Zbigniew Matyjaszczyk - Opowiadanie częściowo poetyckie, z nutką erotyki, zmysłowości, zanurzenia w świecie fantazji, pragnień i wspomnień. Zapraszam na stronę autorską.

Data dodania: 2011-10-20

Wyświetleń: 2050

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 2

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

2 Ocena

Licencja: Creative Commons

    Przytulony do piersi, śniłem ciepły sen. Kobiecy oddech gładził włosy śpiące razem ze mną, dłonie i czoło białe, spokojne, rozchmurzone. „Tak dobrze” – trwało nieskończenie i nie potrzebowałem już niczego więcej... Wolny duch i ciało uwolnione z potrzeby seksu – odpoczywało, ciesząc się nagimi promieniami zaproszonego otwartym oknem słońca.

     Trwałem tak bez określonego czasu i przyczyny, ciesząc się nieświadomie swobodnym przemijaniem do chwili, w której poczułem jej dłoń, obejmującą mnie tam, gdzie zawsze oczekiwałem tego najbardziej. Sen był piękny, ale jego urok był niczym w porównaniu z pieszczotą narastającą. Udając, że jeszcze śpię, przekręciłem się na wznak, dając jej jednocześnie znak, że odczuwam coś, co może być jedynie snem. Spałem na niby, z powiekami nieruchomo zamkniętymi, ciałem bezwładnym, wyczuwającym jej najmniejszy ruch. Żeby nie przerwać mojego (udawanego) snu, zsuwała się bezszelestnie to tam, to tu, dobierając się wargami, językiem, dziąsłami, zębami do narastającej we mnie ciekawości. O dobry Boże, powiadam Ci, nie mając ciała, nie masz tej słodkiej radości – takiej jaką mamy – my. O dobry Boże, dziękuję Ci, dziękuję... I tak się modląc w udawanym śnie, sączyłem rozkosz, a ona mocniej jeszcze sączyła sobą mnie i sączyła... Wargi rozgrzane czerwienią natężonej krwi, ściskały silniej, najsilniej, to znów puszczały, by język cały owinąć się mógł wężowym ruchem, gniotąc, pulsując, pełznąc wylizanym śladem śliny, gotowy zadać cios ostateczny stężonym jadem zabójczej vaginy. Jej obie dłonie – lecz mniejsza o nie, bo przecież palce liczniejsze – dotykały wszędzie, gdzie powinny i nie powinny były dotykać... A ja w nie-śnie, udając, że nadal śpię, czułem między wierszami, że wnika coś we mnie, głęboko się wciska, naślinionymi palcami nawilża, zbliża się, przenika, szuka mnie w środku i w głębię się chowa; bawiąc się w mężczyznę, czyniąc mnie kobietą, znieważa męską dumę lubieżną podnietą... Wewnątrz jej ust bezgranicznie ośmielony, wstydziłem się pieszczoty, umieszczonej we mnie, wepchniętej palcem dobrze nawilżonym. Udami objęła kolano moje śpiące, tarła się o nie, ściskała mocno, jakby zamierzając bez żadnej obawy wchłonąć je w kobiecość dla samej zabawy. Upał przetaczał się pod namiotem kołdry. Nasilony do granic wytrzymałości, zlewał się strużką potu, klucząc między kwiatami woni uwolnionej z pobudzonej intymności. Myślałem już tylko o jednym – o jednym – podwojonym – zwielokrotnionym wybuchu, wypełniającym, zachłannym, wykrzyczanym, uwolnionym!... Natrętne myśli: „Jeszcze kochanie, rób to kochanie, szybciej, mocniej, głębiej, mocniej, szybciej, jeszcze, głębiej, mocniej...” opanowały całe napięte JA. Nie byłem już mną, byłem – jednym, jedynym pragnieniem... O godzinie 11:32 i 18 sekund wykrzyczałem przeraźliwie, jakby mnie zarzynali, obdzierali ze skóry, nabijali na pal... Ona jęczała jednocześnie ze mną, dławiąc krzyk wargami obejmującymi – wypełnionymi po brzegi. Nieustanie i nadal ściskała bezlitośnie udami okalającymi wymęczone kolano. Jeszcze głębiej penetrowała, bawiąc się palcami między wierszami. Było bosko... Ach, żeby tak, dzisiaj miała jakiś niebiański znak, że jestem gotów, potrzebuję, pragnę i chętnie zasnę na piersiach nagich, żeby obudzić się jeszcze raz o 11:32 albo i innej godzinie rozkoszy.
    Kiedy spałaś, wszystko było wokół... Gałązki zapachów wiły się w kącikach lekko podniesionych. Ujmująca, podobna księżycowi chlapniętemu pędzlem na płótno ograniczonego nieba, zdejmowałaś połyskujące zapatrzenia. Wiem doskonale już jak odczuwa się szczęśliwość... Dotykam rąbka poduszki miękkiej od policzków przytulanych. Cichym łaknieniem przybliżam wargi, łapię otoczki ciepła, falującego miarowym oddechem. Kobiecość jest cudowna, nie umiem jej nie kochać...

Powinienem już spać, leżeć obok przyciśnięty wszystkim delikatnie napierającym. Poranność bywa taka nieznośna, kiedy wyczuwa niewyspanie. Wiem, zaraz się ułożę w cieple pochłaniającym. Uniosę lekką myśl ciała, lewitując nad snami muzykującymi sekretną nutą uniesionych brwi, majestatycznie obojętnych na tykanie zegarów. Wiem, zaraz to uczynię. Wcześniej zawrócę jeszcze na pejzaż śpiących zamyśleń i wszystko, co wokół...

   Listki zapachów figlarnie opadają na pościel, wplątane w łąki włosów, drżą sobie wietrzykiem urokliwych przypuszczeń. Tak bardzo nie chce mi się spać, tak bardzo muszę... Kiedy zgaśnie światło, obrazy odpłyną... Wpuszczone w tajemnicę mroku, pozostaną zagadką rozwikłaną przez nieunikniony świt.

   Bylebym tylko nie zaspał, bylebym tylko czuwał, czuł, był na czas obudzony z uśmiechem zauważalnym, kiedy wyzwolisz się z ramion okalających. Bylebym tylko umiał przekazać tę myśl, i jakąś niewiarygodną miną sprawił, że poczujesz tęsknotę za mną, choć tak bardzo blisko będę...

   Kolekcjonuję ziarenka piegów na ramionach odkrytych, chwalę niedoskonałość i puszystość ciała. Dobrze, że każde z nas jest inne. Zawsze można tak samo mocno kochać wszystko, co tak bardzo i nie bardzo różni się od ideałów powstrzymanych na fotografii czasu.
   Tak... Pora już, żebym spał... Wsunę się w kołyskę – od nóg. Wpełznę... Z uspokojonym podnieceniem odnajdę ciszę wygodnie ułożonych ud. Przylgnę do zastanego snu, podążę za nim – zanim przeniknie w dal nieosiągalną najgłębszego odpływu.
   Pamiętaj, cokolwiek wyśnisz, jestem tuż... Gotowy przebaczać i dawać siebie, bo ogromnie wielka jest niedoskonałość moja, bo tak uczynił żartobliwy Bóg.
   Bo... Chwile unoszą się, unoszą, bo taki jest ich cud – spełniony w zapatrzeniu, w kącikach lekko podniesionych.

Tutaj można komentować i czytać inne teksty tego autora

Licencja: Creative Commons
2 Ocena