła na plan pierwszy i to dosłownie.

Już pierwsze dagerotypy, obok portretów, właśnie miasto miały za jeden z głównych tematów. Oczywiście traktowano je jako narzędzie dokumentacji bardziej niż sztukę, ale wystarczy zobaczyć widok Bulwaru du Temple w Paryżu, żeby samemu stwierdzić, że obraz ten daleko wykraczał poza zwykłe „niedzielne pstrykanie”. Jest tam i perspektywa, i linie prowadzące, i naśladująca obrazy przemyślana kompozycja. Mimo że to tylko odzwierciedlenie rzeczywistości, a nie jej tworzenie. Nie mogło być inaczej. Raczkująca fotografia czerpała bowiem pełnymi garściami z różnych malarskich inspiracji, próbując za pomocą procesów chemicznych oddać to, czego artyści uczyli się całe pokolenia. Początkowo traktowana po macoszemu. Bo czyż może być zwykłe mechaniczne zapisywanie świata porównane z wymagającym talentu dziełem prawdziwego artysty? Otóż okazuje się, że jak najbardziej. Dowodem niech będzie tylko Henri Carter-Bresson — mistrz „portretów Paryża” i świetny reportażysta. Jego ekspozycja zatytułowana „Decydujący moment” jako pierwsza wystawa fotograficzna znalazła się w Luwrze.

Zanim zabierzemy się do tworzenia własnych dzieł, warto wpierw podejrzeć mistrzów. Wycieczka po muzeach może być bardzo inspirująca. Tym bardziej, że coraz ich więcej ma swoje coraz lepsze strony internetowe, oferujące także wirtualne zwiedzanie. Polecić warto także albumy o malarstwie. Jest ich mnóstwo i coraz lepszych edytorsko. Przyjemnego fotografowania.


Podobał Ci się artykuł?
0
głosów
- +

Brak polemik/poparć



Podobne artykuły:


KOMENTARZE


Używając tej strony zgadzasz się na wykorzystywanie plików Cookie.
Dowiedz się więcej.

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Z dniem 25.05.2018 wprowadziliśmy też w życie rozporządzenia dotyczące ochrony danych osobowych. Więcej informacji w naszej Polityce Prywatności i Regulaminie.

Zamknij